Przed wyjazdem na działkę….

Mój chłop doszedł do wniosku, że Iga Świątek to jest chyba facet. Owszem, ma takie dość energiczne i zdecydowane ruchy.  Było kilku  sportowców, mistrzów, choćby Teresa Ciepły, Ewa Kłobukowska i kto wie, kto jeszcze miał z tym problemy, pewne były opisane a pewnie niektóre nie. Pokryto je zasłoną milczenia. Tak naprawdę jakby się dobrze przyjrzeć, pewne baby mają z całą pewnością więcej testosteronu niż niejeden facet a faceci to ciepłe kluchy.

Ja to gratuluję młodej zawodniczce ogromnego sukcesu, bo dojście do finału takim jest, ale zawsze pojawia się pytanie, czy nie jest to aby złoty skok Wojciecha Fortuny. Było kilku sportowców, którzy po jednorazowym sukcesie, nigdy go już potem nie potrafili go powtórzyć. Zapewne ludzie ci, których tak wynoszono na piedestał, mieli ogromnego kaca i wielki stres, że trudno było wrócić do takiej formy. Ale męczy mnie dręczenie widza wielogodzinnym klepaniem na jej temat, tak naprawdę zamazującym to co de facto naprawdę się w kraju dzieje. Brawa dla młodziutkiej Igi ale powoli strach lodówkę otworzyć.

Zaraz jadę sobie do miejsca które jest moją wolnością i żaden kulson nie będzie mnie inwigilował (fakt, w Nasielsku zakupy w sklepach robi się w maseczkach, podobnie jak w Dino w Serocku).

Kiedy wreszcie ktoś odważy się powiedzieć, że nie ma siły, to wszystko musi się przewalić. Ludzie po prostu tak czy owak, będą mieli kontakt z wirusem a część z nich umrze. Część się uodporni a część nie. Gorzej, że usługi zdrowotne padną wobec takiego dictum. Nazywanie tego służbą zdrowia jest nieporozumieniem. Trzeba powiedzieć otwarcie, że żadne namordniki temu nie zapobiegną. Obywatelu chroń się sam.

Jak to widzę dla siebie – otóż nic się nie zmieni tak naprawdę.  Od dawna nie bywam gdzie indziej, niż w pracy czy w pracowni Jaśka. Do tego od czwartku-piątku – rancho. Basen zamknięty, nie chodzę na aqua –aerobik co mnie wkurza, bo zawsze poprawiało to troszkę kondycje. Wszędzie jeżdżę samochodem. Wychodzę z psami po osiedlu. Raz na jakiś czas wpadamy do naszego przyjaciela do restauracji, którą jeszcze trochę i zamknie, bo nie zarobi.

Jeśli chodzi o moje zdrowie, jest lepiej, antybiotyk pomógł. Wiem jak sforsować przychodnię NFZ. Do tego zyskałam kompetentnego lekarza, który potrafił mi pomóc.

Bardzo współczuję ludziom z dziećmi, lada dzień rządzący zafundują im kolejne zdalne uczenie się w domu, czyli nieróbstwo i udawanie oraz siedzenie rodziców w domu zakończone w wielu wypadkach zwolnieniem z pracy… Martwię się, że nie wynajmę dwóch pokoi, które w mieszkaniu rodziców właśnie się zwolniły. Ale to niewielki ból, bo z czasem pewnie ktoś wynajmie, pokoje nie są drogie i w dobrej  okolicy.

Dotarłam do książki „Szramy” Janusza Szwertnera. Jest ona dość głośna i na czasie. Między innymi opisana jest tam historia dziewczynki z rodziny Jaśka. Zieje grozą, czym jest psychiatria dziecięca w naszym kraju, ale chyba nie odstaje za bardzo od całej reszty usług zdrowotnych. Horror….

W Onecie, reklamując książkę napisali : Polska zajmuje drugie miejsce w Europie pod względem samobójstw dzieci i młodzieży poniżej 19. roku życia. Zabijają się, bo sobie nie dają rady, a wokół są otoczeni morzem niechęci i nietolerancji wobec Innych. A gdy do tego dodać niewydolność służby zdrowia, tępą opresyjność szkoły, pokrzykiwania polityków i kościelne szczucie, to w efekcie co dziesięć lat znika małe miasteczko, pełne wrażliwych, ciekawych i inteligentnych młodych ludzi, przed którymi całe życie.…..

Nic dodać nic ująć….

strachy na lachy

Trochę za bardzo radowałam się sukcesem w rozgrywkach ze służbą zdrowia, bo dzisiejszy kontakt z moją przychodnią doprowadził mnie do pionu. Znów musiałam użyć argumentu, że co będzie jak jutro padnę i nie będę żyła – ten argument od razu postawił na nogi covido-strachliwą pielęgniarkę.

Ja nawet ich rozumiem, są w czasie straszliwej pandemii i chronią się przed możliwością natychmiastowego zejścia z powodu zakażenia, z chwilą, gdy pojawi się na horyzoncie pacjent. Siedzą poubierani w wiskozowe kosmiczne stroje i łypią złowrogo na każdego potencjalnego klienta, który ma taki kaprys aby w tych ciężkich czasach zrobić morfologię czy zmierzyć ciśnienie.

Dwa tygodnie temu będzie, jak, zbolała po powrocie z Holandii udałam się telefonicznie do przychodni. Dostałam wówczas sprawnie skierowanie na badania. Zaraz po otrzymaniu wyników podstawowych badań analitycznych, zwróciłam się do lekarza (a właściwie Jasiek, bo to jego były uczeń), z prośbą o konsultację i diagnozę. Wiedziałam, że do przychodni się nie dostanę, bo wyniki odebrałam po południu a jeszcze czekałam na zrobienie USG. Diagnoza była banalna, stan zapalny, zakażenie bakteryjne i konieczność podania antybiotyku. Zaraz go wykupiłam, zaczęłam brać i dzięki temu żyję i mam się dobrze. Bóle ustały. Zrobiłam USG, które również nie dawało żadnych złych sygnałów i wirtualny pan doktor się do tego odniósł pozytywnie… Więc powinnam odtrąbić sukces ale zaraz…w końcu muszę zrobić badania kontrolne po antybiotyku a po koleżeńsku nie będę wykorzystywała naszego znajomego.

Zadzwoniłam więc do przychodni i cóż, stały tekst. Mam wyniki badań i proszę aby mogła obejrzeć je pani doktor, tak się umówiłyśmy wcześniej przez telefon. Pielęgniarka zaproponowała znowu teleporadę, więc zastrzegłam – to może w związku z tym wyślę moje wyniki mailem. Jaki jest mail do pracowni? Na takie dictum pielęgniarka powiedziała, że wyniki to już muszę przynieść osobiście.

