Prehistoria i codzienność

Pisanie idzie mi dość marnie, choć aby blog nie zamarł, trzeba coś skrobnąć…. Atrakcji na Święta i Nowy Rok nie brakowało. I przyznam, było dość miło, bardziej niż się spodziewaliśmy. Liczne odwiedziny osób z rodziny i spoza niej. Jest nas coraz mniej, starzejemy się i zauważyłam, że  jeśli rzadziej się widujemy to zwykle atmosfera jest lepsza i spotkania radośniejsze. Do tego po  świętach odbyło się odsłonięcie tablicy pamiątkowej dziadka Jaśka w kościele na Żoliborzu i towarzyszące temu kłopoty organizacyjne ( bo do tego było spotkanie, krótka msza,  obiad, wydanie broszury i inne takie organizacyjne działania, które często było tematem dość burzliwych dyskusji z kim, kiedy i za ile). W ogóle zaczęło jakoś kwitnąć życie rodzinne – wskutek mojego grzebania w My Heritage odnalazło się kilka rodzin spokrewnionych. Otóż pradziad Jaśka, miał siostrę, wyszła ona za mąż, miała czwórkę dzieci i odnaleźliśmy jej potomków. Ciekawe na ile kontaktowali się i czy mieli wspólne zdjęcia…Okazało się, że są pochowani na cmentarzu koło mnie, na Tarchominie. Wiec, gdy byłam z tradycyjnym odwiedzaniem grobów, znaleźliśmy i ten grób i Jasiek wsadził do znicza wizytówkę z zaproszeniem i podstawowymi informacjami. Spotkała go miła niespodzianka, bo zaraz po Nowym Roku kolejne pokolenie odwiedziło go w jego pracowni i mamy się na dniach spotkać na wspominkach. Odnajdywanie krewnych, ich często poplątane historie bywają fascynujące. W sumie razem nie jest to tak daleka rodzina. Ubolewam, że Lubelszczyzna, która jest miejscem pochodzenia mojego ojca jest tak marnie opisana, że doprawdy niewiele da się stamtąd wyciągnąć. Z kolei mama pochodziła z terenów Białorusi, niby były to tereny polskie w tych czasach ale trudno jest cokolwiek wygrzebać teraz stamtąd.

W przypadku rodziny Jaśka, część z nich pochodziła z ziem północnego Mazowsza i jest to wszystko dość doskonale opracowane w źródłach dostępnych w internecie. Dzięki temu odnaleźliśmy naprawdę wiele osób i faktów, blisko związanych z historią, bohaterów walk z 1920 roku, działających w podziemiu, młodego powstańca, który zginął na Woli. Tablicę wymyślił kuzyn Jaśka i jest to wiekopomna pamiątka o człowieku, który w czasie wojny działał w podziemiu, zginą tragicznie zastrzelony prze wprowadzających nowy ustrój, obecnie wiele dokumentów się znajduje i rzuca to nowe światło na wiele wydarzeń.  

Ale nie samą prehistorią człowiek żyje. Pora wracać do rzeczywistości, gdzie czeka mnóstwo dokumentów do opracowania. Huśtawka pogodowa powoduje u mojego męża dolegliwości ciśnieniowe a za przeproszeniem „służba zdrowia” leży odłogiem i wczoraj walczyliśmy aby choć zmierzyli ciśnienie mojemu chłopu i być może zrobili EKG. Bez szans. W końcu zlitowała się pielęgniarka z przychodni prywatnej, gdzie mam wykupiony pakiet. Grypa, grypą, ale niewydolność organizacyjna i niedowład instytucji odpowiadającej za ochronę zdrowia jest faktem. W przychodni, która współpracuje w ramach mojego pakietu nie było zwykłych  lekarzy internistów, puste sale około godziny 17.  W przychodni NFZ za to dzikie tłumy i nie było szans wejść. Na szczęście choć tam wysyłają mailem recepty, zamawiane przez telefon, bez konieczności wizyty. Na ostatnią czekałam na wysłanie 2 tygodnie.  A leczymy się przez google. Paracetamolu nie trawię a astma leczy się sama specyfikami, które biorę od lat.

W ramach rozrywki zajrzałam do Onetu a tam groźny tytuł:

W długi weekend lepiej zostać w domu. W prognozach cała paleta groźnych zjawisk

  • W nadchodzących dniach przez Polskę jeden za drugim będą wędrować fronty z porcją silnych opadów. Podczas gdy dziś i jutro dominować mają opady deszczu, w piątek gdzieniegdzie sypnie śniegiem
  • Oprócz opadów, szczególnie w czwartek, zerwie się silny wiatr. Jego porywy lokalnie osiągną nawet 80 km na godz.
  • Temperatura w większości kraju utrzyma się na wysokim poziomie. Jedynie nad północno-wschodnią Polskę pod koniec tygodnia napłynie mroźne powietrze. Na Suwalszczyźnie słupki rtęci mogą pokazać -10 st. C

Faktycznie, mamy zimę to będzie i zimno. Nie ma to  jak dobre postraszenie przed długim weekendem. A ja tradycyjnie jadę na rancho palić węglem z Kolumbii, który zawiera cegły pomalowane na czarno oraz brykietem torfowym z Białorusi, który na szczęście dobrze trzyma ciepło. Damy radę.

Reklama

Słowa na Święta

Wzięłam sobie dwa dni wolnego, aby choć trochę odpocząć od ponurej atmosfery instytutu, od braku pieniędzy na premię i perspektyw, od pierdół na temat komercjalizacji i rejestracji i oto siedzę sobie w domu i przymierzam się do robienia pierogów z kapusta i grzybami, mojego sztandarowego wigilijnego dania na składkowej wigilii u bratowej. Mam jeszcze do zrobienia śledzie, zaraz pójdą się moczyć. Ponadto jedziemy wieczorem do naszych przyjaciół, którzy zrobili nam Święta w zeszłym roku, gdy leżeliśmy złożeni covidem i przez latające po osiedlu suki policyjne nie mogliśmy się z domu ruszyć a psy musieliśmy wyprowadzać potajemnie.

A więc tegoroczne święta zgoła inne niż w zeszłym roku. Są nawet umyte okna. Nie zepsuje ich propaganda Grzesiowskiego, Filipiaka i podobnych naganiaczy koncernów farmaceutycznych. Będzie miło i pięknie. Kij im wszystkim w plecy ze straszeniem grypą i RSV.

Ale pozostał fakt, że doszliśmy do przekonania, że obchodząc święta w zeszłym roku z covidem w tle, tak naprawdę nie ma co odstawiać wariactwa, bo święta. Koniec z lataniem po sklepach i szaleństwami kulinarnymi i dywagacjami kto to potem wszystko zje. Tylko spokój zdoła nas uratować.

Za to w życiu rodzinnym i towarzyskim się dzieje.

