Lex Szyszko

Napisałam w imieniu lokatorów elaborat na temat wycinania drzewa. Otóż pod moją klatką odkąd mieszkam tam, rośnie sobie brzoza. Jest to drzewo krzywe i wygląda dość dziwacznie, ale jest i ma swój urok. Nasza administracja postanowiła, że z uwagi na stan fitosanitarny i bezpieczeństwo ciągu pieszo-jezdnego drzewo trzeba wyciąć. Poświęciłam się i oto coś takiego wyskrobałam, podaję kawałki, bez identyfikacji gdzie to jest bo i po co….

Powodem naszego sprzeciwu jest fakt, że brzoza, jako nieliczny element żywej przyrody, jest od początku związana z tym blokiem, stanowi bardzo ciekawy i charakterystyczny punkt. Sadzili ją sami lokatorzy w odruchu spontanicznym i pomimo upływu około 30 lat drzewo ma się dobrze. Nie jest spróchniałe ani zagrzybione, nie zasłania widoczności ani nie utrudnia dostępu do klatki schodowej czy komory zsypowej. Jak również umożliwia bezproblemowy podjazd dla celów wywozu śmieci i wykonywania usług transportowych.

Jedyną wadą tego drzewa jest fakt, – że jest ona krzywa. Zapewne razi to poczucie estetyki osób dla których ładne są jedynie wystrzyżone trawniki i proste iglaki wokół nich. Przez swoją krzywość brzoza jest jeszcze bardziej oryginalna i warta uwagi. Rośnie ona w jałowej glebie. Gleba ta  pomimo dbałości ze strony służb związanych z ochroną zieleni, pozostaje nadal jałowa i mało co chce tam rosnąć. Brzoza ma około 30 lat –tyle czasu większość z nas tam mieszka.

Zapewne dla wielu mieszkańców tego osiedla najlepiej byłoby wszędzie poukładać kostkę bauma,  zrobić wszędzie tereny placów zabaw dla dzieci i pogonić koty wolnożyjące, jak również wyciąć w pień okoliczne drzewa. Nowe nasadzenia, proponowane przez służby ochrony zieleni, tutaj dość słabo rosną i kiepsko się przyjmują. Krzaki po kilku latach zwykle też wysychają. Po drugiej stronie bloku jest z kolei za mało światła, rośliny są cherlawe i często nikną w oczach. Brzoza jest żywym elementem tego dość marnego ekosystemu i mimo niesprzyjających warunków, daje sobie znakomicie radę.  

Oczywiście mankamentem tej brzozy jest fakt, że gubi ona jesienią liście co może być faktycznie niewygodne, bo trzeba je jesienią sprzątać.

Każde drzewo może być potencjalnym zagrożeniem w czasie bardzo gwałtownych burz z silnymi wiatrami. Ale czy jest to powód, aby wycinać wszystko co rośnie? Z całą pewnością lepiej najpierw zrobić stosowne badania bo to drzewo jest unikalne.

Dla uzasadnienia swojej decyzji używają Państwo określenia „zły stan fitosanitarny”. Zwracamy się wobec tego z prośbą  o przekazanie nam, lokatorom, obrońcom brzozy, faktycznych informacji zawartych w  rzetelnej ekspertyzie dendrologicznej tego drzewa, określającej jego stan fitosanitarny. Taka procedura jest stosowana w praktyce  i istnieją kryteria pomiarowe, które wykrywają zagrożenie płynące ze strony drzewa.

Istnieją pomiary nieniszczące, wykonywanych za pomocą aparatury tomograficznej do bezinwazyjnego wykrywania chorób i pustek w pniach żyjących drzew, wykonywane wyniki poświadczają faktyczna zdrowotność pnia drzewa i ubytek żywej tkanki wskutek zgnilizny i działania patogenów. Firmy na zlecenie wykonują takie pomiary stosując przenośne aparaty. Wynik takich pomiarów przesądza o konieczności wycięcia lub nie takiego badanego drzewa.

Zazwyczaj  ekspert  oceniający  stan drzewa  może  też wizualnie  zidentyfikować  symptomy mówiące  o  obecności  zgnilizny  lub  postępującego  procesu  rozkładu, lecz aby w pełni ocenić zagrożenie złamania, wykonuje się jednak dodatkowo badania metodą tomograficzną, która daje pełny obraz stanu zdrowia i wytrzymałości drzewa.

Czy takie badania zostały zlecone i czy można oczekiwać podania ich wyników?

Wytrzymałość drzewa na złamanie/upadek może być również scharakteryzowane przez inne czynniki takie jak wielkość korony  i  jej  gęstość,  elastyczność  drewna,  układ  gałęzi,  pochylenie,  uwarunkowania  siedliskowe,  jak  ekspozycja  na  wiatr , agresywność patogenów, itd.

Oczekujemy dostarczenia takich informacji potwierdzonych przez firmę o właściwych kompetencjach, co uzasadniałoby użycia określenia „zły stan fitosanitarny” w kontekście rzeczonego drzewa, które ma być uzasadnieniem do jego wycięcia.

W matematyczny sposób wartość określająca próg niebezpiecznej wytrzymałości pnia ma wymierną wartość liczbową. Jest to wartość współczynnika t/R w którym t stanowi grubość zdrowego drewna a R jest promieniem pnia. Stwierdzono, że przy utracie tkanek wewnątrz pnia rzędu 30% i stosunku t/R mniej niż 0,33 istnieje realne zagrożenie złamania drzewa. I taki parametr byłby dostatecznym wskaźnikiem, czy faktycznie brzoza  stanowiłaby niebezpieczeństwo. Czy takie obliczenia zostały wykonane? Nie jest to niczym nadzwyczajnym, taką procedurę stosuje się przy ocenie drzew zabytkowych, starych, zanim się je wytnie lub podejmie decyzję o leczeniu drzewa.

Oczekujemy ze strony Administracji przekazania rzetelnej informacji w sprawie faktycznego zagrożenia ze strony drzewa oraz jego stanu i opinii specjalistów w wyżej wymienionej dziedzinie a w przypadku braku takich danych, o wstrzymanie decyzji o wycięciu brzozy.

Lokatorzy, których znam, zaakceptowali tekst i argumenty. Zobaczymy jak się odniesie do tego administracja.

A ze spraw innych, mam już centralne. Pokój wygląda jak łódź podwodna co widać na załączonym zdjęciu. Do tego zmuszona zostałam do posprzątania chałupy, bo wszędzie wiercili i przestawiali meble. Robię już któryś dzień i końca nie widać. Mam stanowczo za dużo gratów. I zabieram się do likwidacji. Mam dwa kartony skarpet nie do pary i powinnam je sparować. Do tego od cholery kaset, moich i Jaśka.

no i tak to wygląda…..

Ale głównym moim zajęciem w ostatnich dniach jest rozpracowywanie pieca. Coś jest nie do końca tak, ale idzie mi coraz lepiej. Piec pali za wolno. Glikol buzuje w rurach a temperatura taka sobie. Coś jest z ciągiem. Ale mimo to centralne ogrzewanie w mojej chałupie jest prawdziwym luksusem i do łazienki można wejść bez odczuwania tego nieprzyjemnego chłodku i wilgoci. Gdyby jeszcze była kanalizacja….ale to marzenie ściętej głowy. Przynajmniej teraz……    

Opcje strachu

Jeśli na czymkolwiek się aktualnie w mojej firmie koncentrują to rozliczanie, podglądanie ludzi co robią gdy roboty nie ma za dużo, robienie jakichś dziwnych kalkulacji i najchętniej wszystkich pod buta by wzięli i namierzali.