No i tu pękłam – to chyba jakaś paranoja, chyba pani żartuje – odpaliłam. Leczę się sama, gdyby nie zaprzyjaźniony lekarz, wiłabym się w bólach do tej pory. Mam jeszcze do tego wieźć jak frajter  osobiście w zębach moje wyniki! W żadnym razie. Poproszę o termin normalnej wizyty, tak normalnej. Cenię sobie panią doktor, nie miała co prawda szansy mnie leczyć, ale chociaż niech skonsultuje to co się wydarzyło i umieści w dokumentacji. Na żadne tele-mele-morele się nie zgadzam.  Chcę przyjść osobiście. Chcąc nie chcąc, pielęgniarka westchnęła i zapisała mnie na jutro pytając, czy mogę przyjść.

Uznałam to za kolejny sukces w walce z medycyną rodzinną. I teraz już wiem, że ludzie chorzy, słabi i mało energiczni, są skazani na porażkę w tym popierniczonym kraju… Jak się nie otworzy jadaczki, człowieka odsuną od pomocy i oleją. Umieranie na schodach pod szpitalem będzie stanem normalnym.

Choć staram się nie uczestniczyć w ogólnonarodowej psychozie, niestety Jasiek, jak wrócił, znów zaczął włączać TVN, którego nie oglądałam cały weekend. Taki idiotyzm chyba panował za Gomułki, telewizorów nie było za wiele i naród był zdrowszy psychicznie. A może i nie? Teraz będzie o odwiedzaniu grobów i Bożym Narodzeniu. Obawiam się, że w końcu przegrzeją przez te blokady i lockdowny. Naród bowiem może i nie jest za mądry, ale też i aż tak głupi nie jest. Czarnek na kwarantannie ( to akurat wiadomość spodziewana, bo już zaczęły się protesty i trzeba to było zahamować w jakikolwiek bądź sposób).

Jak ruszą na narodowe świętości, ludzie w końcu wybuchną. Akurat w moje sytuacji nie ma to za bardzo znaczenia, ale co mają powiedzieć ludzie o rodzinach wielopokoleniowych, z ogromną ilością dzieci, wnuków i prawnuków, gdzie Święta to wyczekiwane wydarzenie rodzinne na które czeka się przez cały rok? I każdy mieszka gdzie indziej? I gdzie na Wszystkich Świętych wkłada się futra aby zapunktować u rodziny przy spotkaniu przy grobach? Raz do roku…

A dziś straszą burzami. Dostałam komunikat „Potencjalne problemy powodowane przez burze z piorunami”. Nie wiem czy w ogóle wyjdę z instytutu czy powinnam właściwie tutaj nocować?

DPS niezarażający

Zastanawiam się, co zrobić właściwie z weekendem. Z jednej strony szykuje się piękna pogoda, z drugiej zaplanowałam, że trochę ogarnę mieszkanie warszawskie, żyjąc czas jakiś w miejscu ogrzewanym. Nie bardzo mam jak palić na rancho, bo dopiero przyszła szyba do pieca, który był wcześniej remontowany i oklejany szamotem przez Jaśka. Pozostanie kotłowanie olejakiem. Dla psów siedzenie w Warszawie to dopust boży, dla mnie w zasadzie też, zwłaszcza, że Jasiek wybył na weekend na Śląsk i Wielkopolskę w zegarowych sprawach.

Decyzję jednak podejmę jutro, jako, że dzień emeryta, do pracy nie idę.

Coraz robi się smutniej. Mój szef już nic nie mówi: o robocie, o perspektywach… Ludzie siedzą w swoich pokojach. Nadchodzi katastrofa. Instytut powoli traci sens istnienia. Struktura pod nazwą „Łukasiewicz” będzie gwoździem do trumny dla takich instytutów jak nasz, gdzie nie ma „wyzwań” ale jest zwykła robota na rzecz przemysłu, którego zresztą prawie już nie ma.

Co do Covida, staram się nie dyskutować, nie oglądać, nie komentować, bo tylko się wkurzam… Na dzisiejszej herbatce szef stwierdził, że chyba nie ma odważnego, który powie, że wcześniej czy później każdy będzie musiał to przechorować. I do tego zapewne jakaś część ludzkości z tego powodu umrze i nie ma na to rady…. Cała ta zadyma, ograniczanie praw obywatelskich, brak już pomysłów w jaki sposób wziąć towarzystwo za twarz, robi się już po prostu dość niesmaczna.

Chadzam ostatnio do sławnej instytucji, którą jest DPS. Mieści się on na Wólce Węglowej, w lesie, nieopodal cmentarza. Siedzi tam kuzyn ( jest to oddzielna historia, do opisania której jeszcze nie dojrzałam) i – od razu uprzedzam spekulacje, jest to dla niego miejsce najwłaściwsze. W DPS można pacjentów odwiedzać, wychodzą na zewnątrz, nie ma maseczek, ale i wchodzić do środka nie wolno, nie wpuszczają. Zawiozłam kuzynowi papierosy (no cóż, jest po 70 i raka płuc nie załapie, ma doskonałe zdrowie oprócz głowy), coca colę, jakieś ciasta, czekoladę oraz czasopisma. O początku w tym DPS nie ma żadnych zakażeń, rozmawiałam o tym z dyrektorką tego obiektu. A dzisiaj z nim. Kto by się przejmował starymi chorymi psychicznymi ludźmi, niech sobie umierają, ale widać jedno – są nieporadni, śmieszni, dokuczliwi i upierdliwi, zaglądają wszędzie – ale są ubrani, ogoleni, czyści. Zadaje to kłam stereotypowi, że w takich obiektach jest syf. Ludzie ci, w większości pod wpływem psychotropów, są spokojni, ale widzę, że mój kuzyn gada, odkąd tam jest rzeczowo ( a jest schizofrenikiem). Oczywiście dystans jest zachowany, są przyczepione białe plastikowe taśmy, dokąd można dojść. Jest bardzo zadowolony, że przychodzę. Czuje się samotny. Trochę sobie na to zasłużył swoim życiem, ale doszłam do wniosku, że będzie mniej bolesne przyjście raz na jakiś czas, niż pozostawienie go samemu sobie.

W ogóle samotność w takich czasach prowadzi do szczególnych psychicznych dewiacji. Coraz więcej widzę wokół przykładów. Jeśli za cokolwiek piewcom siania paniki trzeba będzie wystawić rachunek to przede wszystkim za ludzki beznadziejny strach, w przypadku ludzi samotnych, którzy nie mają z kim tego strachu podzielić, popadając w paranoję.

A propos Wszystkich Świętych – sama będę praktykowała pojechanie na cmentarze na nasze groby możliwie najwcześniej. Do połowy października max. Posprzątam i udekoruję  groby tak, żebym nie dała satysfakcji policji i władzom, które będą chciały nie dopuścić do odwiedzania grobów, będą organizowali nagonki w okolicach 1 listopada. Również Boże Narodzenie, w które na pewno wyszykują kolejne restrykcje, spędzimy na rancho. Żadna suka nie będzie mnie zatrzymywała aby sprawdzić czy mam maseczkę i jaka jest moja temperatura.