Jeden romans mojej zaprzyjaźnionej osoby się chwieje, bo żona jej przyjaciela wykryła to i owo przez analizę zawartości telefonu i pilnuje teraz swojego męża. Mam dość ambiwalentne uczucia, ją bardzo lubię, wyważona osoba, wdowa od lat, on pojawił się po latach… z jednej strony zdrada zawsze jest zdradą, z drugiej, nic nie jest wieczne, zwłaszcza uczucie o ile się o nie nie dba…

Chyba powinno być tak, że oboje małżonkowie muszą budować i rozwijać swój związek cały czas , abnegacja i olewanie swoich potrzeb i uczuć drugiej strony często prowadzi do tego, że jedno z nich bryka na bok. Różnie się to kończy i na ten temat mogłabym napisać powieść, jako osoba w tej materii doświadczona. W każdym razie głęboko wierzę, że należy otworzyć okno i wypuścić, jak wróci to znaczy jest twój a jak poleci – nigdy twój nie był. Moja przyjaciółka jest osobą rozsądną, wie, że nie będzie walczyć o ten związek. I raczej boi się gwałtownych i być może nieodpowiedzialnych ruchów z drugiej strony. W każdym razie święta w ich przypadku nie będą radosne.

Jedna osoba z rodziny, nie będę podawała dokładnych korelacji, zdurniała kompletnie. Ten jegomość nigdy nie grzeszył mądrością. Ostatnio wylansował tezę, że jego córka jest „niebinarna”, bo to jest teraz takie modne. Na dwudziestoletnią dziewczynę mówi „ono” i „istotka”.

A jest to stuprocentowa kobietka, z miłością do ciuchów, szycia , strojenia się. Normalna na pozór dziewczyna.

Znam ją, to odrzucone przez wszystkich dziecko, materialnie może i nie ma źle, ale tak naprawdę to nikt jej nie kocha. Ani matka z nowym mężem i dzieckiem, ani ojciec a babcie po to prostu denerwuje swoją chorobą psychiczną. Jest bowiem zdiagnozowaną schizofreniczką. O ile wiem. na pewno ostatnią sprawą z którą ma problemy to jest jej życie seksualne, którego zapewne nie prowadzi, jest osobą raczej infantylną. Gdyby jej durny ojciec zwyczajnie ją pokochał ( a szczurom korporacyjnym zdarza się to nader rzadko) to pewnie, przy wsparciu duchowym oraz farmakologicznym na jakimś poziomie mogłaby funkcjonować w miarę normalnie. Ale nie może przy zerowym wsparciu ze strony jej najbliższych.

U mnie, nasz rodzinny schizofrenik zmarł jakiś czas temu i zerwałam całkowicie kontakty z jego bratem, zrobiłam to ostentacyjnie. Nie obwiniałam go o śmierć, lata zaniedbania, alkoholizm i POCHP zebrały żniwo. Odziedziczył te pół mieszkania, drugą połowę odziedziczyli synowie zmarłego, więc ma, to co chciał. Chory mógł zwyczajnie jeszcze pożyć, wymagał tylko odrobinę zainteresowania, bo DPS bynajmniej nie jest w stanie wykrzesać tyle troski i zrozumienia ani zapewnić opieki. Nauczyło mnie to jednego – omijać takich ludzi jak ten pazerny jegomość z daleka.

Tak, tegoroczne święta spędzimy tak jak lubimy. W drugi dzień świąt jedziemy do domu naszego przyjaciela weterynarza, który wsparł mnie generatorem tlenu w pierwszych dniach covida i okazał wielkie serce. I zawsze je okazuje, gdy leczy nasze psy. Dostaliśmy paczkę od przyjaciół z drugiego końca Polski, kilka pierniczków, herbatka zimowa, jakieś cukiereczki, butelka naleweczki i wiele, wiele serca. Będziemy do nich dzwonić i wierzyć, że w Nowym Roku znów będziemy ich mogli gościć. Bo to cudowni ludzie.

Nasi przyjaciele, którzy dostarczyli nam aprowizację na wigilię, skombinowali w tym roku dobry pasztet i sałatkę, jedziemy do nich dziś to odebrać i złożyć im życzenia, poplotkować a i podziękować za zeszły rok.

Na Święta mam taką konkluzję, że szkoda życia na kontakty z oszołomami, ludźmi toksycznymi, zawistnikami jak również szkoda czasu na bieganie po sklepach ponad uzasadnioną konieczność. Nie warto zabawiać się w fałszywą dobroczynność, raczej wspomóc naprawdę potrzebujących, których w okolicy nie brakuje, zarówno ludzi jak i zwierząt. Nie podkręcać emocji wiadomościami i mieć swój rozum w ocenie bądź co bądź propagandy. Unikać katastroficznych teorii ( w zimie bywa zimno a i czasem jest odwilż), zdystansować się od ludzi nieżyczliwych. I tego będę się trzymała, bo cóż jest bardziej cennego niż święty spokój i pogoda ducha? Czego wszystkim, którzy mnie przeczytają,  życzę z całego serca….

Prezenty, prezenty

Może dziś przełamię w sobie niechęć do pisania. Ostatnio byłam tak zawaloną robotą, że – mimo statusu emeryta, pracowałam dzień i noc nad dokumentacją. Przy czym, ciekawe, że sześć lat dokumenty leżały w Urzędzie nie zweryfikowane a tu nagle chcą mieć pełne i kompletne wersje. W jakimś stopniu udało mi się dokumentację poprawić. W ciągu tych lat zmieniły się również przepisy odnośnie zawartości dokumentacji. Do tego również zwolniła się od nas druga osoba, która to robiła. Jestem więc skazana na siebie. Do tego, gdybym tak czy owak się na to wypięła, to zrobiłabym krzywdę tych przedsiębiorstwom, które nam zaufały. Taki poczucie odpowiedzialności pchało mnie w masakryczną wręcz robotę, która i tak będzie się ciągnęła, bo przerobić wszystko będzie niełatwo.

Coś co jeszcze jakoś osłabiło moją chęć blogowania to brak jakiegoś nerwu w tym wszystkim. Nie umiem pisać postów poprawnych politycznie, grzecznych, jeśli piszę to tylko dlatego, że mnie coś szarpie od środka. Nie potrafię być recenzentem wydarzeń kulturalnych, przeczytanych książek czy obejrzanych filmów, odbiór u każdego jest inny. To było zadanie nieocenionej Kaliny, którą wspominam z dużym rozrzewnieniem. Zwłaszcza, że w okresie końca listopada były zawsze spotkania u niej, początkowo z laniem wosku, potem raczej babskie prywatki. Że też jej się chciało takie coś organizować. Do tego polemizowała ze mną na kontrowersyjne tematy, co lubiłam.

Wiem, że niektórym się pewnie naraziłam poglądami antyszczepionkowymi i antycovidowymi, którym jestem wierna, ale powoli wydaje się być oczywiste, że to był wielki humbug. Próbuje być co jakiś czas wskrzeszany, do tego w pakiecie dołączyła się poczciwa grypa…. Jakoś póki co żyję, niedawno minęła rocznica mojego Covida i do dziś dnia czuję się dobrze, nie licząc kataru, jaki złapałam, gdy zmarzłam na działce. Z lekarzy to uznaje tylko ortopedów i to też nie wszystkich. Na moje kolana skuteczne jedynie są ćwiczenia i rehabilitacja, choć znam osoby, które właśnie na to samo co mam ja, idą na operację, powierzając troskę o swoje zdrowie nie sobie, tylko lekarzom. Jedna z ciotek mojej bratowej po takiej operacji prawie w ogóle nie chodzi.