Otóż dziś znów przyszła informacja o zasadach monitorowania dodatkowej działalności pracowników. Trzeba się ubiegać o zezwolenie z firmy, czy można robić fuchy czy też prowadzić działalność gospodarczą. Ten temat przerabiałam w zeszłym roku informując dyrektora, że owszem jestem właścicielką firmy zegarmistrzowskiej ale za cholerę nie znam się na tym i istnieją powody abym to robiła ja a nie mój małżonek. Dyrektor zgodził się ze mną, zresztą, co by nie powiedzieć, firmy de facto nie prowadzę, wykonuję płatności i robię dokumenty dla naszych księgowych ale zwykle w weekendy, nie obciążając tym dnia pracy. W żaden sposób moja działalność nie narusza mojego statusu w mojej firmie. Tym bardziej nie prowadzę działalności konkurencyjnej, nie uczestniczę w żadnych spółkach itp.itd…i faktem jest, że takie formularze służą tylko i wyłącznie do straszenia ludzi, że gdy im się trafi jakaś maleńka fucha czy wykładzik na boku to mają się bać. Tym bardziej, że nie brakuje takich którzy by donieśli.

Od wielu lat co bardziej prężne jednostki schodzą z tego pokładu i idą szukać szczęścia gdzie indziej, pozostają pierdoły, emeryci, młodzież zdobywająca materiał do swojego CV aby za jakiś czas zacząć pracę w jakiejś sensownej firmie, która płaci im prawdziwe pieniądze. Jest też część ludzi, bardzo mała zresztą, którzy nic nie szukają, bo im jest tak wygodnie. Dlatego straszenie tymi dokumentami jest równie absurdalne jak fakt zakazu korzystania z poczty prywatnej w godzinach pracy. Do tego założyli drukarkę centralną i …pozabierali stare drukarki aby ktoś sobie nie próbował przypadkiem na nich drukować fuch. Jaka mentalność takie rodzaje straszenia, pamiętam jak kiedyś mnie absolutnie niegramotna komputerowo szefowa podejrzewała, że całymi dniami układam w pracy pasjanse.

Straszenie wyższego rzędu i to z pewnymi sukcesami odbywa się poprzez sfery rządowe, mniej lub bardziej wolne media, panów profesorów  doradców kowidowych, często prowadzących badania sponsorowane przez producentów szczepionek i im pokrewnych. Idzie to zresztą z dobrym skutkiem, obserwuję to bezsilne miotanie się, zamykanie, otwieranie, weekendy w Zakopanem i kolejki do zjazdów w Szczyrku. Myślę, że dobrze, że nie uprawiam sportów zimowych, nie mam dylematów ale gorąco współczuję miłośnikom takowych. gdyby odbywało się to racjonalnie przez cały czas, ludzie nie zachowywaliby się jak spuszczeni z łańcucha. Gorzej, że się boją u mnie moi niektórzy koledzy i koleżanki. Niektórzy nie zdejmują maseczek w ogóle siedząc w pokojach o powierzchni 30 metrów sami. Nasz jeden kolega właśnie poszedł na 17 dniową kwarantannę bo jego dziewczyna miała dodatki wynik testu. Nawet nie wiem czy on też miał wynik dodatni ale on wyglądał dobrze, przystojniak jak zawsze…

A teraz cytat z jednego z komentarzy od komentatora o pseudonimie HERZEN , na deser:

…używając słów niezapomnianego Zdzisława Ambroziaka, dla ekipy Morawieckiego, Niedzielskiego Guta, Horbana, Simona i pozostałych trend jest jeden, „Zaczęło się wsteczne odliczanie”. Im więcej apokaliptycznych wypowiedzi tego pandemicznego zamordysty tym większy będzie opór i tym szybciej zostaną wytarci gumką z naszego życia. Źle ta władza skończy, tylko do niej to nie dociera. Nie znają prawidłowego, ontologicznego sensu heraklitejskiego powiedzenia, „Że dwa razy do tej samej rzeki wejść nie można”. Straszenie już nie działa tak jak na początku. Straszenie nie jest brane przez większość ludzi pod uwagę, jako przesłanka w analizie ryzyka przy podejmowaniu decyzji. Dlaczego tak jest? Ponieważ rzeczywistość propagandowa (TVPisowska i TeFałszenowska) rozjeżdża się z rzeczywistością życia codziennego. Nie rozumieją tego Dworczyk, Niedzielski, Morawiecki, Gut, Horban czy Simon, ponieważ oni żyją w swoją paranoicznej bańce, a społeczeństwo patrzy na nich z zewnątrz i przygląda się ich podrygiwaniom przez cienką błonkę tej bańki z coraz to większym zdumieniem i niedowierzaniem. Ludzie zdają sobie coraz częściej sprawę, że nie można tylko jeść, pić i sr-ać. Niestety do tego PiS i większość opozycji zredukowało życie większości z nas.

Odwagi……

Po walentynkowo…..

No i postawiliśmy na kostki. Fakt, trzeba mieć pewnie inną perspektywę, jeśli ogrzewa się stale, my jednak nastawiamy się na pobyt od czasu do czasu, ale mrozy i spodziewany w środę montaż instalacji rozprowadzającej ciepło spowodowały, że w zasadzie bywamy tam teraz stale. Nie kłóci się to wcale z naszą ideologią uciekania przed wariactwem, lockdownami i robimy to z przyjemnością. Pobyt na rancho, choć zwiększa ogólne koszty życia, łagodzi obyczaje (nawet jak się kłócimy to szybciej kończymy), ogólnie lepiej się człowiek wysypia i znacznie więcej może zrobić. Minusem jest konieczność ciągłego tankowania, zużywania prądu i dochodzą takie opłaty jak wywóz szamba.

Kupiliśmy pół tony kostek, wraz z transportem kosztowało to 370 zł, firma z Pułtuska przywiozła i podstawiła pod same drzwi. Chciałam faktycznie uniknąć kupowania kostek z supermarketów, bo po pierwsze droższe a ponadto niekoniecznie rzetelni producenci tam sprzedają swój towar. Produkowanie kostek opałowych z mielonego MDF kłóci się z jakąkolwiek ekologią i faktycznie w takiej sytuacji można skarżyć producenta ( czytałam, że ponoć widać wręcz niezbyt dobrze zmielone kawałki laminatów).

Zobaczymy jak te kostki sprawdzą się przy nowym piecu.

Wspominaliśmy wczoraj w ramach Walentynek naszą 13 rocznicę poznania się, właśnie w okolicach 14 lutego a może kilka dni wcześniej w 2008 roku Jasiek mnie odwiedził po raz pierwszy, ja jego kilka dni wcześniej.

W zasadzie nie byłam przekonana, że ten związek będzie aż tak trwały, biorąc pod uwagę moje wcześniejsze doświadczenia z facetami. I teraz, z perspektywy tych lat, biorąc pod uwagę moje wcześniejsze związki, żaden z facetów, z którym mi nie wyszło, nie ułożył sobie szczęśliwie dalszego życia.