I kolejny punkt dodatni dla służby zdrowia. Zrobiłam USG, które póki co, zadało kłam moim hipochondrycznym spekulacjom medycznym rodem z Wujka Google. Było miło, lekarz sensowny, wszystko na godzinę, żadnych środków zapobiegawczych. Ale jednak nadal jestem słaba i jedyne co mnie nie męczy to pisanie.  Może jutro się przekonam i do prasowania?

Dzień jak codzień w pracy….

A więc nerki…diagnoza moja została potwierdzona przez zaprzyjaźnionego kolegę medyka, praktykującego gastroenterologa. Przepisał mi antybiotyk. Już po dwóch tabletkach odzyskałam wigor i….apetyt. Mam jeszcze badanie USG przed sobą, ale niezależnie, sprawa leżała w nerkach. Wstałam dziś po raz pierwszy od tygodni bez nieprzyjemnego kłucia w boku, które zaczynałam akceptować jako widomy objaw starości czyli czegoś normalnego.

Mój szef wrócił z kwarantanny. Trup się gęsto na szczęście nie ścielił, obaj nosiciele żyją i mają się dobrze. Szef też, lekko poirytowany ale chyba jednak wypoczął. Ciekawe, że młodszego z nosicieli, przez którego poszli na kwarantannę, kolegi ze szkoły jego córki, dopiero przetestowali pod presją rodziców z jego klasy. Wcale Sanepid się nie wyrywał z testami, chłopak miał objawy ewidentne, ale nie widziano potrzeby jego testowania. Dopiero gdy już testy zrobili, okazało się, że chłopak jest jednak pozytywny i blady strach padł na wszystkich. Aż strach pomyśleć co się dzieje z tym pseudotestowaniem, pseudometodą i ignorowaniem ludzi z objawami o czym nie piszą wcale, podając mętne i niekonkretne bez związku dane liczbowe…. Tak naprawdę to chcieliby aby ludzie sami za te testy płacili. A masowo robi się je dla celów ściśle zaprogramowanych ( górnicy!).

Coraz mniej rozumiem też rozdętą i fałszywie imponującą retorykę oraz wydumaną koncepcję funkcjonowania sieci Łukasiewicz w której partycypuje moja firma. Do profilu mojej firmy, z ponad 70 letnią przeszłością  całość pasuje jak pięść do oka. Korporacyjny język, mało zrozumiały dla naukowców, dziwne plany z szerokim rozmachem, przy mizerii wyposażenia w aparaturę naukową placówki  i praktycznego zastoju, który widoczny jest gołym okiem, bo młodsi bardziej kumaci wieją stąd jak szczury, budzi podejrzenia czy aby na pewno to, co oni piszą jest prawdą czy też  jakimś wirtualnym jestestwem i ma zerowe pokrycie w rzeczywistości. Tak oto mówi prezes Dardziński:

W ramach każdego z 4 kierunków działalności Łukasiewicza publikujemy po jednym wyzwaniu. W kierunku Inteligentna Mobilność wspieramy projekt polskiej marki samochodów elektrycznych Izera, w ramach Zrównoważonej Gospodarki i Energii chcemy pomóc Ministerstwu Rozwoju w realizacji programu Mieszkanie+ i rozwijać budownictwo modułowe. W ramach kierunku Zdrowie inwestujemy w terapie onkologiczne, a w Transformacji Cyfrowej w rozwój technologii i produktów bazujących na azotku galu. Oprócz tego publikujemy wyzwania dotyczące ograniczenia skutków pandemii oraz służące podniesieniu doskonałości naukowej” . Ale cóż, trzeba się cieszyć, bo kadry rosną.  „ 21 września Sekretarz Stanu w Ministerstwie Cyfryzacji, Pan Adam Andruszkiewicz został powołany na Członka Rady Łukasiewicza przez ministra właściwego do spraw informatyzacji.”

Właściwe kadry (ha!), właściwe wsparcie uczynią z całą pewnością cuda w przaśnej i zmurszałej rzeczywistości naukowej, w której od czasu do czasu padają pytania, czy aby nauka w obecnym czasie w epoce zlodowacenia pandemicznego ma jakikolwiek sens. Coraz bardziej próbują przekonywać nas, że Wirtualna Akademia You Tuba to rozwiązanie na miarę czasów. I co ciekawe, niektórzy ludzie w to wierzą.

Kryzysy w przemyśle, lenistwo polockdownowe i permanentna praca zdalna urzędów odpowiedzialnych za istotne sprawy od ponad pół roku, spowodowały brak dostatecznej ilości zleceń a co za tym idzie, znaczne pogorszenie tzw „pokrycia” czyli finansowania działalności. Pozostaje wrażenie, że to wszystko co piszą jest jakąś daleko posuniętą abstrakcją. Przekłada się to na fatalne relacje  między tzw. pionami badawczymi i pionami wspomagającymi czyli kiedyś zwanym „biurowcem” i sferą badawczą. Teraz obie sfery jadą na chybotliwym, jednym wózku…..no cóż, przyszły takie czasy…..

ku czci mojej pani doktor rodzinnej….

Od trzech dni zmagam się z czyszczeniem chałupy z gówien mysich – to efekt pobłażliwego traktowania tych gryzoni, łapania ekologicznymi pułapkami, uruchamiania jakichś dźwiękowych odstraszaczy. Nic z tego, wszędzie, dosłownie przez tydzień mojej nieobecności, czuć było myszy. Jakkolwiek porozkładałam trutkę, ale pewnie za było za mało. Zwiększyłam więc dawkę.

Została mi jeszcze jedna szafka, praktycznie myłam wszystko, co mi wpadło w ręce. Nienawidzę smrodu, śladów gryzoni, i tych koszmarnych małych czarnych gówienek, które leżą nawet na ręczniku.

Do tego coś mnie dopadło i bynajmniej nie jest to kowid. Już od jakiegoś czasu. Z jednej strony do mniej więcej popołudnia czułam się dobrze, po południu do chrzanu. Coś mam z bebechami, mam oczywiście cały wachlarz potencjalnych pomysłów na choroby z rakami włącznie….ale raczej to opcja mało prawdopodobna, bo właściwie nie chudnę, apetyt mam całkiem niezły. Ale ograniczam się z żarciem, dużo staram się pić, biorę suplementy jakieś i no-spę . Według mojej własnej teorii to może być piasek w nerkach, z którym zmagałam się jakiś czas temu, ale pewności nie ma albo woreczek żółciowy, który miała cała moja damska część rodziny a u mnie diagnostyki pod tym kątem nie było. Objawy są podobne, ale inne choroby też takie objawy mogą dawać.

Dość poważnie traktuję swoje zdrowie, choć lekarzy unikam jak mogę. Ale po powrocie wzięłam się za bary z państwową służbą zdrowia i muszę przyznać, że wyszłam bardzo mile zaskoczona. Bo tyle ile czytuję na forach wszelkich, że dostanie się do przychodni państwowej graniczy z cudem, to ja nie miałam z tym żadnego problemu. Zadzwoniłam do przychodni i wkrótce byłam umówiona z panią pielęgniarką na pobranie krwi, umawia się teraz na konkretne godziny. Pani doktor telefonicznie wygenerowała skierowanie . Nie wiem, jak to się stało, że miałam termin na badania analityczne już na drugi dzień. Ponieważ jestem pacjentką tej przychodni od wielu lat, traktują mnie sympatycznie.

