Nie tylko covid

Chyba jakoś osłabła temperatura dyskusji i polemik dotyczących Covida. Wiosna nastała a z nią choroby wirusowe precz. I tak jest od lat i pewnie dalej tak będzie.

A ja wraz z Jaśkiem postanowiliśmy że z obleśnej budy zrobimy warsztat do renowacji zegarów. Na razie to stajnia Augiasza. I do tego konflikt z wykonawcą czyli Bobem, który znów chciał nas oszkapić. Znów dałam się nabrać na taniego wykonawcę, bo sąsiad, bo blisko, bo dogadamy się…..zrobił tyle co umiał, chciał wziąć tyle, co fachowiec- dekarz a tam jeszcze multum roboty czeka, choćby uszczelnienie budy, bo szczelin nie brakuje. Przed nami ciężka robota, na razie eksmisja całego bajzlu, który nazbierał się przez lata. Potem ściany, drzwi i inne rzeczy, na końcu stół warsztatowy ( który zresztą mamy) oraz półki.

Wyrzucanie śmieci to oddzielny problem. Kontener na 3 dni w okolicy to 1000 zł. Dlatego opracowałam wariant z wywiezieniem do PSZOKA w okolicy ale są restrykcyjne godziny i dni. No i musimy tutaj przywlec przyczepę.

Okno wymyślił Jasiek, początkowo się śmiałam ale buda zyskała. Wygląda dość pociesznie.

Jeśli dam radę to przetrwać to znaczy, że nie jesteśmy jeszcze tacy starzy!

Po majówce….

Ostatnio zniechęciłam się do wszystkiego na tyle, że w ogóle odpuściłam sobie odpalanie komputera, czytanie wiadomości, słuchanie radia też ograniczyłam do melodyjek będących tłem do robót remontowych (bye, bye Tok FM). Nie lubię manipulacji, za komuny też jej nie lubiłam.

Okazało się, że niespodziewanie Bob potraktował poważnie temat zmiany dachu na naszym pomieszczeniu gospodarczym zwanym budą i zabrał się za robotę. Umawialiśmy się, że będzie robił dach jak będzie stosowna pogoda. Tymczasem gdy przyjechałam w czwartek na rancho to okazało się że dachu na budzie już nie ma, nic nie wyniesione. A prognozy były jasne. Wynosiłam w pośpiechu co się dało i na co miałam siłę, nie miałam siły na  pudła i regały jeszcze z czasów komuny, które zalegały w budzie i zawierały dziesiątki tysięcy rzeczy zbędnych. Co prawda Jasiek jest wielkim entuzjastą przydasi ale chyba i on poległ.

Deszcz wymył wszystko definitywnie i prawdopodobnie czeka mnie kolejne kilka tygodnia a może miesięcy mycia i selekcjonowania rzeczy niepotrzebnych, przydasi i innego typu fantów, które przebywały w budzie. Tudzież rowerów, które również nieco zmokły. Natomiast słoikom na pewno nie zaszkodzi.

Pogoda była frustrująca, bo nie tylko nic nie dało się zrobić również w ogródku. Mam całe pudło nasion, które diabli wiedzą kiedy wysieję, jak również puste doniczki z ziemią, bo begonie padły. Więc chyba trzeba będzie czekać na Zimną Zośkę, która podobno będzie w tym roku ciepła.

Dobrze, że bratki mają się pięknie.

Teraz, gdy siedzę w pracy, widzę śliczne słońce a ja muszę siedzieć na tyłku, ale na szczęście mogę coś skrobnąć w blogu.

W mojej firmie kolejna reorganizacja, polegająca na coraz bardziej pompatycznych nazwach dla poszczególnych działów, np. dział złożony kiedyś z trzech (a teraz dwóch) jegomości, którzy chodzili instalować nam antywirusy i załatwiali nasze problemy z zawieszaniem się komputerów teraz zwą się „działem teleinformatyki”. Powstały „Centra badawcze” zamiast pionów i „Laboratoria” dawniej Zakłady. Niby nic ale wiąże się z tym, bo ludzie ci sami, ale zachodzi  konieczność całkowitej wymiany pieczątek, formularzy pism, napisów na drzwiach, nagłówków sprawozdań i cholera wie czego jeszcze. Nikt rzecz jasna nie liczy kosztów tego, ale dla wielu rozsądnych ludzi jest to po prostu zapewnienie jakiegoś zajęcia ludziom, bo roboty niestety za wiele nie ma. Gdzie te czasy, kiedy były tematy, projekty czy konferencje? Teraz będą poprawiane po raz kolejny dokumenty.

W kwestii kowidowej – kolega z pracy właśnie wrócił ze zwolnienia. Ponad dwa tygodnie chorowali na covida z żoną. Brali Amantix, lżejsza odmiana Viregytu, przepisała im to młoda lekarka. Brali to dwa dni ale za to od razu, ciężko było, ale zapalenia płuc nie dostali. I spytałam go co o tym sądzi – nie ma pojęcia jak to by było gdyby nie brali. Nie miał możliwości sprawdzenia, brali oboje z żoną. Fakt, lek wymaga picia monstrualnych ilości wody, osłabia, powoduje bóle głowy. Ale oboje z żoną mają się dzisiaj  dobrze. Nie byli w ogóle w szpitalu. Myślę, że gdyby rzetelnie zrobiliby badania, pewnie byłoby bardziej jasne, czy ten lek działa i na ile skutecznie. Niestety osobiście w to nie wierzę, bo nie o to chodzi…..choć wierzę w determinację profesora Rejdaka, że proces akceptacji amantadyny doprowadzi do końca i uda mu się pokonać kowidowych celebrytów…..

Uwagi przed pójściem w pole…

Gdyby ktoś zapytał do czego ten świat zmierza, to pewnie sporo osób westchnęło by, że dawniej to były czasy, teraz to dzieją się niebywałe rzeczy, koniec świata blisko i w ogóle…..ja jako stara baba, która przeżyła czas socjalistycznej przebudowy, solidarnościowe ruchy, ponowne narodziny kapitalizmu, uważam że de facto nic się nie zmieniło. Występuje wiele rzeczy pod różnymi szyldami, to co kiedyś stawało się forpocztą wolności, przynosi złe i zatęchłe powiewy, od których należy uciekać jak od morowego powietrza.

Otóż zawsze istniała grupa ludzi, która uważała, że chce dla nas dobrze. Socetatyzm miał się świetnie, były najpierw tygodniowe żłobki i kobiety na traktorach. Było wyrabianie planów w 200 procentach, potem „telewizor, meble mały fiat…” i wczasy w Bułgarii, elita rządowa bogaciła się, wciskając ciemnotę ludowi, teraz robią to samo – żądza pieniądza ma wyraz w ogromnej korupcji władzy i pobocznych, dokonywanej przez koncerny farmaceutyczne, które chcą nam również zrobić dobrze.

Kiedyś owocem pożądania były dżinsy Lee, wyjazd do Bułgarii, teraz papierki z lodów, ciasteczka Deseo czy wyjazdy na Kanary. A ostatnio na Zanzibar (byłam, naprawdę nic ciekawego oprócz tego, że daleko). To wszystko już było.

Myślę, że problemem dla wielu jest przewartościowanie pojęć, who is who, kiedyś Gazeta Wyborcza była nośnikiem myśli nowej i postępowej w odróżnieniu od skostniałego Życia Warszawy a nade wszystko Trybuny Ludu. Dziś lewica dogaduje się z PIS-em. Z kolei  główny ściek medialny z GW na czele, dzisiaj dla mniej więcej normalnego człowieka jest równie nie jest do strawienia tak jak kiedyś Trybuna Ludu, główny organ PZPR. Przemiany w świadomości dzieją się na tyle szybko, że zaczyna być problemem, kto jest w istocie rzeczy kim i co sobą reprezentuje. Kto jest zamordystą, komu „chodzi o społeczeństwo” czy „prostego człowieka”. Obecnie serwowany nam cocktail informacji i faktów, spreparowanych pod kątem bieżących potrzeb jest na tyle niestrawny, że ulewa się i wychodzi bokiem. i wiele osób się w tym nie łapie kompletnie.