A my trwamy ze sobą i póki co nie zamierzamy tego zmieniać. Nie jest źle!

Pan B co prawda jakoś się ogarnął na Mazurach, niestety zmarł w 2012 roku, organizm był zniszczony nadużywaniem i paleniem oraz chorobami. Jego nowa towarzyszka życia miała do niego niebywałe pokłady cierpliwości w  czasie gdy zamieszkali razem. Nie było jej lekko walczyć z jego nałogiem i fanaberiami. Była z nim do końca a my do dziś się z nią przyjaźnimy i spotykamy w lecie na jej włościach.

Drugi z facetów, całkiem dobry i oddanych przyjaciel w tamtych czasach, zarzekał się, że między nami „nie ma chemii”, miał dwa związki o wielkiej temperaturze wrzenia, w tym jeden małżeński, które się z wielkim hukiem rozpadły. Teraz też od czasu do czasu dzwonimy do siebie  i bardzo jest mi go szkoda, bo musi mieszkać pod jednym dachem z babą, której teraz serdecznie nienawidzi, która zresztą i mnie się nie podobała od samego początku (ludzie, którzy nie lubią zwierząt, mają kiepskie notowania). Razem zbudowali dom i żadne się stamtąd nie wydostanie, są powiązani domem i finansami a w latach starszych nie idzie się w plener z jedną walizką.

Z kolei mecenas, swego czasu opowiadał mi o burzliwym romansie z jakąś lekarką (miał słabość do pań reprezentujących ten zawód), teraz nawet nie wiem czy żyje bo jest człowiekiem wiekowym, sporo po 80. Odezwał się do mnie w zeszłym roku, jednak związki z dużo starszymi są beznadziejne, jest on teraz naprawdę starcem i opowiadał mi, jak ten jego romans się rozpadł i że pozostał sam.

Również pewien romantyk i szaleniec rodem z Krakowa, z którym się dość sporadycznie widywałam, nadal tkwi w swoich obłędnych pomysłach, włos mu się rozwiewa, całkiem już siwy. To raczej nie był związek mający rację bytu w rzeczywistości, ale było wesoło, bo miał ogromną fantazję i polot. Ale nie nadawał się do życia. Kiedyś, gdy już byłam z Jaśkiem, spotkaliśmy się przelotnie w Warszawie. Opowiadał mi że jest z fajną babką ale dziś już nie jest, bo na fejsie wyrzucił ją ze znajomych a ona jego też.  

Toteż zaczynamy z Jaśkiem trzynastolecie naszej znajomości a w sierpniu minie 3 rocznica naszego ślubu. Jasiek jest na niepogodę i słońce, mogę z całą pewnością powiedzieć, że moje drugie małżeństwo jest naprawdę udane, pomimo, że to nie jest jego pierwsze a konkurencja nie śpi. I jedyna refleksja jaka mi po tym wszystkim została – niepotrzebnie traciłam czas goniąc za  inteligentnymi i błyskotliwymi, ale introwertykami, facetami o niesamowitej fantazji, ukrytymi alkoholikami, nawet nie agresorami, bo są tacy, często są to wrażliwi ludzie i często trudno się nawet domyślić uzależnienia, tracąc lata na nadzieję, że coś się zmieni. Nic takiego, introwertyk zawsze nim pozostanie, niedostępny, człowiek szalony nie zrezygnuje ze swojego szaleństwa a latający za kobietami, zawsze, niezależnie od wieku za nimi będzie latał, bo ta następna jest najlepsza a alkoholik będzie pił. Oboje widocznie z Jaśkiem spotykaliśmy na swej drodze niewłaściwe osoby zanim trafiliśmy na siebie i tak staramy się nasze życie przeżyć dobrze. I tak niech pozostanie jak najdłużej.

Mrozy

Mam jeszcze troszkę czasu zanim Jasiek przyjedzie po mnie do pracy…otóż ugrzęźliśmy przez te mrozy na rancho….tak, minus 13 to taka temperatura przy której pękają rury, więc skoro nie spuściliśmy wody to trzeba tam palić. Ma to też swoje pozytywne aspekty, mogę sobie pomieszkać na wsi, jeździmy do Warszawy samochodem, jednym lub drugim, na szczęście drogi już odśnieżone i się da.

Jestem wielką admiratorką życia na wsi, więc nie jest dla mnie stresem, że rano wstaję i widzę sikorki wiszące na słonince, połacie śniegu i mróz, skrzypiący, migający zwłaszcza pod wieczór. Sądzę, że jest to jakiś atawizm, bo rzecz jasna doceniam miasto ale jednak to nie jest to. Zwłaszcza w tych czasach, gdy ludzie patrzą na siebie wilkiem.

Odnoszę wrażenie, że każdy w mieście patrzy wokół i zastanawia się czym sąsiadowi należy dopieprzyć. Wychodzę radosna z psami na spacer i widzę te zakutane ze złością w oczach i zamaskowane postaci, które najchętniej by za coś ochrzaniły a zwłaszcza za latające psy. Może i bardziej zaprzyjaźnione sąsiadki są sympatyczniejsze, ale sprawa kowida spowodowała, że u ludzi wyrobił się odruch, że oto rozmawiają z potencjalnym nosicielem śmiercionośnego wirusa, który jako taki niesie ze sobą zagrożenie. poza tym męczy mnie rozmawianie z ludźmi w maseczkach. Bo nie rozumiem co mówią.

Chcą nam wyciąć koło bloku brzozę. Napisałam pismo, które zamierzam do administracji wysłać. Sąsiedzi zamierzają poprzeć. Nienawidzę tej tendencji osiedlowych władców do ogołacania zieleni, sadzenie iglaków, które na tej jałowej glebie i tak zdychają, brzoza ma lat ponad 20 i trzyma się  na wyraz pewnie, nie ma huby, próchna i jedyną jej wadą jest to, że jest krzywa i „stwarza zagrożenie dla ciągu pieszego” co jest nieprawdą. Wydaje mi się, że to miejsce jako ciąg jezdno pieszy stworzyli po to aby walić mandaty, miałam dość udaną polemikę na ten temat ze Strażą Miejską, gdy podjechałam samochodem pod klatkę schodową aby rozładować go po przyjeździe z wakacji.

Ponadto wszystkie tereny według administracji są dedykowane jako potencjalne miejsce zabaw dla dzieci, choć między Bogiem a prawdą, tych miejsc dla dzieci jest od metra, są ogrodzone i zabezpieczone siatką, wyłożone wykładzinami lub piaskiem aby sobie nie pokaleczyły głowy spadając z huśtawek….. nie to, żebym miała coś przeciwko dzieciom ale na równi z ich potrzebami uważam, że ludzie starsi, którzy przyjechali z zakupami, też mają prawo podjechać pod klatkę i nie dźwigać siatek, bo to „ciąg pieszo jezdny”.

Na wsi przynajmniej jesteśmy sami, nie za bardzo jest spotykać się z kim  i kiedy, nikt się nie interesuje, bo i tak wszyscy wiedzą. Ludzie albo mają gospodarstwa i trudną pracę w tych warunkach, sołtysowej nie widziałam wieki, bo tam panuje strach przed wirusem i sołtys nawet z dziećmi i wnukami widuje się przez płot i nikt nikogo nie odwiedza. Więc błogosławiona cisza….