Aktualnie mój mózg zajmuje problem prezentów, otóż nie jadę do Młodych, bo jedzie tam druga babcia. I brat zięcia z żoną. Więc ludzi będzie w bród i po co dokładać mojej Młodej ludzi do obsługiwania…. Włosi zdecydowanie dominują, ja tak naprawdę wyśmienicie czuję się na święta w domu i na ranczo, choć przyznam, ze za wnusiami tęsknię. Niuńka wyrosła na rozrabiakę ( właśnie kończy 3 lata), ma swoje zdanie, głośno je wyraża i robi co chce. Wykapana babcia. Dostanie świnkę Peppę, bo jest na tym etapie i tylko takie książeczki chce oglądać.

Chcę jej wysłać też niewielki wózek dla lalek, tego jeszcze włoska babcia nie kupiła, to zarezerwowałam sobie. I poluję na taki wózek, który nie kosztuje nie wiadomo ile ( bo ceny są naprawdę horrendalne), do tego ma być ładny, stylowy i użyteczny ( czyli taki, z którego kółko nie odpadnie po 2 spacerach). Młodej na jej życzenie wysyłam Bolesławiec, bo lubi. Mnie Bolesławiec kojarzy się z Włocławkiem, choć bardziej wyrafinowany, ale to takie same, łatwo pękające skorupy i za ogromne pieniądze. Mam też prezent dla zięcia. Farby do ceramiki, bo odkrył w sobie powołanie do wypalania gliny.

W rodzinie do której idziemy na Wigilię,  ustaliliśmy, że losujemy prezenty, dzieci nie będzie i nie będzie szaleństwa i każdy coś dostanie aby było miło. Na mnie trafiły kosmetyki do kupienia. Jednym z nich są dość ekskluzywne perfumy. Kosztują w porywach około 5 stówek. Ale od czego jest drugi obieg…otóż zrobiłam research w kwestii perfum w sieci. Podziemny rynek zapachów oferuje je za rozsądną cenę i niekoniecznie są to podróby rozlewane po garażach. Takim rozwiązaniem są testery, które produkuje firma wlaściwa do celów reklamowych i są one zasadniczo dostarczane sklepom do reklamy i nie powinny być sprzedawane. Polak jednak potrafi, ludzie nabywają je na aukcjach na Zachodzie i sprzedają za znacznie niższe ceny. Niby można mieć kaca moralnego, ale jeśli jest to produkt tej samej firmy ( wynika to z przepisów prawa, że tester nie może różnić się składem) to jedynym mankamentem testerów jest to, że nie są zafoliowane i nie mają niektórych fikuśnych ozdóbek. Ale zapach ten sam i o to chodzi. W pierwszym momencie Jasiek się skrzywił, że podobny problem jest z zegarkami. Otóż  podróba zegarkowa ma zwyczajnie inne parametry, gorzej się naprawia, jest mniej trwała i szarpie reputacje firmy, bo ludzie kupują takie coś taniej ale i tak Rolex-Srolex jest nadal drogi. Niby też pokazuje godzinę, ale ścierają się srebrzenia, urywają się niefirmowe paski no i oczywiście są mniej trwałe. Przekonał się wielokrotnie ,próbując ludziom je naprawić, ale  okazało się, że spotykał się z żałością ze strony klientów (o ile nie z awanturami), że zegarek nie jest taki dobry jak przedtem.

Z kosmetykami to inna broszka, skoro zapach jest identyczny ( o ile faktycznie nie jest to podróba, ale wówczas trzeba na opakowaniu wprowadzić jakieś zmiany np. w nazwie producenta aby uniknąć sprawy karnej) to właściwie problemu nie ma. W końcu i tak zafoliowane opakowanie trzeba będzie otworzyć, jeśli chce się specyfikiem spryskać. Za którymś razem człowiek chyba raczej nie pamięta, że korek miał inny kształt. Co prawda pierwszy raz kupiłam  taki produkt ( czekam na dostawę), ale jeśli się to sprawdzi to jak to się mówi – po co przepłacać?

To samo ze świnką Peppą. Jest tego masa na rynku, są również produkty firmowe, oryginalne z licencją.  Ogólnie dla mnie ma ona generalnie dość obleśny wygląd i szukałam odpowiednika kolorystycznego, znacznie tańszego i udało się. „Moja” Peppa ma bardzo sympatyczne oblicze i nabyłam ją w OLX jako nową i zafoliowaną. Za to za dużo mniejsze pieniądze.

Oczywiście jeśli człowiek chce się czuć jak Julia Roberts patrząca na wieżę Eiffla w powiewnych szatach albo też wychować dzieci w takim duchu aby pierwszą rzeczą, która obserwują, była metka czy ilość pasków na ciuchu – ok, proszę bardzo. Są bardzo ekskluzywne sklepy i jeśli z tego powodu, że tam coś kupi, podnosi się komuś poczucie własnej wartości to nie ma sprawy. Zamiast Ferrero Rochas można zjeść coś słodkiego firmy Solidarność. Zawsze tą samą rzecz można kupić kilkakrotnie drożej. Tym bardziej, że żyjemy w przaśnym kraju, w którym problemem się staje zakup odpowiedniej ilości opału na zimę i jak się nie dogrzewać. Zastaw się a postaw.

Na koniec dodam, że faktycznie nie warto kupować podrób elektroniki, telefonów komórkowych ( (niestety Realme nie jest Samsungiem), kiepskich elektronarzędzi, które się palą po pierwszym wierceniu czy narzędzi ogrodniczych innych firm niż Gardena czy Fiskars. Warto za to docenić produkty krajowe takiej firmy jak Bielenda, zanim kupi się produkt może bardziej spektakularny, ale o podobnym działaniu, mając jednak świadomość, że „nie pomoże puder róż….”.

Sobotnie zakupy

Pomyślałam o tym, że ludzie są póki co bardzo zdziwieni, że faktycznie dopadł nas kryzys i inflacja. Przyznam, że wiele osób ma na tyle jeszcze zasobów finansowych, że nie dociera do nich, że wkrótce może być cienko. Na razie doświadczyli tego posiadacze kredytów, ale i inni wcześniej czy później dostaną po tyłku. W końcu nie każdy ma szansę zostać wysoko płatnym dygnitarzem pisowskim. Większość żyje ze świadczeń, które w szybkim tempie się dewaluuje.

Wczoraj rozgorzała dyskusja na Twitterze, że Allegro podnosi ceny za usługę Allegro smart z 49 złotych rocznie do 59 zł. Do tego wzrastają ceny minimalne, przy jakich będzie można skorzystać z usługi Smart czyli bezpłatnego doręczenia ( czy do paczkomatów czy przez kuriera) przy dokonaniu zakupów o określonej wartości.

Ja z tego korzystałam ile wlezie, praktycznie oduczyłam się chodzić do sklepu po artykuły typu proszek do prania czy też kapsułki do zmywarki. Kupowałam też tam środki ochrony roślin, legginsy narzędzia elektryczne czy ziele kozieradki. I tak się to opłacało w porównaniu z kupowaniem w sklepie. W czasie pierwszego szaleństwa kowidowego zakupiłam również w dobrej cenie papier toaletowy.

Paczkomaty mam po drodze i odebranie paczek nie stanowi problemu ( jest na to dość krótki czas).