Część osób tego nie wytrzymuje i wykańcza się psychicznie, dzieci wychowują zestresowani i napędzani żądzą pieniądza rodzice i niezrozumiane dzieci często lądują w psychiatrykach. Ponieważ placówek takich nie ma za dużo, zrobił się ogólnopolski problem i zbiórki na psychiatrię dziecięcą są obecne wszędzie, wiele fundacji zbiera na to poprzez 1%.

Dzieci dodatkowo fiksują, siedząc w domu. Na szczęście są jeszcze całkiem prości ludzie, którzy mają dla tych dzieci zajęcie. Na przykład mój opisywany wielokrotnie sąsiad Bob, który po nauce zdalnej przed kompem,  bierze towarzystwo na podwórko i każe ciąć 15 latkom piłą drewno, wbijać gwoździe. Widziałam wczoraj jak u mnie na podwórku z dumą cięli krokwie a dosłownie się bili, kto ma potem wsiąść na ciągnik. Oczywiście nie działo się to samopas, tylko pod okiem ojca, który kontrolował ich działania. Z całą pewnością chłopcy ci nie będą oni pacjentami klinik psychiatrycznych, no chyba, że zajdą jakieś przyczyny medyczne ale tego nie da się przewidzieć. Jeden chce być weterynarzem ( razem z ojcem odbierał poród cielącej się krowy), drugi chyba mechanikiem. Natomiast klientką psychiatryka jest jedna z wnuczek Jaśka, biedna dziewczynka, której nie chciała matka ani ojciec, nie było komu z nią porozmawiać, matka znalazła sobie innego męża, ojciec – inne dziewczyny a teraz nową żonę. Natomiast ojciec wywierał presję czym ma się ona interesować, co ma się jej podobać a oczywiście wszystko miało być „trendy”. A mieszkała de facto u dziadków, katolików na granicy fanatyzmu. Nie muszę dodawać, że ma ona całkiem inne hobby niż narzucone kiedyś przez jej ojca.

Teraz idą petycję aby dzieci nie przemęczać w szkole klasówkami bo są znerwicowane. To fakt, że przez blisko cały rok szkolny siedziały w domu i – co tu dużo ukrywać, niewiele się nauczyły. I sądzę, że w takim wypadku ocena zdobytej wiedzy jest konieczna, choćby po to aby móc uczyć dalej, ale jakakolwiek presja na uczniów – broń Boże. Fakt, że jest cała masa nauczycieli lubiących pastwić się nad uczniami i pewnie to właśnie oni będą nadużywać klasówek do wyżywania się na dzieciach. Natomiast jakaś forma mobilizacji jest jednak potrzebna, bo nie da się życia przeżyć w pidżamie przed monitorem.

Na deser -amantadyna. Bo jakby się dało bez tego?  Walka o dusze, władzę i pieniądze. Kampania szczepionkowa weszła w fazę bardzo agresywną, widocznie nie ma na tyle dużo chętnych, skoro przekupieni rzecznicy Big Pharmy ( Horban) wręcz wieszczą, że szczepienia mogą być obowiązkowe. To nie jest o tyle proste, że wprowadzenie obowiązku procedur medycznych kłóci się z prawami człowieka, który ma prawo takim procedurom się nie poddać, i to nie tylko w Polsce. Czytałam, że w Polsce poziom zaszczepienia to około 16%. A za chwile szczepionek będzie w bród. Co z nimi zrobić? A w ludziach coraz więcej wątpliwości…..

Dlatego rozpoczęto – i będzie trwała – obrzydliwa kampania przeciw lekarzom, którzy w ogóle uważają, że Covida można leczyć. Kampania brudna, zła, nie mająca nic wspólnego z dobrem jednostki. Bo nie chodzi o ty aby wyleczyć chorobę ( notabene nie uważam osobiście amantadyny za świętego Graala, tylko za jeden ze środków, który w pewnych sytuacjach działa we wczesnych stadiach choroby), ale o to aby zużytkować szczepionki na która poszła ogromna kasa.

Co do Gatesa , 5G czy różków wyrastających to jest to tylko dodatek, aby zgnoić myślących inaczej i krytycznie wobec jedynie słusznej opinii krajowych  beneficjentów Big Pharmy.

Na szczęście nie jestem na tyle zainteresowana lotami samolotem, wyjazdami na imprezy, łażeniem po bulwarach, aby jeszcze spokojnie poczekać aż to wszystko pieprznie. Chyba, że tego nie dożyję co jest również możliwe, bo nikt nie wie, komu z brzega……

Siły już nie te……

Właściwie to miałam iść spać, ale złapałam drugi oddech. Już wczoraj przyjechałam na rancho, słonce wyganiało mnie z miasta i nawet perspektywa oziębienia nie wpłynęła na decyzję, aby zostać w domu w Warszawie. Zresztą Jasiek wtedy, gdy mnie nie ma, może więcej popracować i dłużej pogrzebać w zegarkach, nie tylko firmowych ale i swoich. Chłop musi mieć też czas dla siebie. I super jak ma dodatkowo hobby, przynajmniej się nie frustruje ale ma czym wypełnić czas. I jak przyjedzie będzie się bardziej starał…..

Przeliczyłam się z moją kondycją. Otóż Bob miał zaorać mi kawałek ziemi i przygotować ziemię pod warzywa, bo w tym roku sobie wymyśliłam, że będę miała własną sałatę, rzodkiewki i fasolkę szparagową plus trochę innych warzyw. No może oprócz marchewki bo ją zawsze jakieś gówno żre i trzeba ją przerywać a tego nie znoszę robić.

Poszłam więc na ten teren z nadzieją, że wszystko dziś posieję i spotkała mnie paskudna niespodzianka. Bob tylko przeleciał częściowo działkę, większa część została nie ruszona i ma konsystencję betonu i jest porośnięte perzem. Miałam nadzieję, że ta ziemia będzie się nadawała do posiania ale gdzie tam…..muszę od nowa kopać to co on niby zaorał. Zawzięłam się, wzięłam moje cudowne widły Fiskarsa, ale w pewnym momencie zwyczajnie nie dałam rady. Na szczęście zaczęło padać, co dało mi pretekst aby robotę skończyć. I tak przyszłam, coś tam zjadłam, walnęłam się na wyrko i – za chwile w ogóle nie byłam w stanie wstać. Boli mnie wszystko, stawy, kolana, łokieć. A zrobiłam zaledwie 1/3 roboty….

Bob ma taką cechę, że jak dostaje wiele zleceń od nas to bardzo szybko się orientuje, że jest okazja do wykiwania mnie. Coś mnie podkusiło, żeby spytać ile chce za oranie i wyrwanie krzaczków. Zaśpiewał 4 stówki, co uznałam za kwotę nieco wygórowaną, zważywszy, że te rzeczy robi na traktorze i de facto nie zajęło mu to więcej niż godzinę. Mam taki nawyk, że rządzę, choć wielokrotnie prosiłam Jaśka, żeby sprawy finansowe z Bobem wziął na siebie on. To pokłosie mojego samotnego zarządzania robotami. Jednak przekonałam się, że niestety do gadek z chłopami, mechanikami samochodowymi czy innymi majstrami zwłaszcza o zakresie robót i pieniądzach nadają się tylko faceci, bo baba zawsze zostanie wyrolowana. Toteż następne zlecenie czyli wymiana dachu na budzie będzie prowadził mój szanowny. Jest znacznie bardziej asertywny w tych kwestiach i umie się targować.