Od środy wkracza majster od instalacji pieca i rozprowadzenia. Będę miała centralne i może spadną cholerne rachunki za prąd, których się spodziewam i już płacę….. Niby zużycie kontroluję moimi inteligentnymi wtyczkami, ale w gruncie rzeczy musiałaby wszystko pod nie podłączyć, ale orientacyjnie już wiem, ile kosztuje grzanie olejakiem i ile prądu na dobę żre mój piec. Niestety głębokie rozczarowanie przeżywam z powodu stacji pogody, która jak się zawiesiła to nie daje się jej za nic od nowa sparować z Wifi. Może na drugi raz nabiorę rozumu i nie będę kupowała shitu, który nie działa i nie łączy się a dowodem są liczne opinie na temat tej aplikacji, których niestety nie czytałam przed zakupem…

Wczoraj też zaczęłam walczyć z kamerką i oprogramowaniem EZVIZ. W trakcie logowania każą wpisać numery seryjne, które były umieszczone na spodzie kamerki ale były tak małe, że dopiero Jasiek używając lupki zegarmistrzowskiej był w stanie je przeczytać. Nie wiem czemu służy produkowanie naklejek z tak miniaturowymi napisami, chyba po to aby wyeliminować ślepych staruchów…..

Właściwie znam genezę tego typu dokumentów, producent na maleńkiej przestrzeni musi umieścić gro informacji, które są na przykład w różnych językach albo też musi zadość spełnić wymaganiom rejestracyjnym substancji niebezpiecznych ( to takie piktogramy i zwroty H i P typu żrące, chronić przed dziećmi i.t.p w płynach do dezynfekcji). Powoduje to, że przeciętna osoba ze starczym wzrokiem naprawdę nie dadzą rady przeczytać tych informacji.

Jutro też przywożą nam kostki RUF. Poczytałam o nich sporo, w moim małym piecyku się sprawdziły a i nowy piec będzie też na nich wypalany. Nie są wilgotne, bo w tym roku raczej nie ma szans wysuszyć drzewa, z kolei węgiel strasznie brudzi no i te kozy eko-sreko nie są zasadniczo robione dla amatorów palenia węglem. Póki co grzejemy się efektywnie kostkami ale też już wiem, że czasem mielą jakieś płyty meblowe i z nich robią te kostki i jest to absolutne zaprzeczenie jakiejkolwiek ekologii….

A tymczasem pokażę moje dwa piece. stary, któremu wiele zawdzięczamy i nowy, który czeka na swoją szansę…..a na górze jeden z modeli kostek, tym razem w formie okrągłej…

No i prawie po….

Przedostatni dzień szkolenia, przyznam, że to jest dla mnie ciężka próba. Przede wszystkim dlatego, że muszę codziennie robić tyle kilometrów po wiejskich, i takich w trzeciej kolejności odśnieżania drogach. Wymaga to ode mnie nadzwyczajnej czujności, na przykład gdy wyjeżdża się w las, nagle pojawia się oblodzenie, generalnie boczne drogi są białe. Co prawda mam ABS, jeżdżę ostrożnie, ale jest to dla mnie prawdziwe wyzwanie.

Taki Płońsk ma różne obwodnice, już częściowo je opracowałam i nie gubię się jak w pierwszych dniach. Wiem jedno, że nawigacji google maps nie wolno zakłócać jakimkolwiek dotykiem monitora smartfona. W przeciwnym razie albo przyrząd głupieje i traci kierunek albo zaczyna wyświetlać jakieś pytania oto czego mogłabym szukać (na przykład restauracje czy też salony samochodowe), co w momencie gdy jadę zmierzchem do mojej dziupli nad Wkrą powoduje atak furii. W ogóle smartfon cały czas próbuje kreować mi rzeczywistość, mam sporo idiotycznych opcji, sterowanie głosem, logowanie odciskiem palca, zgaduje też czego bym sobie życzyła, więc trudno się dziwić że gdy wie, że jadę samochodem to też musi mi dogodzić jakimiś bezsensownymi propozycjami.

Szkolenie na Ziemi Ciechanowskiej ma punkty dodatnie i ujemne w porównaniu ze szkoleniami w Afryce. Z jednej strony są to podobne sytuacje, firma nadrzędna opracowuje program, który w najmniejszym stopniu nie pasuje do oczekiwań klienta. W obu wypadkach musiałam tak kombinować aby przynajmniej zainteresować na bieżąco słuchaczy aby nie spali, tutaj mam z kolei szanse aby zmieniać prezentacje wieczorem na następny dzień i ją upraszczać. W Afryce musiałam dostarczać na pendrive prezentacje już gotowe. Ponadto nie ma się co oszukiwać, po polsku jest łatwiej, zdecydowanie. Audytorium w przypadku Północnego Mazowsza to pracownicy z produkcji a plan był dostosowany do wymagań dość wyedukowanego personelu laboratorium badawczego. a okazało się, że zamierzają szkolić aparatowych z fabryki. Z kolei słuchacze afrykańscy byli z różnych środowisk, co powodowało większy stres, bo słuchaczem nagle okazywał się dziekan wydziału uniwersytetu lub profesor o międzynarodowej sławie, który na tym, co mówiłam się znał bardzo dobrze. Zmiana treści aby ludziom z produkcji tutaj nie dokuczać zbytnim uszczegółowieniem, jest konieczna i zajmuje mnóstwo czasu. Ponadto w Afryce było ciepło, siedziałam na tyłku w Hiltonie lub w Marriocie a tutaj muszę zapieprzać ponad 60 km dziennie na mrozie po oblodzonych trasach.

Nie mam wrażenia, że ludzie stąd, to wierny elektorat PISu, choć zapewne część z nich to potomkowie pańszczyźnianych niepiśmiennych chłopów z ruskiego zaboru. Akurat tutaj są ogromne wielohektarowe gospodarstwa rolne a właściciele, sądząc po nazwiskach, często pochodzą od szlachty, którą śledzę w moich genealogicznych rozważaniach. Kilku potencjalnych krewniaków sprzed wieków w rodzinie Jaśka w tych okolicach już znaleźliśmy. Spośród nich wielu było rozrabiaków i pieniaczy  o czym świadczą wypisy z ksiąg sądowych, które dostaję od zaprzyjaźnionych genealogów, bardziej ode mnie doświadczonych. Ale generalnie ludzie stąd nie są o ciasnych horyzontach, z chłopakami z produkcji bardzo fajnie mi się gada, zadają pytania, interesują się i daje mi to dużo satysfakcji, gdy coś mogę im wyjaśnić. Jakże inaczej niż w zatęchłej mojej firmie i pod tym względem wyjazd ten traktuję jako pewną formę powrotu do korzeni. Sądzę że chłopaki zarabiają dobrze,  pracy nie olewają, nie słychać aby narzekali, są w świetnych relacjach z główną technolog. Pewnie, że wszędzie dobrze gdzie nas nie ma- gdybym popracowała tutaj to pewnie niejedna afera by wyszła. Samo życie.