Pani pielęgniarka, poszukując żyły,  wyżaliła mi się, że przez histerię kowidową ludzie się na nich wyżywają, ciągle się awanturują, opieprzają ich, jakby to oni te idiotyczne rozporządzenia o zamknięciu przychodni i utrudnieniach dostępu wymyślili. Wystraszeni ludzie nagle postanowili się na gwałt szczepić ( no i ziściły się prorocze słowa niektórych polityków,  że wygeneruje się  w ludziach potrzebę szczepienia się przeciw grypie) a szczepionek aktualnie brak. Oni, jako przychodnia nie mają absolutnie żadnego wpływu na zamawianie i dystrybucję tych szczepionek, ale są opieprzani telefonicznie przez rozsierdzonych potencjalnych pacjentów niczym bure suki. Tak coś czułam, że tak jest. Gdy będę miała wyniki badań, mam się skontaktować z moją panią doktor rodzinną i wcale nie na wizycie prywatnej, tylko na określoną godzinę w przychodni właśnie.

Dwa dni byłam słabosilna, robiłam tylko to, co byłam w stanie, popołudniami się waliłam na wyrko. Jasiek pojechał na jakiś festiwal zegarkowy, więc miałam spokój. A dziś nowy duch we mnie wstąpił – odeszły bóle popołudniowe. Co więcej, zjadłam wreszcie normalny obiad, upiekłam sobie mięsko plus makaron plus moja autorska kapusta kiszona. Skończyłam też najbardziej osrane przez myszy szafki. Nastawiłam ser, który właśnie obcieka nad zlewem. Jest fajnie i mam nadzieję, że idzie ku lepszemu…

Po drodze w tle leciał Tok-fm. Co 15 minut w wiadomościach leciało ile jest zakażeń, kto zakażony, jak ludzie nie przestrzegają zaleceń i takie różne pierdoły. Wydarzeniem dnia jest pozytywny rezultat testu u selekcjonera Brzęczka. W każdym razie każdy dodatni test celebryty jest szeroko komentowany. Czasem odnoszę wrażenie, że przyzwoici dziennikarze są zażenowani, że muszą klepać te psu na budę statystyki z których nic nie wynika, bo jak się temat zagłębi i policzy dokładnie, procent naprawdę chorych i umierających jest niewielki, pomimo aplikowania coraz większych liczb. Przez brak matematyki na maturze część populacji ma z tym kłopot.

Pewnie jako stara, astmatyczka a kto wie, co mi jeszcze dolega, powinnam panikować, jak nie przymierzając mój zięć, który obawia się konsekwencji powikłań Kowida w układzie oddechowym u dzieci. Oczywiście stwierdziłam, że zamiast biadolić i dręczyć się rzeczami abstrakcyjnymi, niech zabiorą  je od czasu do czasu w góry dla poprawy klimatu (choć u nich raczej gór nie ma, ale mogą pewnie jechać gdziekolwiek, skoro pracują zdalnie). Zadręczanie się czymś co może nadejść a na co nie ma się wpływu może być źródłem poważnych defektów psychicznych. Ponadto jest on alergikiem i niech raczej weźmie się za swoje dolegliwości bo mogą się przekształcić w astmę.

Fakt, na mocy paniki udało się wdrożyć całkiem rozsądne posunięcia takie jak recepty bez przyłażenia do przychodni bez konieczności umawiania wizyt u lekarza, jeśli są to leki, które non stop się bierze. Niesłusznie potępia się teleporady. Lekarz jak jest fajny, podaje numer swojej komórki albo dzwoni sam.  Teleporady eliminują bowiem pacjentów, których jedynym celem są pogaduchy.

Pierwszy kontakt teraz z moją panią doktor był właśnie przez  telefon. Całkiem miło sobie pogadałyśmy, znamy się w końcu od lat i pani doktor wie, że nie jestem hipochondrykiem, że jak już do niej się zgłaszam, to coś mi faktycznie dolega. Wiadomo też było, że zamiast wróżyć z fusów, zaproponuje mi porobienie badań. 

Teleporady  są sensowne, gdy lekarz zna pacjenta. Nieporozumienie jest, gdy nie wie, z kim ma zacz do czynienia i co mu faktycznie jest. Może to prowadzić-i  zapewne prowadzi – do tragedii.

Kiedyś też były absurdy. Lecząc się na astmę u mojej pani doktor, co jakiś czas musiałam iść do „prawdziwego” pulmonologa, bo moja pani doktor miała limit wypisywanych recept na leki astmę. Oczywiście do tego pulmonologa chodziłam jednorazowo, raz w roku, prywatnie za stówkę, bo do państwowego czekałabym wieki. Ponadto często miała ona pretensję, że rzadko bywam, wypisuje recepty a nie ma podkładki, ale wiedziała ona równie dobrze jak ja, że ma w dzielnicy pod sobą ponad 3000 pacjentów a u mnie nic specjalnie się nie dzieje. Dzięki mojej pani doktor rodzinnej od lat trzymam astmę pod kontrolą, nie przewala mi dawek, lecąc na poziomie minimalnym ( a ciągle te zapędy mieli lekarze z innych przychodni). Po ponad 30 latach mam prawo uważać, że był to dobry wybór. Wierzę w doświadczenie i praktykę a nie tytuły naukowe.

Jutro po tygodniu znów do roboty. Sądząc po zawartości mojej pracowej skrzynki mailowej, aktywność zakładu spada do zera. Wszystko powoli się wychładza. I tak kowid będzie detektorem, co naprawdę jest potrzebne.

babcia ze wschodu….

A w Holandii…właśnie wróciłam wczoraj  z tygodniowego babciowania, zmęczona ale i szczęśliwa. Możliwość poobcowania z wnukami –bezcenna. Możliwość pomieszkania z moimi Młodymi – znam lepsze przyjemności….

Małą widziałam pierwszy raz, cudowna dziewczynka, wiadomo o co jej chodzi. W ogóle nie przestraszyła się babci, dość szybko nawiązałyśmy kontakt. Czułam kiedy chce spać a kiedy jej pasją jest łażenie po podłodze, próbowanie stania przy stoliku – jamniku. Aktualnie skończyła 9 miesięcy i uczy się chodzić, choć dupcia ciężka jest.