W ramach pracy zdalnej robiłam też pracę dla Urzędu Rejestracji, po raz kolejny, obijając się o mur nieżyczliwości będącej pochodną niewiedzy, ale gdy pracuję na rancho to mi to zwisa. Jaka jestem nerwowa w Warszawie, świadczy to, że napisałam wczoraj do tego urzędnika elaborat żeby wyraził się o co mu naprawdę chodzi a nie walił paragrafami z dyrektyw bo taka głupia to ja nie jestem i też je znam.  Napisałam też w przypływie złości jeszcze jeden elaborat do T-Mobile, w związku z niezapłaceniem rachunku. Rachunek oczywiście zapłaciłam ale z pewnym opóźnieniem, natomiast nienawidzę tych metod straszenia i siania zagrożenia pod tytułem co się stanie w razie gdy nie wpłacę w ciągu kilku dni. W ogóle uważam, że T-Mobile ma ze mną za dobrze i poważnie rozważam zmianę operatora. Ale na razie nie zrobiłam researchu, czy oni się w czymkolwiek od siebie różnią i który operator najmniej zdziera…. Fakt zrezygnowałam kiedyś z UPC, bo byli upierdliwi i drodzy, mam teraz znacznie taniej Netię ale dopiero od niedawna przestał zawieszać mi się sygnał w telewizorze.

Temat pandemii śledzę dość intensywnie. Pan Mecenas (o który zresztą pisałam poprzednio) stworzył właściwie  spore forum dla ludzi myślących inaczej niż główny ściek, no powiedzmy nurt. Da się to czytać i z wieloma postami się zgadzam na 100%. Ostatnio Pan Profesor ( mówią o nim guru kowidian) zabiera głos znacznie rzadziej, niestety ilość zgonów jest aktualnie monstrualnie wysoka w porównaniu z innymi krajami i dalibóg, nie są to zgony na covid. Są tak pewnie w przeważającej większości raportowane, co świadczy jedynie o całkowitym upadku medycyny i pazerności lekarzy, bo to się bardziej opłaca. Nawet panowie sobie przestali dowalać tak jak jakiś czas temu. To, co dzieje się w medycynie i leczeniu w powiązaniu z tym co dzieje się ogólnie, daje dość ponury obraz. Nie widać żeby choć pojawiały się minimalne przesłanki na normalność  w najbliższym czasie. Liczy na to mój szef, bo marzy o wycieczce w ciepłe kraje.

Martwi to wszystko dodatkowo mojego szefa, bo faktycznie zaczyna się robić problem i pojawia się zasadnicze pytanie- do czego człowiekowi pozbawionemu wszystkiego co czyni życie znośne i normalne, jest potrzebny taki instytut? I dlaczego za udział w wirtualnej konferencji, co samo w sobie jest absurdem, trzeba zapłacić aż 400€? Nie widzę dobrej odpowiedzi…..

Trochę o psach i innych rzeczach…

Toczy się wojna na wszelkich frontach, wiele osób nazywa to wojną hybrydową, istnienie mediów społecznościowych raportuje tyle konfliktów międzyludzkich, o wielu rzeczach człowiek nie wie, zanim nie doczyta. Choćby o wielkim konflikcie pomiędzy lekarzami słusznymi, beneficjentami producentów szczepionek, jak i zbuntowanymi lekarzami, wierzącymi że Covid 19  da się wyleczyć farmakologicznie, zanim zacznie się zapalenie płuc, podstawowe powikłanie . W grę wchodzą obraźliwe słowa, każda ze stron ma swoich entuzjastów i gorących nie przebierających w słowa przeciwników.

Zastanawiam się, co się będzie działo „dzień po” czyli gdy sprawa pandemii pęknie jak nadęta purchawka, bo wcześniej czy później tak się musi stać i co zrobią jej ofiary potem. Nie da się żyć w nieskończoność według zaleceń lockdownowo-maseczkowych w strachu i panice i ludzie coraz bardziej się buntują. Nawet jak chorują, są chyba bardziej ogarnięci, z ludzi mi znajomych część nie dopuściła do rujnującego powikłania w postaci zapalenia płuc. Leczą się w domu lub w sieci.

Pewnie z czasem dojdzie też i do procesów.

Grecja już chce otworzyć sezon turystyczny. Astra Zeneca pod znakiem zapytania, walka koncernów trwa i nie przebiera w środkach. Walka idzie o naprawdę wielkie pieniądze.

Ostatnie cztery dni wyjątkowo spędziłam w Warszawie zamiast na rancho, zrobiła się ponura i deszczowa pogoda i postanowiłam załatwić pewne sprawy, choćby księgowe, trochę ogarnięcie warszawskiej chałupy, bywałam też na pchlich targach, bazarach. Wszędzie ludzie nadal żyją, są i chodzą, sprzedają, kupują, nie ma tego przejmującego strachu jak jeszcze parę miesięcy wcześniej. Pojechałam też wreszcie do mojej macochy, wieś w zasadzie żyje normalnie, ludzie się spotykają, co jakiś czas ktoś zachoruje a i bywa, że umrze. Z różnych zresztą powodów. Macocha zaśmiewała się z teleporady, podczas której lekarka wypisująca jej zwykle leki na nadciśnienie pytała – no i jak pani się czuje i to było całe jej badanie. Wczoraj widziałam też, że w bloku obok mojego była wielka prywatka, policja się nawet nie kręciła a ludziska się bawili. Widać, że ludzie mają dość rygorów. Oczywiście maseczki są nadal noszone, ale w przeważającym procencie nos jest na zewnątrz.

Po ostatnich zmianach w przepisach w kwestii wyprowadzania psów na smyczy,  zmieniło się o tyle, że staramy  wychodzimy w porach, kiedy nie ma ludzi, jeśli chcemy aby psy pobiegały sobie spokojnie. Czyli w okolicy 6 rano, potem Jasiek czasem wpada koło południa, gdy większość ludzi w pracy, potem ja około 17 zabieram je na ogromny plac, gdzie mogą biegać do woli a ja chodzić bez maseczki. No i wieczorem koło 22 też się wychodzi z nimi, w zasadzie jest już noc i mało kto wyłazi  z domu. Odnoszę, że właściciele yorków są głównymi motorami napędowymi zamętu. Bo praktycznie od wielu lat duże psy po moim osiedlu są prowadzane na smyczy, gdyż samą swoją wielkością budzą respekt.

Wczoraj wieczorem wyszłam koło 22 wypuszczając moje psy luzem, chcąc aby choć przez chwilę pobiegały. Nie było dzieci, rozhisteryzowanych bab, właścicieli małych szczekliwych kurdupli. Mój Roleks podleciał do dużego labka a moja suka postanowiła go bronić, szczekając, zdenerwowałam się, bo nie spodziewałam się nikogo o tej porze. Więc i o tej porze zawsze jednak ktoś się znajdzie……Na szczęście właścicielka tego labka była normalna, jej pies też, oba psiaki się obwąchały bez problemów. Właścicielka labka i powiedziała mi, że też obawia się, bo jej psiak to łagodna pierdoła a ludzie wpadają w paranoję, uciekają przed nim jakby był kilerem, zabierając swoje yorki pod pachę. Yorki to psy myśliwskie, wbrew pozorom lubią poszczekać. Ale ze względu na rozmiar, często właściciele tych psów robią sobie z nich maskotki.  Nigdy nie widziałam biegającego yorka luzem, nic więc dziwnego, że tak prowadzone psy reagują zaczepnie a potem się boją, są izolowane od innych psów. Przeciętne psy wchodzą w interakcje z osobnikami tego samego gatunku, przy czym  psy, które są wypuszczane czasem ze smyczy, zwykle nie reagują gwałtownie na współbraci i nie zagryzają… Uśmiałyśmy się, że jeszcze jest trochę normalnych psiarzy na osiedlu zostało i ona rozumie konieczność wzajemnej integracji psów.

Moje zdanie jest takie, że psy powinny również mieć tereny gdzie będą mogły chodzić luzem. Smycz- jako środek transportu z miejsca A do miejsca B a nie jedyny wariant przebywania psa w przestrzeni miejskiej.

Ostatnio głośna była sprawa zagryzienia faceta przez dwa mastify tybetańskie.  Psy miały chronić obiekt, mastify  to rasa dość ekskluzywna i droga, więc raczej pewnie właściciele je odpowiednio traktowali. Takich psów raczej nie karmi się chlebem i kośćmi lub głodzi. Nie mam też zielonego pojęcia dlaczego facet wtargnął na posesję przez nie pilnowaną. A są to psy pasterskie, pilnujące, bynajmniej nie misiaki i przytulaki, choć zapewne właściwie prowadzone, tak się zachowują, ale raczej tylko wobec właścicieli i najbliższych. Nie wiem jak sprawa się skończy, czy człowiek ten wszedł na własną odpowiedzialność, czy też właściciele psów nie zamknęli w kojcu, na razie wniosków brak.