Podniesienie cen minimalnego zakupu, przy tym, że sprzedawcy już powoli podnoszą ceny swoich towarów, może spowodować, że będzie jednak się opłacało kupować w sklepie. Problem w tym, że sklepy również podniosą marżę i ceny towarów. I tak się to będzie kręciło, aż do denominacji.

Natomiast rozwija się wysyłanie paczek OLX, jest tańsze niż na Allegro. Kilkakrotnie już z tego korzystałam, zamawiając różne potrzebne mi produkty a innym zbędne. Jako osoba na wskroś ekologiczna przekonałam się do zakupu na OLX, jest faktem, że ludzie często sprzedają rzeczy im bezużyteczne ale nówki nie śmigane. I to za korzystne ceny. Udało mi się zakupić na przykład pufy z ekoskóry, towar faktycznie w swojej urodzie nienachalny, ale uszlachetniam je wkładem własnej pracy a mianowicie na szydełku robię im „ubranko” i wyglądają wówczas modnie i boho. Aktualnie zamówiłam też dwa odkurzacze akumulatorowe, takie niewielkie, które można ładować z ładowarki ( a nie do gniazdka akumulatora w samochodzie, co czyni ten produkt bezużytecznym w domu). Ludzie po prostu kupili sobie nie wiadomo po co i teraz odsprzedają A mnie się przyda do sprzątania stołu i na rancho do zbierania gówien mysich. Dlatego kupiłam dwa.

Szykując się na podwyżki robię rozeznanie rynkowe co do tego, co można dostać w różnych sklepach i za ile. I ideałem na dzień dzisiejszy dla mnie jest Dino. Fakt, nie ma tych sklepów w Warszawie za bardzo, ale na prowincji jest ich masa. Dino w zasadzie w każdym miejscu ma ten sam towar, co mi się podobało w Belgii w sklepach GB. Nie łazi się kilometrami jeśli chce się tylko zrobić zakupy. Wiadomo, co gdzie leży i można nie zemrzeć z głodu, gdy nie ma się za dużo pieniędzy. Są promocje, dość konkretne, pewnie towary są ogólnie tańsze ale i są droższe. Do tego jest całkiem spory asortyment rzeczy świeżych, tańsze niż gdziekolwiek jajka jedynki czy zerówki oraz okrawki, które kochają moje psy, choć im nie wolno bo to wędliny, ale od czasu do czasu daję im połasować, tym bardziej, że zawsze są świeże. Niestety w związku z kryzysem, zrobił się to towar bardzo chodliwy..

Drugi w kolejce jest Kaufland, sklep znacznie droższy, choć zawsze mają masło po 6,99 a na moim osiedlu jest koło dychy. Jest sporo towarów na wagę i świeżych. Na promocje też można się czasem załapać, choć w skrzynkach „kupiliśmy dla Państwa za dużo towarów” buszują rano nasi drodzy goście, którzy mają czas. Pod tym względem znacznie lepszy jest sklep Netto, choć kudy mu do poprzednika, Tesco. Netto nasielskie bije cenami warszawskie, promocje potrafią być świetne i faktycznie atrakcyjne. Ciekawe, że w sklepach Chorten ( niewiele tego jest, to chyba jakaś popłuczyna po Marc Polu), są naprawdę interesujące ceny herbaty. Choć ogólnodostępny Lipton jest od 14- do 18 to już za 22 można kupić gigantyczną paczkę oryginalnego Twinningsa, ponad 100 sztuk, wersja w torebkach, w formie liści taniej.

W wersji spożywczej zasadniczo omijam Lidla, który jest po prostu drogi, fakt, jest sporo rzeczy aspirujących do europejskiego sznytu, ale  również są dość drogie. Nie wiem z jakiego powodu moje psy bardzo lubią puszki z Lidla, natomiast uciekają na widok karmy Puffi z Biedronki. Bo nie da się ukryć, kupuję im Joserę w Zooplusie, ale od czasu do czasu muszą też zadowolić się rzeczami tańszymi.

Auchan jak na mój gust odpada, niby cenowo jest dość atrakcyjny, ale naprawdę trzeba narobić kilometrów aby kupić co potrzeba. Nie mam na to czasu ani siły, do tego dochodzi zwykle stanie w długich kolejkach do kasy lub zawieszające się kasy automatyczne.

Dziś ruszył świąteczny zajob. Ponieważ padało od rana ( jak zwykle w sobotę, gdy przymierzam się do prac polowych), pojechałam do Pułtuska, tak dla odmiany poganiać po sklepach. Towaru nawalili wszędzie pełno wszystkiego, udało się zapolować na fajne ciuchy, miałam taką potrzebę aby coś nowego nabyć. Do niewątpliwego sukcesu zakupowego, oprócz innych równie udanych, należy nabycie w KIKu za 10 zł gigantycznej koszulki z Myszką Miki ze złoceniami z czystej bawełny. Myślę, że będę z radością używała jej jako koszulki nocnej ( bo to jednak w tym wieku obciach chodzić z Myszką Miki na piersi, choć to prawie moja rówieśnica). Myślę, że mojemu chłopu się spodoba.

Pojawiły się tez wszędzie takie jesieniarskie mięciutkie koce w motywami bożonarodzeniowymi, kubeczki w jelenie, dzwoneczki, feeria bombek i te wstrętne swetry z motywami renifera Rudolfa, którymi będzie aż do końca grudnia dręczyło się klientów.  Nie ma jeszcze muzyki, która będzie katowała z równą intensywnością jak biało czerwone gadżety.

Ale ostatnio moje objawienie, które co jakiś czas „robi mi dzień” czyli Sebastian Machalski (oprócz tiktokowych pastiszy, świetny musicalowy głos w Studio Accantus), zrobił dwa w jednym czyli połączył oba święta. Uważam że efekt znakomity. Czekam aż nagra kolendy ….

Exodus….

U mnie w firmie od jakiegoś czasu trwa ucieczka młodych pracowników. Dziś dowiedziałam się, że z mojego okrojonego zakładu odchodzi dziewczyna, zastępca kierownika. W zasadzie pogratulowałam jej, że w sumie razem warto być mobilnym, z drugiej strony ciekawe, że odchodzą dziewczyny, które mają małe dzieci i w zasadzie taki instytut jak nasz daje pełną szansę na ich odchowanie. Choć zarobki marne. Tym bardziej, że koleżanka ma małego synka o słabym zdrowiu, sama ma kiepską odporność. Więcej w pracy jej nie ma niż jest. Nawet się dziwiłam, ja pracownik z długim stażem w tej firmie, że na stanowisku kierowniczym funkcjonuje osoba widmo, która góra dwa-trzy dni jest w robocie.


Wybiera się do prywatnej korporacji i oczywiście ze względów finansowych, są bowiem uwalani z mężem w kredyty i leasingi. Mają dom i dobre samochody. Ot cóż, takie życie młodych ludzi, którzy uważają, że świat cały jest w zasięgu ich ręki, teraz, zaraz i już. Kryzys trochę sprowadził ich aspiracje do parteru ale właściwie skoro są młodzi to czemu nie mają włożyć więcej wysiłku i zarabiać?