Natomiast trochę załamał mnie kontakt z wnukiem, dziecko bystre i inteligentne ale on tam rządzi. Bezstresowo. No comments. Nawet miałam w tej kwestii rozmowę z moim zięciem. To przytomny chłopak i próbował mnie przekonać, że syn nie jest poniżanym nie traktuje się go autorytarnie ani też niewiele się od niego bezwzględnie wymaga. To wszystko prawda- ciągnęłam, ale nadal to ty powinieneś być tutaj szefem a nie on. A rytuał usypiania dzieciaka, który powinien budzić się wyspany ,bo ok 8 ma być w szkole, nie powinien trwać pół nocy. Młody próbował tych sztuk ze mną ale jestem twarda babcia. Gdy widziałam, że pod kołdrą bawi się koparką, natychmiast przerywałam czytanie. Ponadto dobierałam repertuar. Uważam, że pięciolatek nie powinien usypiać przy komiksach, bo stwarza to pretekst do zaglądania do książki przez cały czas. Czytałam muminki, Plastusia i zapowiedziałam, że nie będę czytała żadnej fantastyki, dinozaurów czy badziewia tego typu (choć chciałam zrobić wyjątek dla Harrego Pottera, ale odniosłam wrażenie, że jest jeszcze dla niego za trudny i słabo kojarzy. Zresztą to też kwestia językowa. Młody znacznie lepiej gada i rozumie po włosku a polski język to trudna język……

W każdym razie ostatniego dnia odbyła się zadyma, gdzie wyraziłam swoje credo, że nie uważam, że skoro ogląda nagminnie netflixa i jakieś różowo- pomarańczowo niebieskie gówna, które ciągle się leją to ja jako babcia jestem od tego, żeby mu przekazać wartości wyższe, coś o przyrodzie, sztuce czy tez czytać mu opowiadania, gdzie zaprzęgnie swoją fantazję. W każdym razie albo czytam Kownacką albo dupa z tego. Ponieważ nie chciał, zaczęła się gigantyczna histeria, łaził po nocy a w końcu widziałam, że w jego maleńkim łóżeczku wraz z nim spał również mój zięć.

Mam teraz opinię babci terrorystki, ale jako babcia uważam, że mam prawo mieć własne zasady. Ostatecznie dzieci nie wychowuję, ale to co JA zamierzam im przekazać nie musi być kompatybilne z tym co robią oni. Ale żeby było wesoło, gdy już jechałam na lotnisko, mały poprosił ojca aby babcia wróciła i aby tata przywiózł ją z powrotem.

W każdym razie  przez tydzień pożyłam sobie w kraju wolnym. Tam na szczęście nie ma presji na noszenie namordników, ale są one obowiązkowe z komunikacji miejskiej i na lotniskach. Kupienie zwykłe biletu na komunikację miejską odbywa się w zasadzie tylko przez aplikację. Jedyny punkt sprzedaży zamykają o 17, u kierowcy biletu się nie kupi, więc chcąc nie chcąc trzeba czasem było poprosić zięcia aby odebrał babcię z miasta. Komunikacja z kampusem, w którym mieszkają jest dobra, ale oni używają rowerów a zięć samochodu. Chwała Bogu bo raczej nie podjęłabym się jazdy na rowerach wespół z szaleńcami holenderskimi, którzy na rowerach jeżdżą rajdowo.

Wróciłam wczoraj, jeszcze się nie ogarnęłam na tyle aby jechać na rancho. Do tego muszę iść zrobić badania. Coś mi nawala i w ramach teleporady moja pani doktor zabukowała mi miejsce na pobieranie krwi na jutro. Zmieniłam opinię na temat teleporad, ale ja mam po prostu fajną lekarkę pierwszego kontaktu, na którą zawsze mogę liczyć. Po co, nie mając badań mam jej zawracać głowę? Umówiłyśmy się, że skierowania będą na mnie czekały a gdy będę miała wyniki, zgłoszę się do niej wówczas osobiście, bez czekania w przychodni.

W Holandii też istnieje system teleporad. W ogóle wszystko jest tam już powoli on line. No i ta ich praca. Oboje pracują zdalnie od początku. Nie do końca podoba mi się to. Oni w zasadzie ciągle są w pracy. Jak nie robota to telekonferencje. Przyznam, że dla mnie zawsze było priorytetem  oddzielenie pracy od odpoczynku. Nie zniosłabym aby szef wieczorami wysyłałby mi sms. Do tego sporo czasu poświęca się na interpretowanie maili, znacznie łatwiej byłoby spotkać się osobiście i nie rozkminiać tego. Jakoś sobie w ramach tej telepracy radzą z dziećmi, mała ma dość regularne pory aktywności ale wnuk skazany jest na potwory i netflixa bo rodzice padają na twarz wieczorami.

W ogóle bida z nędzą, Ryanair lata rzadko, oferta perfum beznadziejna tudzież żarcie tam serwowane nie jest jadalne. Na szczęście lot z Eindhoven trwa mniej niż 1,5 h wiec z głodu się nie padnie.

Ale też jest coś miłego – tam jest nieograniczona ilość sklepów ze starociami. Są pchle targi, które Holendrzy lubią. Mając ograniczone możliwości transportowe niewiele kupiłam ale trafiłam kila albumów o zegarach, niedostępnych w PL, jak również nabyłam jeden taki właśnie zegar. Miał on dwie wagi w kształcie kropli, które ważyły razem 2,5 kg. Przy kontroli bagażowej celnicy długo się zastanawiali do czego one służą, bo można dość skutecznie dać w łeb, ale nie ma zakazu transportu starych zegarów. Więc przeszło. Ale zbiegli się i oglądali. A co ja się nadźwigałam to moje……

Przepisy, przepisy

Na szybko, zanim mnie nie pożre rajzefiber. Choć jestem już spokojna, loty nie budzą takich emocji jak kiedyś, przerażają mnie liczne dokumenty tak zwane zdrowotne a właściwie można to spokojnie uznać za pełną inwigilację. Jeśli tak zwana pandemia jest tak groźna o czym przekonują media,  to pewnie miałby to uzasadnienie, ale w sytuacji ogólnoświatowej histerii rozpętanej i sponsorowanej przez WHO totalne podawanie wszelkich danych  trąci szpiegowaniem. Ale ponieważ żyłam przez lata w komunie, gdzie nie było za chińskiego boga takich środków do podglądania, jakie są dostępne dzisiaj to wiadomo, że teczki z IPN z czegoś się wzięły. Wiem też, że wtedy ludzie różne rzeczy robili aby dostać paszport, choćby zapisywali się do ZMS, teraz ja potulnie wypełnię te dane nie tylko o tym czy smarkam i mam wirusa ale też podam adres Młodej, bo od tego zależy czy polecę samolotem do Eindhoven czy nie.

No ale świrus to jedno a przepisy na kiszonki to drugie.