Psy mają dość dziwny PR – z jednej strony niewiarygodne okrucieństwo wobec tych zwierząt jest tolerowane, choćby przez brak adekwatnych wyroków dla sadystów. Z drugiej cały ten beznadziejny przemysł psich gadżetów z ubrankami na czele i personifikacja czyni z tych zwierzaków alternatywą dla posiadania dzieci, co nie w smak niektórym krytykującym zbiórki na psy i zajmowaniem się schroniskami ( bo przecież jest tyle biednych dzieci). Brak jest rozsądnej edukacji na temat zwierząt domowych, kotów wolno żyjących i zachowania się w stosunku do zwierząt u dzieci. Jak również brak odpowiedniego ustawienia hierarchii i miejsca psa w domu, są domy, gdzie psy rządzą. I przyznam się, że ja też w zasadzie rozpuściłam Roleksa, wszystko mu wolno i często się wściekam, gdy to on chce decydować, czy mam pracować czy nie, bo właśnie ma ochotę na drapanie. 

Miałam też rozmowę na temat nowego domu z Młodą. Oczywiście jako dobra mama i teściowa wyrażam się bardzo pozytywnie na temat zakupu, choć dalibóg poczekałabym aby choć jedno miało w ręku stały kontrakt. Dom mi się jednak podoba i trochę odwagi jest w życiu niezbędne. Zakładam, że kredyt dostaną. Natomiast zdziwiłam się, że chce Młoda zbudować dwa pokoje biurowe. Spytałam się jej czy na pewno to dobry pomysł. W jakiś sposób mają przekonanie, że praca zdalna będzie wiecznie. Ja osobiście mam dość sceptyczny pogląd na to. W gruncie rzeczy zależy to od podejścia pracodawcy. Trudno, żeby prywatny pracodawca nie mógł ingerować w pracę, która w domu jednak jest mniej wydajna. Ponadto efekty psychologiczne i relacje międzyludzkie w tym bardziej współpraca między ludźmi przedstawiają się negatywnie.

Na pewno pękła bariera, ludzie mogą pracować zdalnie, na pewno to zmieni strukturę zamieszkania, zweryfikuje koszty utrzymania biur i w ogóle pewne aspekty pracy zdalnej są ze wszech miar pozytywne. Natomiast jakoś mi nie chce się wierzyć, że już do końca praca będzie polegała na kontakcie przez jakieś zoomy czy teamsy…..

Dzień jak codzień

Znów trochę siadłam do genealogii. Trochę zostałam przymuszona przez dwie osoby, które robią publikację z dziejów kilku rodzin. Moje skonstruowane drzewo, z którego jestem bardzo dumna, dało zaczątek zainteresowaniu kuzynów Jaśka całkiem odległą historia rodów. Poznaliśmy również osobę z „drugiej gałęzi, jest ona hobbystką w zakresie genealogii i świetnie odczytuje akty sądowe, akty urodzenia, zgonów i ślubów nawet cyrylicą pisaną ręcznie. a ponadto też szuka wielu materiałów w swoich źródłach. Jawi się całkiem interesująca historia migracji rodziny z ziem przasnyskich, części do Warszawy, sporo pozostało w okolicach a i część wyemigrowała do Ameryki. I są tez dziwaczne małżeństwa starych z młódkami  a i jest przypadek gdy 40 letnia wdowa wzięła sobie za męża 20 latka! Nasza „ciotka” z drugiej gałęzi jest niezmiernie pracowita, ma ten bonus, że jest na emeryturze i ma czas i robi wiele dobrej roboty. Mnie od czasu do czasu się wali się jakiś problem do rozwiązania i niestety, tylko dorywczo doskakuję do tworzenia i dalszego rozwijania drzewa oraz szukania informacji o kolejnych członkach rodu , ich zasługach i herbach.

Herby mnie trochę rozbawiają, bo w mojej własnej rodzinie, będącej zlepkiem ludzi spod Pińska i Lubelszczyzny, mikstury dziadka – ze strony mojej mamy, restauratora i drobnego biznesmena i chłopów na klepisku z których wywodził się mój ojciec, pojęcie herbów było raczej obce.  Ludzie przywiązują czasem do tego aż taką wielką i nadmierną wagę. Ale śledzę  informacje na ten temat, bo to jednak jest kawałek naszej  historii, nie ma to de facto wpływu na współczesność po latach urawniłowek, awansów społecznych i mieszania rodów. Choć te rody z herbami mają, może i uzasadnione historycznie poczucie wyższości, dla mnie to jest bez znaczenia.  Dla mnie jest istotny sam proces dociekania i śledzenia powiązań w rodzinie  a nie zastanawianie się, czy w grę wchodził mezalians czy nie i czy ktoś jest godzien noszenia herbu. W rodzinie, którą badam, od czasu do czasu pojawiają się rodziny herbowe współmałżonków w różnych epokach, większość  jednak  tych ludzi to przedstawiciele drobnej szlachty i posiadaczy ziemskich, raczej nie potentatów, hrabiów czy biskupów.

W pracy zmagam się z aparatem, który jak się okazuje, po 7 latach traci dokładność.  Rozjeżdża mu się linia bazowa, nie trzyma parametrów. Boję się, że do poważnych i dokładnych pomiarów nie będzie się nadawał lada moment.

W mediach kuszą wakacjami, co wydaje mi się  naciągane, bo nieledwie kilka dni temu była absolutna panika na temat ilości zakażeń i zgonów. Czyżby z dnia na dzień, może pod wpływem temperatury , nagle „wraca normalność”? Niemożliwe. Nie wierzę im jak psom, po prostu sami kombinują jak koń pod górę, jak się urwać do ciepłych krajów, bo sezon planowania urlopów się zaczął. Nawet sam Fauci z WHO, guru szczepionkowy,  nadal uważa, że tak czy owak, maski nosić trzeba a siedzenie w knajpach jest be, niezależnie czy delikwent był szczepiony czy nie: https://www.theblaze.com/news/fauci-says-it-is-still-not-ok-to-eat-or-drink-indoors-even-if-youve-received-a-covid-19-vaccine?utm_source=theblaze-breaking&utm_medium=email&utm_campaign=20210412Trending-FauciNoRestaurants&utm_term=ACTIVE%20LIST%20-%20TheBlaze%20Breaking%20News. (The Blaze jest oczywiście amerykańskim dziennikiem szukającym sensacji ale nie lubi Fauciego i jest mi to bliskie).

Wpadła do mnie koleżanka, która chciała się dowiedzieć jak kupić amantadynę, oczywiście ją dokształciłam i skonstatowałam, że w Warszawie już nie jest do zdobycia, można ją nabyć  dopiero w niektórych aptekach w Łodzi i okolicach. Liczba entuzjastów leczenia Covida amantadyną lawinowo wzrasta, ilość postów u doktora Bodnara dochodzi do 19000 na jego stronie przychodni w Przemyślu. Pojawia się tam też doradztwo w zakresie leczenia witaminami, cynkiem, antybiotykami , bańkami, zachęca się do wykonywania zdjęć RTG i poszerzonej diagnostyki płuc, którą warto robić nawet prywatnie… Paranoją jest istnienie szarej strefy, gdzie ludzie próbują się leczyć na własną rękę w XXI wieku a lekarze się ukrywają przed chorymi i klepią przez telefon. Ale taka jest obiektywna rzeczywistość, którą ukrywają sfery rządzące, dla których istotne jest polowanie na wesela i dalsze narzucanie kagańca.

Kiedyś myślałam, że komuna jest najgorszym i najbardziej parszywym z systemów i bardzo się ścinałam z moim ojcem na ten temat. Nie przyszło mi do głowy, że jeszcze za mojego życia dożyję czegoś jeszcze bardziej obrzydliwego.

bez tytułu właściwie, bo jaki tytuł?