Weekend spędziłam jednak u siebie na rancho. Na polu inteligentnego domu pojawiły się problemy. Stacja pogody wylogowała się z sieci wifi na wsi i pomimo prób kontaktu nie udało się z powrotem sparować urządzenia. Znów gadałam ze sprzedawcą tego ustrojstwa i tym razem przesłał mi listę czynności, którą dopiero będę mogła wykonać koło piątku. Mróz nie mróz, muszę tam jechać, bo skoro zdecydowałam się nie spuszczać wody, chałupę trzeba podgrzewać. Brak stacji nie przeszkadza mi zbytnio, choć nie wiem jaka temperatura jest w domu, ale wtyczki zdalne działają. Kupiłam już trzecią taką wtyczkę i zamierzam ją zastosować do kolejnego pieca, tak więc zdalnie będę mogła ustawiać grzanie wszędzie.

Teraz tylko zamierzam się dowiedzieć jak szacować koszty na podstawie wskazań wtyczek, bo one podają zużytą energię, ale nie wiem od jakiego punktu odniesienia powinnam  ją liczyć. Energa ustawia możliwość korzystania z wyliczania na podstawie kosztów realnych zużycia i ponoć potrafią w każdej chwili wyliczyć ile jestem im winna w rzeczywistości i powinnam to sprawdzić.  Bo najbardziej nie lubię być zaskakiwana w kwestii płacenia rachunków….

I paradoksalnie gdzieś na plan dalszy zeszła sprawa polityki, szczepionek i innego typu rzeczy, które potwornie burzyły mój spokój….

Północne Mazowsze 2

Dzień na Północnym Mazowszu dziś zaczął się fatalnie. Jechałam trasę 29 km ponad godzinę. Nawigacja robiła ze mną co chciała. W okolicy Płońska trasa 7 w remoncie, pewne zakręty pozamykane i dokłada się kilometrów bez sensu. Do tego moja nawigacja w pewnym momencie przekierowała mnie na wyjazd do Warszawy bo jakimś cudem włączyła się trasa- dom. Na szczęście zorientowałam się, że jadę w bliżej nieokreślonym kierunku. Wyjechałam z hotelu około 7.40 a byłam około 9.15 i już chcieli dzwonić, co się ze mną stało.

Rano padał śnieg i była nim pokryta warstewka lodu. Strach się bać. Ale jakoś dojechałam.

Po południu abarot- zaordynowałam sobie drogę przez Sochocin a złośliwa maszyna przekierowała mnie na Płońsk i znów trafiłam na tą beznadziejną drogę w przebudowie. Ale obmyśliłam sobie algorytm, że tej głupiej nawigacji będę zadawała odcinki do przejechania i logowała się od nowa. Może to coś da. O ile rano to coś widzę o tyle o 17 jest już głucha noc.

No i wykłady, kolejny dzień, zdarłam sobie gardło bo miałam dwie grupy po 5 osób rano i po południu.   Adaptuję sobie swoje zajęcia przygotowane dla wykwalifikowanych analityków dla 10 facetów z produkcji, magazynierów i serwisantów. Tak to u nas organizuje się szkolenia. na szczęście dogaduję się z młodą ale bardzo bystrą panią technolog, uczę ich tego, czego ona ode mnie oczekuje i co będzie jej potrzebne. Odnośnie z góry założonych planów ramowych, padły całkiem. Ale zdecydowanie pożytek z tego szkolenia będzie dla zakładu większy.

Ukraińcy przychodzą tak około 19-20 a jeden z nich charcze niemożebnie. Nie mam pojęcia co to za zaraza, ale na szczęście unikam go, siedzę zamknięta w swoim pokoju i bakcyle nie dochodzą. W ogóle uważam, że ten wyjazd jest nieco hardkorowy.

Do tego padł mój działkowy system zdalnego transferowania temperatury, wtyczki inteligentne działają ale stacja pogody chyba się zawiesiła. Dopiero w piątek dowiem się, co się stało. Bob ma jutro zajrzeć czy chałupa nie wymarzła. Profilaktycznie wieczorem na kilka godzin podłączam olejaka i liczę kilowaty, jakie zeżarł. Mądre wtyczki pokazują bieżące i sumaryczne zużycie prądu i to mi się podoba. Mam nadzieję, że to działa.

Idę szykować prelekcje na jutro……

Północne Mazowsze 1.

W zasadzie to już jestem prawie ślepa od patrzenia na monitor komputera – a tutaj jeszcze jakieś płatności się kroją, ale postanowiłam podzielić się wrażeniami z tak zwanej podróży służbowej (a de facto jest to naprawdę podróż służbowa) do miasteczka na północnym Mazowszu, w którym to trafiła mi się fucha.

Dość rzadko trafiają mi się fuchy, ostatnia to były wojaże afrykańskie ale teraz sprawa dotyczyła małego choć prężnego przedsiębiorstwa w mazowieckim. Kiedyś dostali jakieś nagrody jako prężni przedsiębiorcy.
Propozycję wykładów dostałam praktycznie z dnia na dzień. Musiałam przygotować zajęcia dla kadry laboratoryjnej na 6 dni, codziennie po 8 godzin. Do tego to nie jest to robota z mojej firmy, więc musiałam wziąć na ten  urlop; zapieprzałam dniami i nocami, aby porobić prezentacje i do tego przypomnieć sobie wiele rzeczy, których już nie robiłam sto lat.

Do tego okazało się, że trzeba dojeżdżać około 70 km w jedną stronę a zaczęły się zadymy, zamiecie i zawieje. Gdybym się zdecydowała, mogłabym też jeździć z mojego rancha ( co początkowo planowałam) ale to również było 59 km. Jednak zrezygnowałam z tej opcji, bo pojawiłby się problem palenia musiałabym codziennie rozpalać po powrocie z zajęć i siedzieć w zimnej chałupie. Wariant z dojeżdżaniem z Warszawy również mnie przerażał, jazda około 1,5h w jedną stronę, potem do domu, w domu pad na łóżko i poranna pobudka. A do tego śniegi, zimno i w ogóle kiepsko.

Toteż postawiłam na usługi hotelarskie. Pomimo istniejącego lockdownu, wiele placówek normalnie działa. Ale i wiele jest zamkniętych bo się boją, nie odbierają telefonów. trzy dni grzebałam w sieci i już byłam zdecydowana na wszystko. Do tego czas rozpoczęcia moich szkoleń się przesunął o jeden dzień, zahacza o sobotę i niedzielę, kiedy mam wolne i do tego muszę gdzieś spać jeszcze dwie noce.

Faktycznie opis jest może skomplikowany ale równie skomplikowane było wytłumaczenie tego facetowi, którego dopadłam przez Booking.com i zamówiłam miejsca. Był jeszcze jeden facet w odwodzie, który prowadzi hotele pracownicze ale serdecznie mi odradzał pobyt u niego z powodu faktu, że przychodzą chłopy z pracy, piją, potem lezą do łazienki…i zwizualizowałam sobie taki obrzygany sraczyk i dobijających się pijanych facetów nocą. Jednak Marriot w Lusace nie dawał takich powodów do obaw, choć bałam się robactwa i komarów malarycznych.