Instytut na pewno na tym straci, choć nie ma ludzi niezastąpionych. Była cennym nabytkiem, miała uprawnienia eksperckie oraz przydatne umiejętności dla naszej branży. Aktualnie jakikolwiek etos pracy, odpowiedzialność i ambicje zawodowe poszły się ganiać, kiedyś człowiek miał jakieś skrupuły i kombinował, czy odejście z pracy w danej firmie to dobra czy zła decyzja dla niego ale i dla firmy. Teraz każdy idzie tam, gdzie lepiej płacą i pewnie nie ma w tym nic dziwnego. Wszelkie pozamaterialne bodźce odpadają.


Ale na pewno do powolnego upadku firmy przyczyniło się wiele innych czynników, ryba jak wiadomo, psuje się od głowy. Zrobienie korporacji i sieci instytutów, o czym swego czasu pisałam, z całą pewnością nie podniosło ich rangi, prym wiodą instytuty zajmujące się „ciekawymi” sprawami jak instytuty lotnicze, kosmiczne, biotechnologiczne a taki jak mój, którego sensem było zajmowanie się sprawami przemysłu, traci racje bytu. Przemysłu krajowego bowiem już w zasadzie nie ma. Fakt, stara się utrzymać na powierzchni, biorąc się za dziedziny w jakiś sposób niszowe. Dlatego jeszcze na przykład osoba na emeryturze tak jak ja, może jeszcze pracować.
Swego czasu dla mnie kryterium była bliska odległość od miejsca pracy, miałam bowiem paskudne doświadczenia z dojeżdżaniem pekaesem, pociągiem i autobusem z miejscowości podwarszawskiej. Dobijałam dodatkowe dwie godziny podróży z pracy i do. Przychodziłam z roboty padnięta. Postanowiłam znaleźć sobie pracę, gdzie jeszcze po powrocie z pracy będę jeszcze na chodzie i będzie mi się coś chciało.

Koleżanka, przyszła korporacjuszka, wybrała firmę jeszcze 15 km w linii prostej oddaloną od naszej firmy. I tak dojeżdża spoza Warszawy a do tego będzie miała jazdę przez całe miasto, co o godzinie około 7 jest prawie nie do zrealizowania. Biorąc pod uwagę ten fakt, zbiorkom nie wchodzi w rachubę, będzie jeździła samochodem.


Mówi, że zaletą jest część pracy na zdalnym. Pewnie tak, ale pańska łaska w tej materii na pstrym koniu jeździ. Moja Młoda dostaje szału, gdy ma prowadzić szkolenie online a mała dokładnie w tym czasie ma ochotę się drzeć i wspinać się jej na plecy. Mniej problemów ma, gdy dzieci są w przedszkolu i w szkole ale czasem wracają wcześniej i nie chcą siedzieć w ichniejszej świetlicy.


Z drugiej strony, żona naszego rodzinnego japiszona, po urlopie wychowawczym, gdzie była w korporacji na stanowisku kierowniczym i w trakcie urlopu też pracowała zdalnie, teraz, gdy chciała wrócić na stanowisko na stałe, okazało się, że dostała wymówienie. Sprawa jest utrzymywana w ścisłej tajemnicy, ale wiem, że problem mają. Kobiety grubo po 40, zarówno u facetów jak i w korporacji powoli są postrzegane jako przezroczyste.


Myślę sobie, że faktycznie młodzi zostali zrobieni w bambusa. Rozbuchano ich oczekiwania konsumpcyjne, łatwą ręką rozdawano leasingi i kredyty, pompowano pensje. Jakiś czas temu ta kasa przychodziła łatwo i normą było posiadanie przez nich Volvo i oglądanie katalogów z projektantami wnętrz, którzy gotowi byli zrobić cuda w ich świeżo zakupionej willi. Aktualny kryzys i collapse pewnych systemów doprowadził do tego, że okazało się, że wielu z nich po prostu na wiele rzeczy nie stać, o ile nie posiadają realnego kapitału.


Jak obserwuję serwis LinkedIn, część moich koleżanek, które uciekły z instytutu, pracuje już w trzeciej lub czwartej firmie (po instytucie). Jedna wyjechała do Anglii, też już zmieniła pracę. Nieznane są mi ich dalsze losy, bo nie pojawiają się w firmie. Nie wiem czy żałują, czy też nie odejścia. Ale widać po ich wpisach, że są w ciągłej gotowości do zmian i szukania nowej pracy. I faktycznie, jeśli firma płaci im adekwatne składki emerytalne to niech im będzie dobrze i jak najlepiej.

Sprzęty codzienne…

Od jakiegoś czasu nie mogę wyjść z podziwu, dlaczego wszelkie urządzenia, z którymi mam do czynienia są takich shitem. Zwykle kupuję urządzenia dość przeciętnej klasy. Ale nie chińszczyznę czy AGD z Biedronki.


Na działce padła mi kilkuletnia zmywarka firmy Electrolux, w sumie razem chyba niezła firma. Po prostu unieruchamiała się, gdy tylko ją włączałam, dając komunikat i30. Po dłuższej analizie zorientowałam się, że jest to system zabezpieczający zmywarkę przed zalaniem. Jasiek przejrzał działkowy system kanalizacji, poprzepychał rury odpływowe. Dalej nic. Ponieważ trudno jest teraz znaleźć fachowca i zsynchronizować jego możliwość przyjazdu na moje rancho z moim tam pobytem, póki co zmywarka spokojnie nie działa. Ale przeglądałam na youtube filmiki od specjalistów od zmywarek i okazuje się, że taki komunikat może być emitowany, gdy na przykład spróchnieje jakaś uszczelka od lampki czy inne gówienko i kapie gdzieś woda. Niby mądre urządzenie, ale konia z rzędem temu, kto odgadnie gdzie akurat puściła jakaś uszczelka.


Mam pralkę Bosch, już którąś z kolei. To dobra w zasadzie firma i sprzęty tej firmy, które mam raczej nie zawodzą. Ale w tym sensie, że na przykład w pralce działa bęben, amortyzatory, programator, termostat czy hydrostat. Ale psuje się niewielkie urządzenie, czujnik, przy zamku pralki i jest ono nie do kupienia, każda pralka ma inny sposób zamykania. Trzeba kupić nową. Z przerażeniem obserwuję, że w mojej dotychczas działającej bez zarzutu pralce, zaczynam mieć problem z zamknięciem drzwi i zastartowaniem pralki, wygląda na to, że czujnik powoli się psuje.


W moim służbowym laptopie firmy Asus zepsuł się po 5 latach zasilacz. Nagle ujrzałam czarny ekran, na szczęście nasz zaprzyjaźniony komputerowiec załatwił mi nowy zasilacz. Ale wspomniał też, że komputer wymaga zmiany dysku i dodania pamięci, bo jest wolny, stanowczo za wolny. A wynika to z aktualizacji Windowsa, która wycina z eksploatacji starsze modele.
Wczoraj z kolei mało nie dostałam białej gorączki, gdy padła mi już druga sokowirówka firmy Philips, ładny nowoczesny design, zła jestem, że oddałam ludziom moją starą sokowirówkę Predomu, która co prawda chodziła jak traktor, ale można było zrobić sok z tony jabłek czy wora marchewek bez żadnych usterek. Naszykowałam dwa wiadra antonówek z zamiarem przepędzenia ich na sok. Jedna nie zapaliła w ogóle, druga przemieliła może z kilogram a po usunięciu odpadu po mieleniu, stanęła i już nie ruszyła.
W OLX znalazłam praktycznie nową sokowirówkę Moulinex, model nieco archaiczny ale podobno chodzi. O mało co nie kupiłam za 4 dychy starego typu.