Dom Młodych mi się podoba, widziałam go na stronie. Co prawda zawsze agenci nieruchomości wypicują chałupę tak, aby wyglądała jak pałac, ale nie da się ukryć, domek jest solidny, ma wiele okien, jest z lat 60 ale po remoncie, wygląda nowocześnie. Dopiero we wrześniu się pewnie wprowadzą. Młoda oczywiście waży ciągle za i przeciw, choćby fakt wkopania się w kredyt, ale myślę że dadzą radę. W końcu zięć jest profesorem na uczelni i raczej zanosi się, że tam pozostanie na stałe. Ona też ma w kontrakcie stałe zatrudnienie w przyszłości . Holandia to dobry wybór, kraj bogaty, służba zdrowia działa dobrze, pełna stabilność i w zasadzie daje się tam żyć w miarę bezproblemowo. To co mi się dobrego trafiło w życiu to fakt, że moje dziecko ma dobrze i nie muszę się o nią martwić. Fakt, gdybyśmy razem mieszkały, z całą pewnością poprzegryzałybyśmy sobie gardła, wskutek różnic (a może podobieństwa charakterów?).

Kontakt na Whatsuppie wymusza miłe rozmowy, głównie zresztą oglądam moje wnuki, zauważyłam, że Niuniek, który kiedyś uciekał sprzed ekranu telefonu, teraz nawet próbuje nawiązywać ze mną kontakt. Mała jest urocza, lata po mieszkaniu jak pershing, to pada na pupę, to coś gryzie, daje buziaki i robi babci papa. Nie mam pojęcia, kiedy da radę się spotkać w realu, choć z wielką radością poczytałabym dzieciakom, pobawiłabym się z nimi, poszła na spacer…. Młoda zresztą też chętnie wpadłaby do Polski, nie była tutaj jakieś dwa lata. Ale na lato wybierają się do Włoch, w końcu wyjazd do babci nad morze śródziemne jest raczej bezkonkurencyjny w stosunku do atrakcji jakie może zaoferować nasz kraj. Zapewne będą to jakieś kolejne sto pięćdziesiąte obostrzenia, maseczki, zamknięte galerie i ogólnie syf. Więc nawet specjalnie nie namawiam, bo jakby co to opieka lekarska w razie choćby głupiej infekcji któregoś z dzieci  też do tyłu. To nie jest kraj do życia.

Zauważyłam, a jest to moja prywatna obserwacja, niekoniecznie słuszna, że na covida zapadły w moim otoczeniu osoby, które wręcz pedantycznie przestrzegały dezynfekowania, maseczek i żyły w obsesyjnym lęku przed tą chorobą. Tak się składa, że ostatnio dość dużo w moim instytucie osób złapało covida. I może dlatego naczelny wysyła ludzi na zdalne, co robił kiedyś niechętnie. Ognisko covida zrobiło się w biurowcu i o dziwo, wszyscy tam nosili maseczki, bo byli pod kontrolą. Dlatego nienawidziłam tam chodzić, bo u siebie w swojej pracowni, maseczek nie używam, żle się przez nie oddycha i beznadziejnie mówi. W firmie nikt nawet mnie się nie czepia, ludzie wiedzą że mam astmę. Zawsze rozmawiam z pewnej odległości, co najmniej 2 metrów, załatwiam sprawy przez telefon i internet, jeśli to możliwe i zachowanie dystansu uważam za priorytetowe. Natomiast w biurowcu był między ludźmi kontakt bardzo bliski, w pokojach siedziało po kilka osób i wzajemnie się zarażały.

Dyrekcja już zdrowa, choć jeszcze na zwolnieniu. Nie ma sprzątaczek, które, dusząc się w maseczkach, biegały po budynkach i dezynfekowały klamki, drzwi, bo jeszcze leżą złożone covidem. Na szczęście moja sąsiadka już wyszła z Narodowego, nieco poturbowana chorobą, ale udało się jej przeżyć, choć będzie pewnie długo płuca regenerowała. Druga, jak się okazało, leży w Szpitalu Bielańskim, też z powikłaniami. Lat około 46. Te obie ostatnie przechodziły klasyczną procedurę krajowego leczenia covida paracetamolem i ibupromem i nic nie robienia aż do pojawienia się ciężkich powikłań w postaci zapalenia płuc i dopiero wtedy się nimi zajęto. To draństwo, ale nic na to nie poradzę…..stąd tak liczne ofiary śmiertelne, bo nie każdy to ciężki zapalenie płuc jest w stanie przeżyć.

Jedno mnie zadziwia (a właściwie nawet nie zadziwia), to podła propaganda strachu, która ludziom osłabia resztki zdrowego rozsądku, serwowana przez media. Skoncentrowana jest na straszeniu ludzi, bez realnych dobrych rad, co zrobić aby jednak nie zachorować i choroby uniknąć lub minimalizować jej skutki. Widzę po moich koleżankach, że są tak spanikowane, że nawet idąc na siusiu zakładają maseczki ( cały czas razem pracujemy, każda ma swoje dość obszerne pomieszczenie) a do zakładu mało kto wchodzi. Jeśli Niedzielski mówi, że szybko nie zdejmiemy maseczek to ma racje. Część koleżanek nie wyobraża sobie życia bez nich, chodzi w nich przez całe 8 godzin, nawet siedząc samemu przy komputerze w swoim pokoju. Mój szef, który przeszedł covid lekko, też maseczkę potajemnie zdejmuje dopiero gdy jest sam. Odechciewa się nawet z ludźmi gadać, bo nie rozumiem czasem co mówią. A wirus będzie zawsze. Nikt nie cofnie się przed taką możliwością zniewalania narodów….

W Holandii nie ma chyba tego bajzlu, bo moi Młodzi żyją w miarę normalnie, choć cały czas pracują zdalnie. Jest na tyle lajtowo, że moja Młoda, która de facto jest panikarą, żyje bez strachu i obsesji. Normalnie chodzi z dziećmi i sobą do lekarza, robią badania, teleporada służy tylko aby wystawić skierowanie i powiedzieć czy są już wyniki. Mały w zasadzie, tylko z małymi przerwami, cały czas chodzi do szkoły. Coś czasem przyniesie i zarazi Niunię ale nie jest to covid. Jak trzeba, to się testują, o szczepieniach nie ma póki co rozmowy, bo jeszcze ich roczników nie szczepią (Młoda w przeciwieństwie do mnie, jest wielką entuzjastką szczepień). Przedsiębiorców nie wysyła się do noclegowni ( dziś słyszałam, że są takie przypadki, jak ludzie bankrutują), ale płaci godziwe rekompensaty. Może i są jakieś godziny policyjne a może i nie, bo oni i tak się po nocach nie włóczą.

Tak sobie, siedząc przy piecu, myślę, jak bardzo mogłoby być nam przykro jako pokoleniu bez paszportów zza żelaznej kurtyny, gdyby nie fakt, że ta nasza młodzież, która stąd nie wyjechała, ma w zasadzie chyba jeszcze gorzej. I nikt nie jest w stanie powiedzieć do czego to zmierza….

…już po świętach

Jeżeli miałam właściwie wypocząć to pierwsza rzecz – wyłączyć komputer. I to zrobiłam. Przez kilka dni zero odpaleń. Co prawda ukradkiem zaglądałam na fejsa i inne takie na telefonie (choć krytykowaliśmy się wzajemnie z Jaśkiem – co , znowu smyrasz?).

Pogoda trochę rozczarowała mnie, faktycznie po jednym czy dwóch dniach ładnej pogody, zrobiło się paskudnie i zimno. Udaremniło to pomysły sprzątania działki, w ogóle jakichkolwiek działań na zewnątrz. Ale zawsze jest miło ogrzewać się przy piecyku, dziś oczywiście z żalem wyjeżdżaliśmy, na górze było jeszcze ciepełko.

Rodzinne kontakty podgrzałam umiarkowanie, bez zbytnich nadziei na spotkanie, wystarczyły telefony. Są ludzie, których naprawdę chcę spotkać ale  i są tacy, z którymi koniecznie muszę wymienić życzenia ale niewiele więcej, jak również są tacy, którymi nie mam żadnej ale to żadnej potrzeby się kontaktować, nawet napisać sms. Covid umożliwia podejście neutralne, bez jakichkolwiek skrupułów i poczucia winy.