Wszelkie dworki i pałace pozamykane. trafiłam w końcu do przystani kajakowej. Na początku właściciel spytał się czy należę do służb medycznych, wybąkałam, że ojczyźnie służę w inny sposób co było dostatecznym powodem, aby mnie zaakceptować.

I co się okazuje – w takich miejscach masowo rezydują Ukraińcy. Dojeżdżają gdzieś do pracy. Początkowo się trochę spietrałam, maniery mają dość niewyszukane, ale nie piją i są spokojni, bo następnego dnia muszą iść do pracy. Nie ma burd, nikt do pokoju nie wali, wleźli co prawda do łazienki, która miała być „moja” co mnie lekko wkurzyło, ale jako stara bywalczyni miejsc różnych uznałam, że są czyści i odpuściłam.

Mam więc wyrko, szafkę zamiast stolika, dwa gniazdka i czajnik, kompa z Netflixem i naprawdę niewiele potrzeba do szczęścia.

Żadnego covida, nikt w północnym Mazowszu nie chodzi w namordniku, w fabryce normalnie, dyrektor uścisnął mi rękę. Rzecz jasna w sklepach namordniki są, ale z nosami na wierzchu. A bałam się, że będę musiała prowadzić wykłady w szmacie lub przyłbicy, co byłoby dla mnie nie do zniesienia.

Zawsze miałam sentyment wielki do fabryk, choć na dłuższą metę uciekałam stamtąd gdzie pieprz rośnie. Wkurzali mnie pierwsi sekretarze na stanowiskach, rządzący plebsem fabrycznym, jako młody pracownik oczekiwałam więcej niż opierdzielania. Ale dzisiejsza fabryka w której prowadzę zajęcia mnie zadziwiła. Młoda kierowniczka produkcji i laboratorium otwarta, przedsiębiorcza, magazynierzy i ludzie od utrzymania ruchu mają dobry z nią kontakt, dyrektor ma za sobą europejskie projekty. Już drugi raz widzę firmę która ma podobny i nowoczesny  standard pracy, jak na Zachodzie. Nie można zarzucić nic poziomowi produkcji, jakości wyrobów, zdobnictwu etykiet. Owszem są problemy z łapaniem się na zawiłości eurobiurokracji, zwłaszcza kadry mniej wyedukowanej, ale od czegoż ja to jestem? Musiałam zweryfikować całkiem programy prezentacji bo na moim kursie są ludzie z produkcji. Mordowanie ich przepisami mija się z celem.

Ujęło mnie to, że w Północnym Mazowszu jest spokój. Gdyby kiedyś takie miejscowości w czasach mojej młodości nie były takim zadupiem i rozwijały się tam takie fabryki jak ta, pewnie nie chciałabym mieszkać w ogóle w Warszawie. Bo można sobie mieszkać tutaj, spokojnie, w dużym domu a nie w klatce, w takim Płońsku są też supermarkety w których towar taki sam jak w stolicy. Policja nie biega, ludzie sobie spokojnie żyją. I nawet niektórzy znaleźli sposób na lockdown. Nic dziwnego że chętnie lokują się tutaj Ukraińcy, którym świrus niestraszny a i praca jest.

W ogóle, odkąd wynajęłam pokoje Ukrainkom, odnoszę wrażenie, że ci ludzie chcą żyć i spokojnie pracować, bez jakichkolwiek roszczeń i fanaberii. Nawet moja lokatorka, która de facto była, podobnie jak mój śp brat, przeciw nim, zmieniła zdanie, bo babki są zrównoważone, sprzątają po sobie, nie robią syfu i konfliktów. 

Jutro drugi dzień moich zajęć. Oby tylko nie padał za bardzo śnieg, bo jazda małymi dróżkami 30 km po lodzie zdecydowanie do przyjemności nie należy….

Inteligentne rancho

Mam wrażenie, że swój nowy porządek będę organizowała na moim rancho. Coraz bardziej mierzi mnie to co się dzieje w mediach i w rzeczywistości. Bardzo mnie frustruje codzienne oglądanie w mieście zmaltretowanych postaci w maskach, zwłaszcza takich, które w ramach spaceru ciągną na sznurku swoje sfrustrowane yorki, maltańczyki czy nawet kundelki. Co jakiś czas mam z nimi konflikty, bo moje żywiołowe psy są bardzo chętne do zapoznawania się i żwawo podbiegają do tychże yorków. Psy, których życie praktycznie przebiega na leżeniu na poduszce, żarciu z puszek i łażeniu na smyczy wokół bloku, nie wiedzą co to jest pies wolny. Dlatego albo piszczą ze strachu albo próbują atakować, co bardzo rozdrażnia właścicielki. Roleks jest zwykle wtedy zdegustowany i zwykle odchodzi, bo on oczekuje postawy przyjaznej i akceptacji. Właścicielka zwykle pod nosem wyraża swoją dezaprobatę, że moje chodzą bez smyczy i zwykle puszczam to mimo uszu. A ostatnio walnęłam takiej paniusi tekst, że moje psy to nie maskotki i pobiegać muszą i nie będą całego życia spędzały na sznurku i może niech ona spróbuje także spuścić choć na moment swojego psa, niech sobie pobiega. Odeszła poprawiając maseczkę i mamrocząc, że pójdzie do administracji.

Tak naprawdę to można chodzić z psami luzem, jeśli nie są duże, warunek muszą być wychowane i przybiegać na zawołanie właściciela. A moje Jasiek w tej materii wyćwiczył i są karne .

Moje psy nie są zbyt społeczne, choć pewne formy karesów akceptują nawet od obcych. Ale jednak z dziećmi trzeba ostrożnie i raczej odradzam głaskanie. Choć są tacy co je znają i głaszczą.

Zauważyłam, że im jestem starsza to tym bardziej wkurza mnie taka jakaś wewnętrzna dyscyplina społeczna, którą społeczność mieszkająca w bloku akceptuje jako jedynie słuszną. Na osiedlu nie uświadczy się na przykład człowieka idącego i śpiewającego, grubej babki na rowerze, wesołych emerytek wracających ze spotkania przy kawie czy uśmiechniętych młodych ludzi wesoło perorujących na jakiś temat. Ostatnio głównie widać przemykające się prawie kanałami i głęboko nieszczęśliwe, smutne postacie, zamaskowane, nawet jak to jest 6 rano i głucha noc i raczej policja wtedy nie gania. Fakt, część osób uwierzyło, że maska na twarzy równa się bezpieczeństwo, ale nadal są niedowiarki, które uważają, że jedynie przed czym chroni maska to mandat, tacy jak ja.

Przy tym wszystkim aby chronić się przed marazmem i wszechobecną deprechą, którą notabene uważam za źródło wielu schorzeń, postanowiłam w tym roku każdy weekend jechać na rancho, nawet jak jest cholernie zimno. I tak po raz pierwszy w życiu nocowałam tam przy -20 stopniach.