W tym roku również wymieniłam dwie lodówki, jedną w domu, bo po rozmrożeniu wydostał się gaz i nie zadziałała już więcej. To był Whirpool, miała prawo się zestarzeć, bo eksploatowana była blisko 25 lat. Druga, działkowa, Mińsk ze stażem 50 letnim pewnie dalej by chodziła, gdyby nie fakt, że uszczelka do niej była nie do zdobycia, stara spróchniała i zaczęły ją podżerać myszy . Paradoksem jest fakt, że poprzednia właścicielka tej lodówki już nie żyje od lat a lodówka ciągle była jeszcze sprawna. Nabyłam dużego Samsunga i niewielką lodówkę firmy Kernau. Zobaczymy ile dadzą radę.


Na szczęście samochodu nie muszę wymieniać póki co, choć znacznie odbiega od tego, czym się dziś jeździ. Moja Dacia z roku 2008 ma się świetnie, przejechała 207000 km, silnik nie był nigdy remontowany, akumulator wymieniałam raz. Fakt, coś telepie się tłumik, świeci katalizator, nie jest zbyt szybka, ale bez trudu pokonuje kręte i nierzadko piaszczyste drogi na rancho, nigdy nie zepsuła mi się w drodze. Fakt, nie nadaje się na wyprawę za granicę, ale na trasie moich aktualnych przejazdów hula aż miło.
Znacznie nowsza nasza Dacia, której nadałam ksywę Kosiarka, ma turbodoładowanie, mały silnik, pojechała z nami na nasze wyprawy, ale z wjechaniem pod górę miała problemy. Kosiarka jeździ nerwowo, fakt, jest bardziej zwrotna niż moja, ale osobiście wolę mój krowiasty, ale niezawodny pojazd. Natomiast gdy słyszę reklamy elektryków, które trzeba ładować w drodze i akumulatory na nowe wymieniać w cenie prawie samochodu, flaki się przewracają. My tam Dacie lubimy, choć jest dość toporna ale chodzi i można ją póki co młotkiem naprawić, zwłaszcza starsze modele.


I jak to wszystko się ma do ekologii, gdy aktualnie produkuje się urządzenia zawodne, które pracują krótko, są nienaprawialne i trzeba gdzieś je utylizować. Owszem niektóre z nich są zgrabne, poręczne, wyglądają ładnie, ale eksploatacja jest pożal się Boże. No chyba, że prowadzi się życie japiszona, przemieszcza się z biurowca do samochodu na 9 cm obcasikach, jada na mieście, za komputer odpowiada firma, nie robi się przetworów a lodówka służy do wytwarzania od czasu do czasu kostek lodu do drinka. A ciuchy się kupuje nowe, bo i tak leżą ich hałdy na składowiskach.

Requiem dla maseczek

Kończy mi się rehabilitacja. Cały miesiąc dzień w dzień biegania zaraz po pracy do ośrodka, potem około półtora godziny różnych rzeczy, laserów, komory krio, ultradźwięków, rowerków. Pytanie czy to mi pomogło – bez odpowiedzi, ale z całą pewnością jestem zdecydowanie bardziej sprawna, poruszam się lepiej choć niestety, chodzenie po schodach jest nadal dla mnie przykre.

Do tego nadal biegam na basen. Bez basenu tydzień jest stracony.

Mimo wszystko w ostatnich czasach praca plus potem zabiegi, powrót do domu około 19, spacer ze stęsknionymi psami, kolacja z Jaśkiem- było tak jednostajne, że nawet nie miałam pary aby coś napisać. Weekendy oczywiście na działce, ostatni właściwie był praktycznie letni, lecz przez urodzaj owoców, byłam również zabiegana. Zbieranie jabłek, gruszek z 5 jak dotąd drzew (orzechy jeszcze czekają na zmiłowanie), potem przerabianie na dżemy, wieczorem kolejny puf robiony na szydełku dla Niuńków – doprawdy nie mam pojęcia, jak może wyglądać nuda.

W pracy jakby się ruszyło, ale nie do końca. Zlecenia się pojawiły, ale kudy im do tego jak to było przed laty….Dla mnie to jest w zasadzie wsio rawno, jeśli nie planuję robić więcej kariery, publikacje przestają być istotne, całą energię w pracy kieruję na zagadnienia związane z bieżącymi rejestracjami europejskimi, które, kto wie, jak to dalej będzie – okażą się do niczego nie potrzebne, jak grono nieudaczników doprowadzi do Polexitu. Sporo czasu zżerają ludziom sprawy związane z systemami jakości, to droga przez mękę, bo nie daje to pieniędzy a zabiera mnóstwo czasu. Na audytach zarabiają jakieś beznadziejne instytucje, które niczemu nie służą i raz do roku przyjeżdżają węszyć gdzie brak podpisu lub gdzie nie zgadza się jakaś nieistotna bzdura i za to biorą całkiem fajne pieniądze. Bycie auditorem jest bardzo korzystne – dyrekcja takiemu włazi w tyłek, karmi obiadkami, wozi w te i wewte, bo od tego papieru zależy czy będą niektóre zlecenia. Bo niby robi się tak samo czy w systemie czy bez, ale normalnie nie produkuje się dodatkowo całej masy zbędnych papierzysk, które i tak z  czasem idą na przemiał. Gdy ich  czas minie. Więc raczej stresy drobne, żeby nie powiedzieć, nieistotne statystycznie.

Ale i  są drobne radości, otóż ostatnio w Pfizerze wyszło na jaw, że cała retoryka, że szczepiąc się, chronimy innych, poszła się ganiać wskutek braku rzetelnych dowodów i w ogóle nie prowadzonych badań. A więc babcie i wnusie mogły się spotykać bez problemu, że jedno drugie zabije!!! Rządy wielu państw zastanawiają się na ile celowe było podejmowanie prób masowego wyszczepiania populacji i wdrażanie terroru sanitarnego z paszportami włącznie. I konkluzja, że jedynym powodem było wprowadzanie aparatu przymusu. Eksperyment udał się, ale tylko częściowo i nie wszędzie.

Teraz widać jak wielu lekarzy, orędowników takich działań straciło twarz. Ile osób cierpiało a ile cierpi nadal wskutek NOP-ów, ilu ludzi, dotąd zdrowych straciło odporność i wylazły im po szczepieniu zakrzepice i choroby serca. Ilu ludzi zmarło wskutek debilnych rozporządzeń w szpitalach, wydanych na potrzeby covida. Ilu osobom się jeszcze wloką dolegliwości zwane dla zmyłki long covid. Ile osób skasowało swoje buńczuczne posty na Twitterze, ale one i tak przetrwały bo w internecie nic nie ginie. Nadal są cytowane. Podobnie jak wypowiedzi polityków, swego czasu nawołujących do -delikatnie mówiąc – utrudniania życia niezaszczepionym.