Niestety też czasem trzeba ograniczyć kontakty ze względu na obawy innych. Od dość dawna nie widziałam się na przykład z moją macochą, osobą fajną, towarzyską  i normalną, ale faktycznie ona się trochę  boi a ja rozumiem ich strach. Ostatnio chyba jednak przestała się tak bać, bo zaszczepiła się, co zwiększyło jej poczucie pewności i nabrała ochoty na spotkanie. Ustaliłam że może za tydzień jednak wpadniemy do niej. Nie widzieliśmy się od świąt Bożego Narodzenia.

Byłam też, tradycyjnie na cmentarzu na grobie eks męża i rodziców. Po drodze na Wólkę Węglową jest DPS, w którym dożywa mój kuzyn schizofrenik i też tam zajrzałam, podrzucając paczkę. Mam bardzo mieszane uczucia co do kuzyna, nigdy nie byliśmy tak blisko, ale z jednej strony ma on dość marną starość siedząc na zsyłce w DPS, z drugiej, jak twierdzi jego brat- ma co żreć, nie chleje i nie zdycha na ulicy. Mój brat zajeżdżał do DPS i nawet go tam odwiedzał, gdy było można, i kultywując jego pamięć, wpadam i ja. Ponieważ nie odpowiadam za losy ludzi i świata nie zbawię, jedynie co mogę zrobić dla niego dobrego to podrzucam mu colę, ciasteczka i papierosy. Jest zawsze bardzo z tego powodu szczęśliwy, bo brat mu takich luksusów nie wysyła, bo cola jest niezdrowa i nie powinien palić a ponadto jest skąpy. Jednak, mimo, że oni wszyscy w tym DPS są zaszczepieni, nikogo się do nich nie dopuszcza. Kuzyn odczuwa samotność i ciągle wierzy, że lada dzień wyjdzie na wolność, co może oznaczać dalej niż do leśnego spacerniaka. Nie próbuję go wyprowadzać z błędu, oni w tym DPS są wyizolowaną społecznością, jakże cenną pod kątem badania szczepionek, bo czym uzasadnić fakt, że od ponad roku nie pozwalają im się widzieć z rodziną (choćby przez siatkę, jak swego czasu było)?

Nie byłam też u mojej bratowej, w zasadzie programowo. Ona właśnie się zaszczepiła i się izoluje. Ona zresztą izoluje się non stop, czy szczepi się czy nie, co mi w zasadzie jest na rękę. Akurat w też gałęzi rodziny nic się nie dzieje, na szczęście nie złapała wirusa ( bo niby jak zrobić to w domu), ponadto właśnie minął rok od śmierci mojego brata, szybkiej, beznadziejnej, bez terapii i robienia czegokolwiek aby mu pomóc – bo poszukiwanie superprofesora medycyny, gdy trzeba było działać interwencyjnie, co być może by trochę opóźniło proces w czasie, było bez sensu . Nie do końca potrafię jej darować pewnych posunięć, choć teraz nie ma to już żadnego znaczenia. Ale i generalnie nie przepadam za nimi.

Natomiast niespodziewanie złożyła nam wizytę na rancho żona numer dwa. Nawet się ucieszyłam, bo ostatnio miały miejsce wydarzenia, które postawiły tamę dla roszczeniowej postawy jednego z jej synów. Ona zwykle zamiatała sprawy pod dywan, ale gdy się postawiliśmy, myślałam że obrazi się na śmierć, ale nie. I bardzo możliwe, że wreszcie i ona odczuła, że jest wykorzystywana przez ponad 40 letniego agresora, socjopatę, nałogowca i roszczeniowca. Spędziliśmy z nią miłe popołudnie i wspólnie wraz z jej psem wybraliśmy się na spacer. Szkoda mi jej, bo zasadniczo na żadnego z synów na starość nie będzie mogła liczyć, żaden nie jest odpowiedzialny.

Ale oczywiście swoich „płaskoziemskich” newsów nie zaniedbałam. Oglądam na fejsie nieustanny sparring połączony z grillowaniem dwóch tuzów: mecenasa Piotra Schramma oraz Profesora Krzysztofa J. Filipiaka. Każdy z panów posiada grono wyznawców. Oczywiście bliżej mi duchowo do mecenasa ( na fejsie ma ksywę Milord) niż do epatującego statystykami covidowymi prosto z WHO wspieranego przez Big Pharmę profesora. Jeśli ktoś ma fejsa, polecam.

Do tego moi Młodzi chyba osiedlą się na stałe w Holandii bo właśnie nabyli dom. Ponoć ten spłacany kredyt i koszty nie będą większe w sumie niż to, co płacą teraz w wynajętym mieszkaniu. Wyraziłam aprobatę, zresztą nie miałabym co krytykować, dom jest ładny, duży, jasny i wygodny.

Kulisy choroby, stare specyfiki i inne takie….

Dzieje się – czasem zapisuję nowy wpis i nie udaje mi się dokończyć. Zrobię kompilację z tego co się działo….

Kilkudniowe prace nad porządkowaniem  gałęzi akacji zakończone wreszcie sukcesem….Bob po wycięciu drzewa porozwalał gałęzie, ostre i kolczaste w różnych miejscach działki. Po co tak zrobił nie mam pojęcia. Prawdę mówiąc siekanie na mniejsze kawałki było przykre. Chciałam je zachować do rozpałki, ale trudno jest je tak precyzyjnie pociąć bez nadziewania się na kolce: rękawiczki wampirki nie dają efektów a w skórzanych nie daje się nic zrobić. Spuchły mi palce od tej roboty. Część zresztą już spaliłam. Cieszę się że it’s over. I że idzie ciepło.

Dobra wiadomość, zaczynają się badania nad amantadyną. Nie jest powiedziane, że jest to, jak to gdzieś czytałam, „Święty Graal” jak któryś z lekarzy to przyznał, ale faktem jest, że jakieś działanie przeciw Covidowi wykazuje. Pewna część ludzi została uratowana, gdy udało się im dotrzeć do informacji na temat tego leku czy przychodni w Przemyślu.

BTW – film z wywiadu Polsatu z wywiadem z doktorem Bodnarem został usunięty z youtube, ale jest dostępny tutaj https://www.polsatnews.pl/wideo/dr-wlodzimierz-bodnar-minister-zdrowia-eksperymentuje-na-ludziach_6787474/?ref=wideo_top_najnowsze, nie wiem jednak czy będzie widziany za granicą.

Jestem wielką fanką tego leku, w ogóle uważam, że nie docenia się starych specyfików. I nie dotyczy to tylko lekarstw ale i środków biobójczych też. Poddaje się je czasem bezsensownemu testowaniu, które często i tak niewiele wnosi. Odnoszę wrażenie, że re-atestacja wszelkich powszechnie używanych leków doprowadziłoby do zakazu produkcji czegokolwiek, co działa.

Amantadyna, stary i kiedyś zatwierdzony lek,  ma działanie przeciwgrypowe i przeciwwirusowe, sprawdzono to praktycznie, nie jest jednak środkiem uniwersalnym  „na głowy bolenie i kuśki stojenie” jak mawiały moje starsze koleżanki. Ale może pomóc w początkowym etapie choroby, hamując namnażanie wirusa. Jej działania uboczne nie mają charakteru śmiertelnego, można ją odstawić w każdej chwili, trzeba pić dużo wody, zresztą instrukcje stosowania są na stronie przychodni w Przemyślu.