Takie siedzenie na wsi pokazało jak niedoskonałą konstrukcją jest mój domek. Otóż tu i ówdzie ucieka ciepło (chyba będę musiała zawiesić kotary jak w teatrze, przy drzwiach wejściowych). Enerdowskie okna z odzysku też z boku puszczają zimne powiewy. Ale prawdę mówiąc wolę to niż +26 ale mogę patrzeć jak roześmiane wiejskie dzieciaki wczoraj śmigały na oponach lub sankach, ciągnięci przez traktory, mogę pogadać z życzliwymi sąsiadami bez masek (choć i tutaj dociera panika, moja sołtysowa została zastraszona przez swoje miejskie dzieci i przyjmuje tylko przy płocie). Obserwowałam dzięcioła, jak pracowicie stukał w drzewo, trzy bażanty biegające po śniegu i drapieżnika kołującego po polu w poszukiwaniu łupu. Palę w piecu na przemian drewnem i węglem, nasz mała 6 kW koza niestety nie wyrabia i muszę posługiwać się również kaloryferami olejowymi. Ale mamy już w lutym umówionego wykonawcę instalacji rozprowadzającej do nowej kozy o znacznie większej mocy.   

Ale najgorsze jest przeżyć teraz te potworne mrozy. One nie są potworne ze względu na mnie, bo przeżyłam nie takie, ale ze względu na instalację hydrauliczną. Nie spuściłam wody i teraz muszę po prostu być nam miejscu nie dopuszczając do zamarznięcia wody w rurach. Jutro już muszę niestety  jechać do Warszawy, ale wpadłam od jakiegoś czasu na pomysł domu sterowanego przez internet. Zakupiłam w tym celu dwie wtyczki, kamerkę, stację pogody i postanowiłam sterować ogrzewaniem zdalnie.

Wtyczki sterują pracą kaloryfera olejowego i termy. Łatwo się sparowały przez aplikacje i z telefonu mogę włączać i wyłączać zarówno kaloryfer jak i termę. A więc będę mogła sobie ustawić grzanie ciepłej wody jadąc na rancho a nie czekać nie wiadomo jak długo!. Kamerki jeszcze nie zainstalowałam ale to kwestia czasu. Największe problemy miałam ze stacją pogody, którą konfigurowałam trzy dni. Kibicował mi sprzedawca, program jest dość toporny ale działa. Na ekranie mojego smartfona mam podgląd na temperaturę wewnątrz chałupy przy oknie, gdzie są rury oraz na temperaturę na zewnątrz, pod dachem. Na razie działa to z mojej sieci, ale ciekawa jestem czy z domu będę mogła to obsługiwać. W razie zbyt niskiej temperatury będę zdalnie włączała piec olejowy. Umówiłam się z Bobem, który do tej pory włączał kaloryfer, że sprawdzi czy to działa. Myślę, że to rozwiąże wiele problemów, niestety pieca nie da się rozpalić zdalnie.

Jest minus 16 , dopiero było -17,1, stacja pogody stoi przy komputerze i obserwuję ją co jakiś czas. Ma być cieplej i tego się trzymam. Na test inteligentnego sterowanie byłoby lepiej aby temperatury były umiarkowane…

Nowa normalność

Oglądam sobie wydarzenia i naparzankę na Kapitolu i zrobiło mi się tak dziwnie swojsko. A więc takie rzeczy dzieją się nawet w takiej kolebce demokracji….szykuje się dość niespokojna noc. Zastanawiam się, czy nie byłoby podobnie u nas, gdyby wybory prezydenckie odbyły się nie po myśli aktualnie rządzących. Zapewne nasz moherowy elektorat nie wystąpiłby w taki sposób jak Amerykanie, ale teksty o kradzionych czy sfałszowanych wyborach też zapewne byśmy słyszeli. Coś co dla mnie wydawało się niemożliwe, okazuje się być faktem. Znak czasów czy nowa normalność? Choć ponoć taka historia miała już w Stanach miejsce jakiś czas temu…

A tymczasem rozwiązuję problem wynajmowania mieszkania po rodzicach. Okazuje się, że w tych czasach praktycznie tylko mieszkańcy Ukrainy są zainteresowani wynajmowaniem pokoi. Na moje ogłoszenie odpowiedzi były, ale faktycznie tylko babki stamtąd okazały dostateczne zainteresowanie i decyzyjność. Jak dobrze pójdzie to uda mi się wynająć dwa pokoje. W jednym pokoju ma zamieszkać babka w wieku lat 52, która pracuje w Warszawie a jej córka mieszka gdzieś za Górą Kalwarią. W drugim do wynajęcia szykuje się matka z synem, tez pracująca. Do tej pory wynajmowały pokój zwykle młode studentki, dziewczyny pracujące, które przyjeżdżały z dalekich części kraju. Mój śp brat odradzał mi kontakt z cudzoziemcami, fakt raczej nie byłam chętna aby z mieszkania moich rodziców robić Pekin, ale czasy się zmieniły. Sadzę, że Ukrainki w średnim wieku, zbyt mało zarabiające aby wynająć całe mieszkanie ale pracujące intensywnie aby pomóc rodzinie to dobra opcja i nie zdewastują mieszkania. Regały gierkowskie są nie do zdarcia.

Spędziłam dzisiejsze święto w pracowni. Jedyny dzień, kiedy miałam szansę pomóc Jaśkowi w ogarnianiu tej stajni Augiasza jaką niewątpliwie jest jego pracownia. Zegarmistrzostwo to zawód mnóstwa narzędzi, przydasi, szkiełek i masy skrzyń a utrzymanie tam porządku wymaga sporo zachodu. Gimnastykowałam się niemiłosiernie, bo czasem naprawdę małe gówienko, które zapodziało się za jakąś szafką jest na wagę złota.

Nasza działalność genealogiczna się posuwa na tyle, że ilość krewniaków wzrosła do prawie 1000 osób. Zaśmiałam się, że Jasiek narzekał, ze ma małą rodzinę. Fakt, większość jednak odeszła do lepszego świata, ale doprawdy fajne jest odkrywanie krewniaków, zwłaszcza w realu. A taka przyjemność spotkała nas w czasie ostatniej podróży do Rogotwórska. Nazwa trudna do zapamiętania, ale faktem jest, że jest to kolebka rodziny ze strony jego matki. Drugi raz nam się udało, spotkać ludzi, z którymi jest Jasiek spokrewniony, co prawda jest to bardzo dalekie pokrewieństwo, sięgające 18 wieku ale jest udokumentowane w papierach parafialnych.

Tak znienacka Jasiek zagadał do przypadkowych gospodarzy i dostał tak wiele ciekawych informacji że aż przysiedliśmy. Okazało się, że jego protoplasta miał drugiego syna, który dał początek równoległej wielkiej rodzinie o której istnieniu nawet nie mieliśmy pojęcia. Gospodarze zaprosili nas na herbatę i bardzo miło pogwarzyliśmy, liczymy na następne spotkanie. Znaleźliśmy dwie kapliczki, których sponsorami byli jego przodkowie po kądzieli. Obejrzeliśmy kościół parafialny w Rogotwórsku, miły kościelny pojawił się znienacka i otworzył nam drzwi kościoła i udzielił szereg informacji. Kościół został zmodernizowany w dość dziwaczny sposób, wszystko zamalowano na biało, proboszcz chyba hołduje stylowi IKEA. Kościelny pokazał nam wspaniałe malowidła na suficie i doprawdy żal, że zostały zamalowane, podobnie zresztą jak figury przy ołtarzu. A więc idzie nowa normalność.