To se ne vrati. Dostałam nie tak dawno  w IKP siódme skierowanie na szczepienie, które olałam, podobnie jak poprzednie.

Myślę, że latami skutki tego wszystkiego będą jeszcze jakiś  czas trwały. Zapewne nadejdzie czas, kiedy ludzkość zdobędzie wiedzę i na ile była to polityczno- zamordystyczna ustawka a na ile było to  faktycznie zapobieganie groźnej chorobie. I na ile, realnie ta choroba była niebezpieczna dla populacji…..Widzę zmiany w zachowaniu wielu ludzi, którym nagle grunt usunął się spod nóg, i ciekawe, zaczynają udawać, że właściwie nic się nie stało.

Wiele przeżyłam dyskusji i konfliktów na tym tle, z wieloma osobami zerwałam kontakt i wcale tego nie jest mi żal. Z niektórymi osobami, ówczesnymi agitatorami sanitarnymi, z którymi utrzymuję kontakt nadal, jest dyskusja przez zęby, skrzętnie omijając ten temat.  Nie uważam wcale, że moje musi być na wierzchu, lecz jak zawsze, trzeba włączyć rozum, gdy atakuje strumień propagandy. I zawsze tak twierdziłam, nie jest to moja myśl, ale Marka Twaina (ale się z nią zgadzam) – „Łatwiej jest oszukać ludzi, niż przekonać ich, że zostali oszukani”.

Efekt tego jest  teraz taki, że wielu lekarzy, dotychczasowych funkcjonariuszy NFZ zaczęło okazywać ludzką twarz. Raczej nie namawia się już do noszenia maseczek, jak ktoś je nosi, ok, ale jak nie chce to jego sprawa. W aptekach pomimo wywieszek, teraz rzadko kto je nosi. Gdzieniegdzie wiszą jeszcze nawoływania do dezynfekcji, nawet w mojej firmie w korytarzu….To umiera, choć rzesza wyznawców teorii o ochronie innych przed wirusami za pomocą maseczki nadal istnieje. Widzę  to wyraźnie w tej przychodni rehabilitacyjnej, do której chodzę. Nadal te dziwaczne przepisy obowiązują. Szkoda mi młodziutkich fizjoterapeutów, że każą im maseczki nosić non stop a oni są aktywni fizycznie i mają utrudnione, Bóg wie czemu oddychanie. Recepcjonistki nie noszą maseczek w ogóle albo zakładają je tylko jak wychodzą poza recepcję. Obok kompleksu rehabilitacyjnego znajduje się cały kompleks sportowy – siłownie, są bieżnie, sale gimnastyczne w których też ćwiczą ludzie i nikt tam, ale dosłownie nikt maseczek nie nosi. Bo i po co? Pensjonariusze rehabilitacyjni w kaczych dziobach wyglądają przy tym jak smętne trędowate pierdoły. W przeciwieństwie do całej reszty, którą stanowią pracownice kawiarni, instruktorzy czy szatniarki współistniejącego klubu fitness. Ale na korzyść maseczek mogę dodać jedno, że sprawdzają się w kriokomorze i zimne powietrze ze 125 stopni Celsjusza nie wali z taką ostrością w drogi oddechowe.

Grubas niebinarny

Właściwie to raczej z przyzwyczajenia i tradycji uprawiam blogowanie. Tak się składa, że mam obecnie czas zajęty po pracy rehabilitacjami, wracam wieczorem, żebym nie wiem jak się sprężała to najwcześniej o 18 kończę. A wszystko to robię, aby poprawić kondycję, którą zaniedbałam latami. Na pisanie czasu brak a na uładzanie, aby się to podobało – no chances….

Kriokomora mi się podoba, wciągnęłam się. Na początku było ciężko, ale trzeba opracować technikę oddychania aby wyrobić w minus 120 stopni Celsjusza. Daję radę i utwierdzam się, że pewnie i morsować dałabym radę, gdyby nie fakt, że nie znoszę zimnej wody. Czy lepiej się czuję? Chyba tak. Jakoś mam więcej pary do ruszania się, choć wracam jednak zmęczona. W sumie razem to te zabiegi a jest ich oprócz komory 4 – trochę wyczerpują. Schudły mi trochę nogi, więc coraz śmielej zakładam legginsy, które o ile nie opinają za bardzo, są znakomitym wymysłem. Ale trzeba niestety, gdy ciała jest nadmiar, nosić równolegle długą koszulę, nie pokazując tyłka i na tyle szeroką aby zasłonić nadmiary z przodu. Ogólnie prosta koncepcja, nie szokuje i nie obrzydza. Jak ma się rozmiar plus, trzeba doprawdy pracować nad tym, aby nie wyglądać jak kaszalot.

Tusza, moja przypadłość szczególnie mnie nurtuje gdy uświadamiam sobie, że za chwile coś może dopaść, serce, wątroba czy nie daj boże jakiś nowotwór, próbuje coś z tym zrobić. Przejąć kontrolę.. Bo duże wcale nie jest piękne. Nie pozbędzie się tego w kilka dni, godzin a czasem i lat.

Powiem szczerze, współczesne wygodne życie powoduje, że człowiek z coraz mniejszą skutecznością walczy z wirusami, przeziębieniem oraz poważniejszymi dolegliwościami. Dobre żarcie powoduje, że tyje.

Wyleczony przeze mnie covid, którego miałam ponad rok temu, uświadomił mi, że człowiek wyłącznie sam jest odpowiedzialny za swoje zdrowie i decyzje jego dotyczące, w tym branie specyfików. Lekarz niekoniecznie pomoże, bo może być urzędnikiem medycznym i funkcjonariuszem NFZ przepisującym piguły, za działanie których nie ponosi odpowiedzialności, ale dzięki którym żyje i to nieźle.  Niestety takich jest coraz więcej, leczących procedurami. Ludzie, którzy odpowiedzialność za własne zdrowie zrzucają na lekarzy, popełniają błąd. W czasach covida wielu straciło przez to życie.

Do rehabilitacji zmusił mnie stan moich stawów kolanowych. Obecnie po blisko roku od diagnozy ( dokładnie w październiku 2021, przed covidem), gdy ledwo łaziłam i na spacery z psami i czasem musiałam użyć laski czy kijów, spokojnie poruszam się bez. Nie wiem, czy zwyrodnienia się zmniejszyły, ale jest lepiej. Bez wspomagania farmakologicznego, forflexów czy innych rzeczy opartych na siarczanie chondroidyny czy kwasie hialuronowym, który według szarlatanów i naganiaczy farmaceutycznych, czyni cuda.

Zdając sobie sprawę, że medycyna farmakologiczna mnie zasadniczo nie uleczy, zwróciłam się do fizjoterapeutów. Znalazłam ortopedów,  którzy skierowali mnie na badania i wysłali na rehabilitację. Jeśli będzie pani ćwiczyła, chodziła na basen, ruszała się, będzie lepiej. Nie ma potrzeby myśleć o operacji – takie rady do mnie przemawiały. Więc ćwiczę, chadzam, bywam.

Od lipca nie wzięłam ani jednego Ketonalu, Voltarenu i nie stosowałam żadnej maści. I wcale zasadniczo nie schudłam. Moi ortopedzi zwykle kiwali głową nad moją tuszą, ale zdawali sobie sprawę, że tego nie da się od tak załatwić. Tylko ruch, rehabilitacja, ale nie sport wyczynowy.