Oczywiście smak kiszonki jest dość standardowy, bo de facto używa się do  tego kopru, ziela, liści laurowych, pieprzu w kulkach no i królem tego wszystkiego jest czosnek, który nadaje ten charakterystyczny smak. Można dodawać liści porzeczek, czego nie robię, oraz chrzanu, który dodaję jak mam. Na Zachodzie Młoda nie używa w ogóle kopru, bo u nich go nie ma. Clue programu jest –jak przekonałam się- woda. Odkąd zaczęłam łazić do sołtysowej po wodę prosto ze studni, nie gotuję jej i robię klasyczną solankę, dwie łyżki soli na litr wody i ją dodaję. W tym roku ogórki na jej wodzie wyszły twarde i dobre, choć różnie z tym bywało wcześniej. Zrobiłam w tym roku ich stosunkowo mało, bo mam jeszcze zapasy niekoniecznie twardych z lat ubiegłych.

Kiszonki również wyprodukowałam na jej wodzie. Są naprawdę smaczne. Co do pomidorów miałam obiekcję. Muszą być po prostu małe, wtedy są dobre. Nie mam pojęcia czy zielone da się ukisić. W każdym razie na oknie na pewno dojrzeją….

Zrobiłam też kiszonki z buraków, nie wiem jak wyjdą, ale poprzednie nastawy dały radę a robiłam je na zwykłej wodzie warszawskiej, ale przegotowanej. Problem jest, bo oprócz soku, który jest mocny o smaku wręcz uderzającym, pozostaje cała masa ukiszonych buraków w zasadzie nie do przejedzenia, chyba, że ktoś przepada za sałatkami warzywnymi w każdej ilości.  

Kolega z innego zakładu kisi wszystko, marchewki, kalafiora. Nie jest to złe. Może wypróbuję.

A co do kapusty, w pewnym momencie pojawia się na bazarach kapusta szatkowana w workach po 15 kg i ją również można użyć w celu samodzielnego kiszenia. Ja w tym roku ciachałam zwykłą, bo miałam jej nadmiary. Dodałam do niej utartej marchewki oraz kminku. Sypałam sól niejodowaną co jakiś czas maleńką garsteczkę z wyczuciem, ubijając dość intensywnie kapustę i z 3 kapust wyszło mi 7 litrowych słoików. Kapustę kisiłam w 10 l wiadrze z Leroy Merlina takiego budowlanego ( rzecz jasna nie używanego do rozrabiania cementu…) ale jest to polipropylen, który może kontaktować się z żywnością. Kisiła się tydzień, była przyłożona kamieniem. Wyszła super. Ale też mam jej co nieco za dużo i chętnie się podzielę!!!!

Jeśli jesteśmy przy przepisach , podam mój niezawodny przepis na ser podpuszczkowy. Otóż nabywamy na przykład na allegro chlorek wapnia 100 g, ilość horrendalna, biorąc pod uwagę, że na 10 l mleka używa się mniej niż gram. Chlorek dodaje się dla poprawy konsystencji.  https://allegro.pl/oferta/chlorek-wapnia-do-produkcji-sera-100g-411211-7060078850

Należy też koniecznie nabyć podpuszczkę w formie stałej lub ciekłej – a oto linki https://allegro.pl/oferta/podpuszczka-5gr-do-wyrobu-serow-domowych-411200-6378079610 -forma stała lub płynna (której jeszcze nie używałam) https://allegro.pl/oferta/podpuszczka-plynna-50ml-do-produkcji-sera-411201-7720288692 . Tego również dodaje się mało, 1 g podpuszczki stałej rozrobionej w ciepłej wodzie (temperatura nie za wysoka, do 40 stopni C) starczy na 10 l mleka .Potrzebna będzie chusta serowarska-klinek, nawet kilka, do której będzie się przekładało masę serową do odcieknięcia. https://allegro.pl/oferta/chusta-serowarska-klin-5szt-36x32x45cm-411302-sera-5662739944

Ja co prawda jeszcze nie robiłam sera w formach ale ci co sprzedają serki robią, więc można jeszcze kupić formy w różnych kształtach, na przykład taką https://allegro.pl/oferta/forma-serowarska-250g-okragla-10x10x5-5cm-411310-6027689393

Sam przepis polega na tym, że mleko ( ja robię zwykle z 10 l, ale można oczywiście zachowując proporcję robić z mniejszej ilości) ogrzewam do max 38 stopni C (termometr jest konieczny aby nie przegrzać). Dodaję chlorek wapnia około 1g/10 l  mleka i odstawiam na jakieś 15 minut, uprzednio mieszając. Potem sprawdzam temperaturę i dogrzewam precyzyjnie do 35-38 stopni C i dodaję wcześniej rozpuszczoną podpuszczkę w ciepłej wodzie i wszystko mieszam ( 1 paczka 1g podpuszczki na 10 l mleka). Miesza się nie za długo, bo całość zaczyna się zestalać. Należy pozwolić serowi się zrobić i trwa to około 1 godziny. Potem całość już zestaloną, wyglądającą jak mleczna galareta, wkłada się za pomocą łyżki do zupy do chusty, wiesza się i pozwala odciec przez noc. Z 10 l wychodzi sera na ok. 7 chust. Serwatkę można wykorzystać, jest smaczna ale nie mam jeszcze dobrej receptury ( ser Ricotta, który się z niej robi, nie wychodził mi…), więc ją wylewam, niestety.

Następnego dnia rano obcieknięte sery kładę i przyciskam deską (nie mam praski) i obciążam cegłami. Potem po kilku godzinach takie płaskie całkiem już serki wyciągam z chust i wkładam do miski i zalewam solanką. Stężenie solanki może być różne, od sławnych 2 łyżek soli na litr wody do większego, jak ktoś lubi słony ser. W solance praktycznie w lodówce ser może leżeć i dwa tygodnie, zwykle nie daje rady doczekać.

A więc jak macie dostęp do mleka z prawdziwej krowy ale nie ze sklepu, spróbujcie. Efekt będzie murowany. Ze sklepu wychodzi byle co.

No i tą drogą kończę i zabieram się do wypełniania papierów lotniczych J.

A więc babcia jedzie….

W związku z koronawirusem zaczęłam energicznie produkować kwaszonki, ab y ustrzec się od tego złośliwca. Ukiszony czosnek wraz z innymi składnikami ponoć znakomicie działa antywirusowo, sok z buraków antyrakotwórczo, kapusta kiszona też ma same zalety. Udało mi się zakisić pomidory ( owszem, małe cocktailowe wyszły super, ale już większe niestety mają jakiś dziwny smak. Cukinia wyszła znakomita, to warzywo w pewnym okresie rośnie w takich ilościach, że jest praktycznie za darmo, dostaję od sołtysowej ilości hurtowe ale ileż można jeść placków czy leczo? Dlatego postanowiłam część zakisić. Kiszona papryka jest the best, nawet lepsza niż marynowana w occie.

Szczepionki nie przewiduję zaplikować, odkąd moja koleżanka w pracy mało życia nie  straciła po takiej szczepionce na grypę i chorowała bite 3 tygodnie. Było to wiele lat temu, kiedy jeszcze wirus nie nabrał takiej medialnie niszczycielskiej mocy, ale nadal szalał. Nie krytykuję jednak ludzi, którzy biorą szczepionkę. Bardzo możliwe, że ludziom o beznadziejnej odporności, którzy całe jesienie i zimy smarkają i nie są w stanie się wyleczyć, jest ona potrzebna. Ale ja osobiście wolę czosnek i kiszoną kapustę.