Tak naprawdę trochę zaczyna moi wisieć ta cała pandemia. Toczy się ona niezależnie od lockdownów, maseczek i gównoburzy o szczepieniach. Chyba nic nie zmienia się w moim przekonaniu, że populacja musi się uodpornić, wirus będzie musiał pofolgować, jak w każdym podobnym przypadku za jakiś czas. Ile osób umrze, będzie odzwierciedleniem faktu lekceważenia pacjentów ze strony tak zwanej ochrony zdrowia. Tylko dzieci i rodzin mi szkoda, jak również drobnych przedsiębiorców, którzy nie dają rady prowadzić swoich firm oraz nauczycieli, mających albo kontakt z wiruszem przez dzieci lub zmuszonych do udawania edukacji przez komputer. Reszta sobie jakoś poradzi…..

Genealogia

Ponieważ Święta minęły dość szybko, w zasadzie nawet to dobrze, bo były wyjątkowo nieświąteczne, postanowiłam podzielić się moimi działaniami, dzięki którym jakoś się udało te Święta spędzić. Smutne to dla mnie święta, po raz pierwszy bez mojego brata, co więcej, większa część mojej rodziny nie żyje. Jasne, że nie dotyczy to Jaśka, razem mamy się dobrze i całe szczęście. Myślę, że byłoby fatalnie, gdyby go nie było i byłabym sama. Młoda jest jednak daleko ale jak wiadomo – teściowa przylatuje na miotle. A gość psuje się po 3 dniach….I tak pojechać do nich się nie dało, gdyż nie stać mnie czasowo na dziesięciodniową kwarantannę…

W każdym razie wyjechaliśmy oboje na rancho i był to strzał w dziesiątkę. Postanowiliśmy nie włączać mediów w ogóle, no może poza internetem i krótkimi wiadomościami. Całkowicie ocenzurowałam i wycięłam wszelkie informacje covidowe, szczepionkowe, po to aby oszczędzić swoje nerwy i nie oglądać słowotoku i agitacji sprzedajnych konowałów, nudnych powtórek filmowych i patriotyczno/religijnych zadęć. W tle leciała muzyczka z jakiejś mało znanej radiostacji, mieszanina kolęd i piosenek christmasowych, anglosaskich i innych. I to wystarczyło. Było więc miło i klimatycznie.

Wróciłam do moich zegarów i ich renowacji. Okazuje się, że politurowanie jest prawdziwą sztuką, trzeba naprawdę bardzo sprawnie machać pędzlem. Politura jest spirytusowym roztworem szelaku, więc zasycha bardzo szybko i bardzo łatwo jest zrobić zacieki, które potem są widoczne i paskudne. Więc trzeba prędko pomalować i odstawić do wyschnięcia. Na kursie instruktor uczył mnie że następne warstwy należy kłaść za pomocą szmatki, posypując rozdrobnionym pumeksem. Spróbowałam tego sposobu, wycinając kawałek szmatki do podłóg, jako że łatwo wchłania roztwór spirytusu i delikatnie rozsypałam pumeks. Jakieś było moje zdziwienie, że zrobił się nie tylko glut ale wylazły wszelkie włosy ze szmatki i glut oblepił ten pumeks. Masakra, wszystko musiałam do zera skrobać. A włoski przyklejone, nie chciały tak łatwo schodzić. Następne zegary szły już lepiej ale bez pumeksu i szmatki. Sumarycznie chyba z 7 skrzyń jest już wykończonych i pozostaje tylko wsadzić mechanizmy.

Moim ostatnio uprawianym dość intensywnie konikiem jest genealogia. Być może starość powoduje chęć zwracania się ku przodkom a może też rodzina Jaśka ze strony biologicznej matki okazała się być niezmiernie wdzięcznym materiałem badawczym. Ciekawe, że przedtem nie miał on nawet zielonego pojęcia, że tak rozgałęziona jest jego rodzina. Aktualnie w mojej bazie jest 820 pociotków, którzy w taki czy inny sposób są ze sobą spokrewnieni. Co więcej, znalazłam jeszcze do tego ciotkę z Ameryki, z która koresponduję. Jest też facet pochowany na cmentarzu koło mnie, chcemy znaleźć jego grób, zmarł w 2014. Początkowo My Heritage było dla mnie czarną magią, ale teraz poruszam się po tym dość sprawnie. Oczywiście jest to portal który przede wszystkim ściąga pieniądze, ale przy pewnej wprawie, wiele wiadomości otrzymuje się od ludzi „for free”. Zbieram informacje o miejscu ich pochówku, zbieram ich akty zgonów, urodzeń i małżeństw. Większość tych ludzi żyła na terenach północnego Mazowsza, nawet w fejsie jest grupa „Szlachta północnego Mazowsza”. Ich dokumenty są w archiwach w Płocku czy w Mławie, na szczęście większość jest już zdygitalizowana, więc je ściągam.

Zwykle rodziny te były bardzo liczne, ale spośród na przykład 10 dzieci, sporo umierało bardzo młodo. Następnym dzieciom często nadawano imiona zmarłego poprzednika, więc jest czasem kilka Zosi czy Stanisławów z tej samej matki. Najwcześniejsi udokumentowani krewni pochodzą z 1720 roku, ale nie tracę nadziei, że znajdę ich wcześniejszych przodków.

Bardzo trudne jest szukanie ich grobów. Drugi raz, teraz w święta, byliśmy w rodzinnym gnieździe rodziny, na cmentarzu w parafii Zielona. Udało mi się zidentyfikować kilka pochowanych osób, choć czasem okazało się, że nazwiska mają inne, ale nadal należą do rodziny. Z całą pewnością część grobów jest już zlikwidowana i pozostały już tylko dokumenty. Pewną sztuką jest dopasowanie dzieci do rodziców, biorąc pod uwagę, że nazwiska się powtarzają. W portalu Geneteka śledzę relacje poprzez porównania dokumentów. Pewnie ludzie patrzyli ze zdziwieniem jak lataliśmy po cmentarzu i pstrykaliśmy zdjęcia grobów.

Zabrałam się do tworzenia drzewa genealogicznego dla ojca biologicznego Jaśka, który też ma dość ciekawą i liczną rodzinę. Wielu jego przodków z tej rodziny jest na znanej skądinąd stronie Minakowskiego Wielcy Polacy. Co prawda sama znalazłam błędy na stronie Minakowskiego, w związku z rodziną matki Jaśka, ale faktem jest, że zrobił ogromną robotę.

Natomiast tworzenie drzewa dla mojej rodziny idzie dość marnie, baza danych dla Lubelszczyzny, skąd pochodzi mój ojciec, nie jest pełna, pewnie wiele dałoby pojechanie do parafii, gdzie był chrzczony mój ojciec i przeglądanie ksiąg.  Być może jakieś dane ma kuzynka ze strony ojca, która też podejmowała w przeszłości ruchy w tym zakresie i zainteresowała się tym, co robimy.

Powiem tak, istnieje rzeczywistość poza szczepionkowa. I tego należy się trzymać. The show must go on ale całkiem dobrze jest trochę od tego odejść i olewać temat, z którego nic i tak nie wynika.

A na Sylwestra kontynuujemy naszą działalność zegarowo – genealogiczną….I mam gdzieś zakazy i nakazy. Szkoda mi ogromnie młodych ludzi, którzy mają spaprane teraz i na ferie…….