W kwestii biobójów – jeszcze w czasach młodości, gdy mieszkałam na Mokotowie, udało się nam skutecznie zwalczyć domowe prusaki mieszaniną boraksu z cukrem. Nie pomagały pestycydy fosforoorganiczne a i teraz niestety na mniej toksyczne pyretroidy, (Permetryna) te owady powoli się niestety uodparniają. Natomiast Europejska Agencja Chemikaliów w Helsinkach prowadzi kampanię jak wyeliminować w ogóle ze środków biobójczych właśnie kwas borowy. Bo ponoć powoduje zaburzenia płodności, czego nie udowadniają badania przeprowadzone na robotnikach w kopalniach boraksu. Natomiast wyszły one pozytywnie na szczurach w laboratorium. Jestem o tyle w tę sprawę zaangażowana, bo prowadzę rejestrację ( tak, tak  w tej samej instytucji w której rejestruje się leki…). Prawdziwy problem polega na tym, że ten związek jest tani, produkowany w ogromnych ilościach i konkurencyjny do innych specyfików, produkowanych przez wielkie koncerny. Zwykle podaję ten przykład, bo sama w tym siedzę i pisałam niejedno uzasadnienie na temat wsparcia tego produktu w sprzedawanych preparatach.

Podobnie, mam wrażenie, ma się sprawa z amantadyną.

Pomijam aspekt polityczny ale czytam z uwagą posty na stronie przychodni w Przemyślu, jest ich na dzień dzisiejszy ponad 12 tysięcy. Większość to ludzkie wołanie o pomoc z powodu braku możliwości leczenia w ośrodkach POZ. Ludzie obarczeni ogromną ilością dodatkowych dolegliwości, biorący różne specyfiki walczą z wirusem biorąc amantadynę i często z sukcesem. Jest na forum kilku lekarzy, pewnie również i pielęgniarek, ogólnie osób życzliwych i pomocnych, które faktycznie doradzają przez telefon lub maila, o ile się go poda w poście.

Okazuje się, że można sobie pomóc, niezależnie od indolencji i niechęci leczenia przez lekarzy POZ. Że na przykład nieocenione mogą okazać się bańki, które kiedyś stawiano na zapalenie płuc. Podają tam instrukcję jak to robić. Nikt tam nikogo nie obraża, nie spamuje, ludzie są dla siebie wyrozumiali i pomagają radami, choćby tymi jak zdobyć amantadynę. Dziwne, że istnieje cały system działania „podziemnego”, zamawianie recept, rezerwacja w aptece, import równoległy i zakupy w normalnych aptekach i nie internecie, który jest tolerowany. Więc rząd daje wentyl bezpieczeństwa…..Jedyna różnica, że etykieta jest w obcym języku a nie po polsku ale polska dostępna jest w sieci. Mnie załatwienie Viregytu K zajęło około 20 minut, zapłaciłam 52 za wystawienie recepty i 48 za sam specyfik. I obym nie musiała z niego korzystać….

Mam osobiste doświadczenie kontaktu, na szczęście telefonicznego z osobą, która złapała Covida. Jest to bliska mi koleżanka, kiedyś sąsiadka, która rok temu się rozwiodła. Zamieszkała nieco dalej ale utrzymujemy cały czas dobre kontakty telefoniczne.

Któregoś dnia zadzwoniłam i usłyszałam nieskładny bełkot. Koleżanka wyznała, że jest chora. Że ma Covida. Byłam zaskoczona, bo to była osoba, która naprawdę dezynfekowała wszystko czego się dotykała, siedziała w domu, nosiła maseczkę zawsze i wszędzie. Pracowała w większości przypadków zdalnie w urzędzie a gdy była w miejscu pracy – siedziała za ogromną szybą z plexiglasu. Nie chciała słyszeć o amantadynie, ale ja też i nie jestem akwizytorem, jej sprawa. W każdym razie leżała martwym bykiem i czekała na …teleporadę. Gdy wreszcie dodzwonił się do niej konował, bo nie lekarz, zaproponował ibuprofen i paracetamol. I żadnego badania, nic więcej. Słyszałam w jej głosie ogromną słabość i trudności w oddychaniu.

Za jakieś dwa dni nawiedziła ją…karetka „wymazowa”?

Przyjechała gdzieś w okolicy chyba 6 dnia od początku infekcji, pobrali wymaz i pojechali, zostawiając ją w stanie raczej beznadziejnym. Chyba ze dwa dni czekała na wynik testu, oczywiście dodatni. Jest osobą dość upartą, zarówno jej aktualny przyjaciel, jak i eks mąż ( który tym się przejął), nikt nie miał wpływu na cokolwiek. Bo ona cierpliwie czekała. Nie wiadomo na co. Ale zawierzyła medykom.

Przed weekendem wreszcie zabrali ją do szpitala. Wylądowała na SORze a potem następnego dnia pojechała do Narodowego. Tam wdrożyli tlen i wreszcie zaczęło się cofać. Jak na wczoraj, było już lepiej. Lekarz powiedział, że to był ostatni moment aby ją uratować, uszkodzone ma ok 40% płuc, czeka ją rehabilitacja. Wczoraj rozmawiałam ją i chyba odżyła, lepiej rozmawia, chodzi z rurkami z tlenem w nosie. Nic nie można jej podać, nawet wody. Możemy tylko pogadać.

Można przyznać, że znaczny procent leczenia pacjentów na COVID wygląda podobnie. Czekanie na poprawę przy braniu paracetamolu i ibupromu, brak zbadania pacjenta i oceny, czy pojawiają się powikłania dróg oddechowych. Dopiero wtedy wprowadza się antybiotyk, szpital, tlen, respirator. Czasem za późno.

Mój małżonek się zaszczepił Astrą Zeneką.  Ja jestem sceptyczna, nie uważam szczepionek za terapię, ale rozumiem intencje szczepiących się, zwłaszcza tych, którzy są skazani na liczne kontakty. Na wszelki wypadek poradziłam mu aby wcześniej zrobił test na przeciwciała, tak dla swojego bezpieczeństwa, czy nie miał kontaktów z koronawirusem. Okazało się, że jest wolny od tego, szczepienie przebiegło na szczęście bez zakłóceń, pojutrze minie tydzień i szczęśliwie póki co nic się nie dzieje.

Moje stanowisko od początku jest takie samo – jak w każdym przypadku trzeba poczekać jak to będzie się sprawowało w dłuższej skali czasowej. Na razie zbyt dużo jest działań nieskoordynowanych, akwizycji i propagandy szczepionki, lockdownów i obostrzeń mimo to, obietnic godziny policyjnej plus hurraoptymistycznych wykresów w EXCELU. Dla mnie zbyt mało dowodów, że jest to remedium na pandemię a raczej wygląda jak testowanie nowych produktów na społeczeństwie (no cóż, ofiary muszą być ale ogólnie niewielki procent..).

Pozostawiam wolną wolę każdemu, nie krytykuję ale i nie oczekuję, że ktoś będzie „robił coś dla mnie”,ale raczej niech trzyma się ode mnie w pewnej odległości. Człowiek powinien zadbać o siebie sam. Moje życie nie polega na marzeniach o podróżach, przynajmniej nie teraz, więc nie muszą mnie wabić , że wsiądę sobie do samolotu, jak się zaszczepię, (zresztą nadal w maseczce). W zasadzie czekam w jakim kierunku się to przewali, bo w końcu ile można dodrukowywać pieniędzy?. Prywatnie nie udzielam się towarzysko, staram w rozsądny sposób funkcjonować, nie narażając się, poruszając się samochodem. Święta tradycyjnie- już drugie- spędzamy na rancho. Jak dotąd ponad rok nie mam nawet kataru.

A nauka- wszędzie przeciwstawia się „naukowe podejście” do „ciemnogrodu” i płaskoziemstwa. Nauka często schodzi na manowce, mówię o odkryciach, które de facto później generują same problemy. Na przykład  nanoprodukty czy GMO. Urzędnicy  europejscy dziś przy rejestracji (na przykład) produktu do ochrony drewna pytają mnie czy przypadkiem stosowany barwnik nie zawiera produktów nano, bo wówczas podlegają innemu ustawodawstwu i rejestracja gładko nie pójdzie. O GMO nawet nie ma co mówić. Wiele złego powodują w produktach użytkowych tzw. „endocrine disruptors” przy czym wiele związków nie jest zbadanych pod tym kątem….. Nawet więc jeśli produkty z pogranicza inżynierii genetetycznej są teraz na topie, to ich realne działanie i negatywne skutki może tylko zweryfikować czas. A nie wykresy z Excela w których osie X i Y są tak spreparowane aby naukowcy mogli osiągnąć swój cel ( notabene częsta zresztą praktyka w publikacjach naukowych).