Wczoraj na rancho skręcaliśmy kompostownik. Czegoś tak gówniano zrobionego to nie widziałam nigdy. Tak niedopasowany konstrukt, Jasiek, skręcając go klął na czym świat stoi, Ciekawa jestem jak z tym poradziłyby sobie starszawe dziadki, które kupiły to plastikowe ustrojstwo do swojego ogródka i chciały to sami złożyć? Konstrukcja niby oparta na lego, teoretycznie wystarczy klik i łączą się ze sobą części ale problem w tym, że te części absolutnie są niedopasowane, trzeba używać nieludzkiej siły, młotka i śrubokręta bo inaczej nic się nie zepnie.

Pojutrze lecę do Holandii zobaczyć wreszcie moją maleńką wnusię. Już mi przesłali deklarację do wypełnienia, że nie kontaktowałam się z zakażonymi, nie smarkam, nie pluję i nie charczę. Niedostarczenie tego dokumentu grozi nie wpuszczeniem do samolotu lub karą pieniężną aż do 500€. Pierdolec ma niestety charakter międzynarodowy. Prawdę mówiąc pogoda taka śliczna, że aż żal jechać, zwłaszcza, że grzyby dopisują. Im jestem starsza tym bardziej zanika mi instynkt peregrynacji. Choć mała już prawie łazi, babcia jeszcze jej na żywo nie widziała. Z tego powodu się cieszę, że jadę.

Odwiedziłam też ostatnio chorego na schizofrenię paranoidalną kuzyna. W jakimś sensie przejęłam to zobowiązanie po moim zmarłym bracie, w gruncie rzeczy instynkty opiekuńcze mam w niewielkim stopniu. Problem w tym, że osią konfliktu są złe relacje między nim a jego własnym bratem, który de facto jest zobowiązany do opieki nad nim, ale mieszka w innym mieście i go zwyczajnie nie lubi. Opiekę nad nim po śmierci ich matki traktował jako dopust boży. Po serii rozmów z bratem kuzyna doszłam do wniosku, że najlepiej będzie jak raz na jakiś czas przyjedziemy do niego z paczką, zawieziemy papierosy i coca colę. Brat rekomendował jakieś soczki i nic co mogłoby być na wymianę na papierosy. Żadnych zdrowych soczków, on po prostu tak naprawdę pragnie palić a brat mu tego zabrania. 70 letni facet, kiedyś dość ostro pijący, choć nigdy nie przekraczający pewnych granic, raczej już nie zachoruje na raka płuc, ale za to jego życie będzie przyjemniejsze. Tak samo coca cola. Brat jego sugerował zdrowe soczki ale co z tego, skoro on woli colę? Dalibóg, facet przebywa w zamknięciu, choć jest całkiem przytomny i gada do rzeczy. Ma napady amnezji, jest niesamodzielny, więc ośrodek jest jedynym i dobrym rozwiązaniem w jego sytuacji, jest zadbany i ma sensowną opiekę. Ale on się tam nudzi i na okrągło wydzwania. Zaciskam zęby, czasem odbieram telefony a czasem nie. Staram się być miła, nie jestem w stanie mu uświadomić, ze jest upierdliwy. Ale ponoć czasem chorzy tak mają.

Wczoraj popływaliśmy sobie wreszcie po Narwi, biorąc łódź od zaprzyjaźnionych ludzi z Pułtuska z Klubu Wodniaków. Przez ten remont przez całe lato nie było ku temu sposobności. Mam tylko nadzieję, że nie był to ostatni raz i może pogoda da szansę popływać w jesiennej scenerii.

Zaopatrzyłam się w karty pokładowe, papiery że nie jestem zarażona i bilety na dojazd do Modlina. Muszę z różnych powodów jechać sama, może to i dobrze. Nie znoszę się żegnać na lotnisku.

Studia

Wiele się dzieje spraw głupich i mądrych. O wielu nie warto pisać, bo już było pisane a to o koronawirusie, o mojej trwającej ciągle walce z nadmiarem dóbr wszelkich, renowacji starych gratów poprzez pomalowanie na biało i kremowo ( fakt, ohydne skrzynie z Wyszkowa nabrały nowego looku). Jak również moimi doświadczeniami w oddawaniu książek for free na śmieciarce. Póki co jest fajnie, są tam ciekawi ludzie, którym książki, mi już niepotrzbne oddawałam, ale i nie za wiele też można oddać. Bo wiele książek się wyrzuca a ja jestem temu przeciwna i walczę o godne miejsce dla każdej z nich. Również i tam grasują handlarze wyłapujący ciekawe okazje, które zamierzają przejąć za darmo i spieniężyć. Niby trudno się temu dziwić, ale przeczy to idei stop waste, jaka prawdopodobnie była celem założenia tego portalu.

Dziś dowiedziałam się, że nasz Uniwersytet zaczyna rok akademicki zdalnie. Jak zwykle w pierwszej chwili do głowy mi przyszło, że kolejna grupa ludzi będzie się bezkarnie obijała udając, że uczy a grupa studentów będzie udawała, że studiuje.

Biorąc pod uwagę moje doświadczenia z urzędami, kolejna grupa ludzi będzie dostawała pieniądze za nic.  

Z jakichś powodów uważam, że studiowanie jest okresem aktywności młodego człowieka, również społecznej, obcowania ze światem nauki i osobowościami, które się wspomina czasem potem latami zaś  facet nadający do mikrofonu, którego ogląda się w pozycji leżącej przy kawusi i w samych skarpetkach całkowicie przeczy etosowi akademickiemu.

Taki sposób obcowania przez internet może być i adekwatny dla coachów-guru dla zagubionych  albo też magików od marketingu, ale nie jest w przypadku profesora, który, oprócz tego, że podaje suche fakty w sposób mniej lub bardziej interesujący, obserwuje również stopień reakcji, zainteresowania i zrozumienia przez słuchających go studentów.  Niektóre wykłady pamiętam do dziś, mój były i nieżyjący wykładowca z chemii organicznej był niespełnionym aktorem i jego gestykulacje były niezapomniane.

Co prawda moja Młoda jest entuzjastką takiego systemu nauczania, sama pracuje zdalnie ale jednak odnoszę wrażenie, że taka praca jest mało wydajna. Polega ona na klepaniu w klawiaturę setek maili, monitorowaniu jakichś wiecznych pretensji, wyrażanych w mailach od współpracowników, którzy i tak nie czytają z uwagą maili od niej. Może i jestem stara i zramolała, ale odróżniam, póki skleroza nie zje mi mózgu, rzeczy prawdziwe od pozoranctwa.

Wydaje mi się, że w tej sytuacji wiele rzeczy zostanie zweryfikowanych. Na przykład potrzeba istnienia pewnych dziedzin życia, instytucji czy też poziom hierarchii różnych potrzeb.

Powszechnie krytykowany brak dostępu do służby zdrowia ma też pewien dostrzegalny pozytyw, bo ograniczono obłożenie przychodni przez osoby, dla których bywanie u lekarza było częścią życia społecznego i rytuałem. Ludzie nie są nauczeni, że trzeba odpowiadać również i za swoje zdrowie. Bardzo mi odpowiada system e-recept, jako astmatyk biorę pewne leki w sposób ciągły i wystarczy, że zadzwonię, tego samego dnia zwykle mogę leki już wykupić bo e-recepty przychodzą na telefon i maila. Wypisuje je moja lekarka, która zapewne gdybym się do niej zgłosiła, że coś nie tak, raczej nie zaproponowała telekonferencji. Również jeśli już dostanie się do lekarza nawet rzadkiej specjalności to przekazywanie elektroniczne wyników badań, skanów czy innych prześwietleń, pozwala na nie zawracanie głowy lekarzowi, plątaniu się po przychodni i lepszej kontroli dawkowanych leków.

Służba zdrowia jest niestety w stanie zapaści i chociaż te niewielkie usprawnienia ograniczają czas latania po przychodniach. Ale nie rozwiążą problemów wynikających z braku kontaktu lekarza z pacjentem. Jest skandaliczną rzeczą złe diagnozowanie przypadków nagłych, konieczność robienia awantury ( nawet w przychodniach prywatnych ) jeśli chce się do lekarza dostać w rozsądnym terminie. Ale często też stały pacjentom lekarze podają swoje prywatne komórki, tak działa mój chłop, ma kontakt z endokrynologiem, specjalność ta jest tak pożądana, że umawianie się oficjalne jest możliwe na terminy co najmniej kilkumiesięczne. Dzięki temu, że wysyła mu wyniki badań, leki mogą być dobierane bez konieczności osobistego stawiennictwa.

Problem pojawia się dla ludzi wykluczonych cyfrowo….

Martwi mnie, że relacje między ludzkie są powoli wynaturzane. Być może będzie to miało wpływ na młodsze pokolenie. Są ukształtowani przez media z różnych opcji a działania zmierzające do ograniczenia relacji międzyludzkich pomiędzy nimi, będą zapewne miały efekt długofalowy. Nas, starych to w zasadzie nie dotyczy, bo swoje wiemy, i doprawdy niewiele mogą z nami zrobić.

Pomądrzyłam się, wybieram się do Młodej z ciężkim sercem. Cieszę się że wreszcie zobaczę moją malutką wnusię  po raz pierwszy i spotkam się z Niuniem. Ale też będę musiała odbyć serię bezsensownych dyskusji, w których będzie mnie przekonywać, że czarne jest białe…..A swoje i tak wiem…..

Wyzwania

Dziś, po powrocie z działki wróciłam do roboty i nadal nic. To znaczy nie wiem, co ludki w mojej pracy robią, Urząd się nie odzywa, zleceń z projektu nadal brak, zero maili. Prawdziwe skutki świrusa….Jak tak dalej pójdzie to dupa blada. Pocieszam się, że chyba większość mojej firmy tak ma, ludzie robią rzeczy pozorowane, niektórym kończą się kontrakty emerytalne, mnie jeszcze został rok. A co dalej, nie będę się teraz martwiła. Jakoś coraz gorzej widzę swoją pracę w firmie, gdzie na 65 osób w pionach tak zwanych badawczych przypada 46 osób z obsługi. W samym dziale jakości to 5 etatów. Magazyn robotnicy placowi, stanowi 12 osób, rzecz jasna nie ma tam na przykład stolarzy jak było kiedyś ale są faceci do strzyżenia trawników i oprawiania chodników oraz kształtowania krzewów w szpalery. Rozlicza u nas umowy 4 osoby, zawiera i podpisuje oraz robi marketing, marny zresztą 9 osób. A sieć do której od kwietnia należymy, oczekuje na wyzwania.

W ogóle formuła „wyzwania” pasuje jak pięść do nosa do prac badawczych. Kiedyś za głuchej komuny były programy węzłowe, których głównym celem było opracowanie zamienników do produktów w dobie embarga na produkty za dolary. Potem się zmieniło, zaczęliśmy truchtać do Europy, robiąc adaptację badań i certyfikację zgodnie z ich normami. A teraz nagle pojawiła się koncepcja współpracy z jak to się mówi – biznesem. Bo już nie z przemysłem, którego de facto nie ma.

Wyzwanie może być choćby takie – ostatnio znalezione w sieci, otóż firma Dawtona przygotowuje projekt w ramach konkursu w jednej z organizacji przyznającej pieniądze na naukę pod tytułem:  Opracowanie nowego, innowacyjnego procesu technologicznego produkcji pomidorów (krojonych i całych) o znacznie poprawionych walorach odżywczych, z jednoczesnym wydłużeniem terminu przydatności do spożycia, pakowanych w puszce…konia z rzędem jak coś takiego można nazwać pracą badawczą, każda gospodyni, która robi pomidory wie co zrobić aby były smaczne. Praktycznie do dobrego przecieru pomidorowego zasadniczo wystarczą dobre pomidory a nie zgniły chłam, sól, można również dodać pieprzu, selera tudzież innych przypraw aby otrzymać ketchup. Pomidory można również zakisić ( właśnie temu też oddawałam się na działce, ciekawe co wyjdzie). Ważne aby słoiki były czyste i wyparzone, pozbawione bakterii. W puszce wiadomo, że będą znacznie gorsze niż w słoiku, będą zalatywały żelastwem, niestety. Typowy przemysłowy produkt to jak te koncentraty 30% , którym kudy do przetworów domowej roboty.

Ciekawostką jest także formalna strona wyzwania – otóż wyzwanie jest kompatybilne z taką działalnością sieci takimi jak zdrowie, inteligentna mobilność, zrównoważona gospodarka i energia oraz transformacja cyfrowa. „Dawtona rzuciła wyzwanie sieci, w którym liczy na innowacyjne oraz kreatywne pomysły. Zakres wyzwania jest szeroki z tego względu, że firma nie chce ograniczać Państwa kreatywności”- tak piszą w biuletynie sieci.

Ja kurcze jestem chyba za cienka na tę korporacyjną nowomowę. A może i za stara. Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że aktualne czterdziestolatki i okolica myślą całkiem inaczej niż my. I że należy się od nich za wszelką cenę odcinać i broń Boże nie inicjować dyskusji. Bo co z tego, że przez lata doskonaliliśmy warsztat jakichś mniej lub bardziej sprawnych technik badawczych jak to wszystko poszło psu w d…. Przemysł zdechł, Europa się wypina, bo ma swoje wyzwania ( choćby loty w kosmos, które, jak się okazuje, należą również do serii wyzwań mojej sieci, ale są jakby trudniejsze w realizacji). Pozostaje nam kreatywnie puszkować pomidory, które mają być smaczniejsze i trwalsze i nie walić w nos żelastwem przy otwarciu….