Nie jestem medykiem, więc  faktycznie nie odnoszę się do doniosłości odkryć w zakresie szczepionek. Natomiast ich skuteczność musi zostać zweryfikowana przez czas a nie pobożne życzenia producenta, podbite wykresami. Brak oceny ryzyka, bilansu zysków i strat bo na to za wcześnie. Zbyt niedawno je wprowadzono aby znać odpowiedź czy są skuteczne i na ile oraz na co, jaka część szczepionej populacji może ucierpieć wskutek działań ubocznych. Działania w zakresie paszportów szczepionkowych są nieprzyzwoite, choć na razie póki co można podeprzeć się negatywnym wynikiem testów ( brat mojego zięcia ciągle jest testowany bo z powodu profesji musi jeździć po Europie, na szczęście pracodawca za to płaci).

Ostatnio czytałam ulotkę niegdyś popularnego leku Biseptol, który co poniektórzy wozili do krajów ościennych ( zwłaszcza Rumuni stosowali ten lek jako antykoncepcyjny!) Ilość działań ubocznych dziś wylistowanych jest niewiarygodna a jednak leczyły się tym pokolenia. W tym u mojej córki wyleczono tym toksoplazmozę.

Ponieważ idą kolejne święta, które nie są świętami, w taki popierniczony czas można życzyć tylko zdrowia, bo to zawsze dobre życzenia, rozsądku i myślenia, odcięcia się od szczucia i propagandy a zapewne za tym pójdzie większy spokój ducha. I o to należy w tym czasie walczyć. Nie ma się co dręczyć w sprawach na które nie mamy dziś wpływu……i spokojnie spędzać święta jak lubimy….

A jednak nie da się nie pisać o covidzie…..

Postanowiłam sobie zrobić przerwę od pisania o Covidzie, nic nowego nie ma do powiedzenia, nadal nic w moim życiu i poglądach na tę chorobę się nie zmieniło. W firmie dali pożyć i wysyłają na zdalne, bo dyrekcja się pochorowała, na szczęście niegroźnie. Jednak nie ma nic lepszego, aby się zarazić niż brak kontaktów międzyludzkich, ostatnio pojawiła się teoria, ze ludzie jednak najczęściej zarażają się w pracy , nasza dyrekcja ciągle gdzieś bywa a może mają dzieci? Więc łaskawszym okiem popatrzyli na pracę zdalną. W w naszej rzeczywistości u nas się to nie sprawdza, w Holandii u Młodej są ciągłe telekonferencje, charakter jej pracy jest biurowy, więc sobie dyskutują o wytycznych co dalej robić a potem ona robi coś sama, więc to jakoś funkcjonuje. Jest to jakiś rodzaj kontaktu, ponadto nie trzeba nosić maseczek….U nas ludzie siedzą w domu i piszą jakieś niepotrzebne nikomu sprawozdania. Ludzie nie są przyzwyczajeni do kontaktowania się wirtualnie i każdy sobie rzepkę skrobie w chałupie, choć powinniśmy być online…… W urzędach czeka się tygodniami na jakąkolwiek odpowiedź, więc podejrzewam, że jest podobnie i urzędnicy tak naprawdę pracują, kiedy mają dostęp do dokumentów czyli w pracy… do której od czasu do czasu wpadają. U nas w Instytucie zmieniamy się z dziewczynami, raz one w domu, raz ja.

Ja siedzę sobie na rancho. Cały czas walczę z wyciętą akacją, mam już całkiem pokłute ręce ale jeszcze do końca daleko. Jest masa małych gałązek są też i większe. Dziś w piękny, zasadniczo już wiosenny dzień, udało mi się sporo zebrać i zwieźć za płot i część pokroić na kawałki.

Nasz piec wymaga całkiem innego palenia niż poprzedni. Przez to, że posiada zbiornik i ciepło jest rozprowadzane, palenie w nim jest specyficzne. Z jakichś powodów mój mąż palił i w tym piecu ostro i niestety pękła mu szyba. Kostki RUF okazały się być wilgotne i aby je rozpalić, wymagało to czasu i cierpliwości. Więc wspomagał się opalarką. I w pewnym momencie przesadził z tym hajcowaniem i szyba trzasła. Załamał się, choć go nawet nie ochrzaniłam, bo wiem jak bardzo wkładał serce w sztukę palenia. Ja odpuściłam sobie, przypuszczając, że pod koniec dnia spakujemy manatki i wrócimy na łono stolicy. Ale nie, zaparł się, zrobił w nocy konstrukcję podtrzymującą szybę i – choć popękana, nadal można palić, lecz oczywiście znacznie ostrożniej. Więc zostaję jeszcze dziś i jutro. I niespodziewanie zrobiła się wiosna….

Mój mąż spełnia moje marzenie o facecie idealnym.  i nie dotyczy to bycia supermenem, demonem seksu czy też macho.  Zawsze marzyłam o mężczyźnie który potrafi trzymać w rękach narzędzia i robić z nich użytek. Moi poprzedni panowie, z mężem numer 1 nie potrafili tak naprawdę porządnie skleić, połączyć, uzdatnić, naprawić czy skonstruować coś aby było piękne. Niby pan B też coś potrafił zrobić, w końcu budował łódkę, ale tak naprawdę to nie miał cierpliwości. Był uczynny pomógł coś przywieźć, załatwić  ale w trakcie praktycznej roboty klął na czym świat stoi i był nie do zniesienia. Ponoć się potem na stare lata uspokoił jak mówiła pani M.

Z niekłamanym podziwem popatrzyłam na konstrukcję, którą Jasiek wczoraj zrobił z kawałków anteny, które walały się po domu, gdzie popadnie. Do tego on robi bardzo precyzyjnie, nawet mój śp.  ojciec, który  też próbował coś konstruować, nie był aż tak dokładny, do dziś leżą tu i ówdzie przedłużacze, które kiedyś zrobił, polepione plastrami z gołymi kablami na wierzchu, legendą rodzinną porósł fakt, że własną sztuczną szczękę kleił butaprenem.

Jednakowoż Jasiek, choć jest niezwykle manualny ma i wady, notorycznie zbiera i gromadzi wszędzie przydasie, kupuje czasem jakieś kleje, dziwne przyrządy, które często gubi albo nie używa, bo zapomina, że kupił i nie wie gdzie położył. Nigdy wiertarka nie wraca na miejsce, z którego została wzięta.

Natomiast problem ze szkłem okazał się dość skomplikowany. W zasadzie w okolicach Warszawy istnieją tylko fachowcy, którzy potrafią zaprojektować kominek, zrobię prezentację w 3D lub dopasować do wnętrza, owszem kominek będzie miał szyby, ale jeśli chodzi o wymianę szkła, zero pomocy. Pewnym rozwiązaniem jest zakupienie przez Allegro takiego kawałku szkła, tak już robiłam przy poprzednim piecu ( tez szyba poszła ale to było mechaniczne ukruszenie się), ale ma to sens, gdy szkło jest proste. W naszym piecu są u góry zaokrąglenia, cholera wie po co, i mam do siebie pretensje, że tego nie zauważyłam, kupując taki model. Bo jeśli facet z Krakowa przygotuje takie szkło i nie będzie pasowało? Te zaokrąglenia? Tak się bowiem składa, że tylko na południu kraju coś takiego robią.

Ale okazuje się, że jednak fachowcy całkiem nie wymarli i nasz osiedlowy szklarz podjął się zrobienia szyby, alleluja.

Bob przyniósł mi 10 l mleka. Zaraz będę pędziła ser. Dobre jest takie zdalne pracowanie……

Samo życie……jednak muszę napisać o Covidzie

Moja dobra koleżanka z którą nie rozmawiałam wieki, ma Covida, okazuje się, że od czwartku. Zawsze bała się, przestrzegała obostrzeń, nie wychodziła z domu, maseczka na okrągło miesiącami się nie widziałyśmy. Cztery dni już się męczy a jutro ma….teleporadę. Zaproponowałam telefon do doktora Bodnara do Przemyśla, lekarstwo mam. Ale to ona musi zdecydować…..