Ostatnio oglądałam przez moment pokazy modowe tak zwanych ciałopozytywnych zwanych niepoprawnie grubasami oraz tak zwanych niebinarnych. Puścili to w TVN w sobotę rano, gdy sobie powolutku zbierałam się do prac polowych. Przyznam, że to widowisko było ze wszech miar żenujące i bez jakiegokolwiek smaku. Jako osoba ze wszech miar mało tolerancyjna uważam, że nie każdy może robić wszystko i nie do wszystkiego się nadaje. Niestety zachwyty nad Dominiką Gwit są przesadzone, jako gruba baba nie jest atrakcyjna, choć jako aktorka sympatyczna. Wydała majątek na odchudzanie, ale efekt jojo swoje zrobił. Mówię to jako gruba baba, żadna tam puszysta czy właśnie ciałopozytywna. Jeśli taka babka znajduje sobie partnera lub męża ( w końcu jako gruba baba mam drugiego małżonka, Dominika też ma męża), to z całą pewnością nie dlatego, że facet nie widzi tuszy, ale zwyczajnie ją akceptuje. Nie jest zapewne zachwycony, ale widocznie działają jakieś ukryte mechanizmy, które problem tuszy marginalizują.

Ciągle, co prawda mam nadzieję, że coś zrzucę, ale raczej myślę o tym ze względów zdrowotnych, bo mojemu mężowi na starość rośnie brzuch. Natomiast jestem bardzo za tym aby w sklepach było coś więcej niż rozmiary XS, w przyjemnych kolorach, bo nie tylko stare baby są grube. Coraz więcej młodych dziewczyn niestety ma sylwetkę daleką od ideału.

Druga część pokazu mody odnosiła się do osób niebinarnych. Mówiąc trywialnie, wszelkie przypadki „niebinarności”, jakie znam, odnoszą się do osób nieakceptowanych, niekochanych, z rozbitych rodzin, bez wsparcia i są chęcią zwrócenia na siebie uwagi. Często rodzice takich młodych ludzi najgłośniej krzyczą o upadku psychiatrii dziecięcej, nie biorąc pod uwagę, że gdyby może powściągneli swój egoizm i poświęcili więcej czasu i zainteresowania swoim dzieciom, w tym w zakresie edukacji seksualnej, zrobiliby lepiej nie jeden psychiatra.

Niebinarność jest modą na dzisiejsze czasy. Czym innym jest zdecydowany transseksualizm a bliżej nieokreślona niebinarność. Moda dla „niebinarnych” jest równie paskudna jak dla „ciałopozytywnych” . Ta na wybiegach.

Niejaki Curtis Cassel „wstrząsa binarnymi stereotypami w świecie mody ślubnej”, marka Queera Wang to niestandardowe projekty dopasowane do ciała, a nie płci.

Queerawang, projektant mody wymyślił otóż taką kreację dla faceta. Strój dla tej babki jest ok, ale czy może podobać się poniższy strój dla faceta?

Sprawy włoskie i nie tylko…

Wygrana skrajnej prawicy we Włoszech zapewne niektórym da do myślenia. Zwłaszcza entuzjastom poglądów obowiązujących w Unii. Przynajmniej oficjalnych.

Dla mnie ta wygrana była pewnym zaskoczeniem, choć nie do końca. To znak czasów i zmian, które musiały zajść.

Rozmawiałam dziś  z Młodą, żoną Włocha w końcu. Mają mieszane uczucia, bo z jednej strony doszła do władzy osoba stosunkowo młoda, choć o zdecydowanych poglądach prawicowych. Z drugiej strony powrócił stary jak  Breżniew, Berlusconi, który niczym nabotoksowana mumia dalej będzie we władzach. A nie powinien wg Młodej. W ogóle powinien być świat tak urządzony, że jest wiek graniczny do rządzenia. I do czegokolwiek. I tylko młodość  powinna decydować. I tak jak u nas – ktoś musiał na tego Berlusconiego głosować.

Zarzuciłam jej, że czy wobec tego problemy ludzi starszych, mają być pomijane, bo tylko problemy młodych się liczą i rząd ma być też młody?. W końcu w latach 90 awansowało tak dużo małolatów, z zerowym stażem i doświadczeniem, i wiadomo jak to się skończyło. Teraz też takie rzeczy mają miejsce a efekty tego ich „rządzenia” widać, słychać i czuć. Młody, piękny i fit – fajne hasło, ale starzy co żyją, też powinni mieć coś do powiedzenia w normalnie funkcjonującym społeczeństwie.

Powiedziałam jej, co ją oburzyło, że Włosi to chyba mieli zwyczajnie dość. Dość emigrantów, którzy w pierwszej kolejności lądują u nich. Dość rodzica numer 1 i rodzica numer 2. Pewnie i dość sanitaryzmu, czego jednak nie jestem do końca pewna, bo, fakt, wiele osób nadal wierzy w tajemniczego wirusa o potężnej sile rażenia i śmiertelności na poziomie grypy. Ponadto coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę, że eurokołochoz to nie jest formacja, która wszystkim może odpowiadać. I nie każdy jest na tyle naiwny aby wierzyć w sprzedawane bajeczki jak przyrost emigrantów zwiększa potencjał gospodarczy. LGBT i aborcje czkawką odbijają się już chyba wszędzie jako tematy zastępcze.

Zostałam wyzwana od narodowców, choć z Bąkiewiczem mi raczej nie po drodze.

Myślę, że wiele osób z współczesnej emigracji, mieszkających na Zachodzie, przyjęło pewne wartości, które nie mają się nijak do tego, co się dzieje naprawdę w skomplikowanej strukturze przemian świata. Skostniała i niewydajna Europa, rozleniwiona z dobrobytu Ameryka versus rosnąca rola państw afrykańskich, tygrysy Wschodu ze swoimi problemami i całkiem innymi zasadami czy też  państwa islamskie ze swoimi prawami – wszystko to prowadzi do coraz większych rozbieżności w pojmowaniu dobrobytu. No i rozziew między poziomami życia i dochodów w różnych częściach świata u coraz bardziej poinformowanych bo internet jest wszędzie, nawet dla mieszkańców państw dotąd ubogich.

Moja Młoda wręcz nie chce uwierzyć, ze na przykład ten cały cyrk z relokacją ludzi z Ukrainy do Polski jest potężnym obciążeniem ekonomii naszego kraju. Gada coś o moralnym obowiązku ochrony ludzi przed wojną. I nie dostrzega, że bogate państwa Zachodu wprowadzają limity albo wręcz nie przyjmują ludzi z Ukrainy, bo nie chcą ładować w socjal więcej niż trzeba kosztem swoich obywateli. No i restrykcje wobec Putina stosują z ostrożnością. A Polska, w której żyją tysiące osób, zwłaszcza po zadupiaszczych wsiach, naprawdę biednych ,bezrobotnych i  w tym roku niedogrzanych, ma zapewniać jakieś cieplarniane warunki przybyszom.

Nie jestem nacjonalistką, nie obciążam współczesnych ludzi za grzechy ich przodków. Spontaniczna akcja pomocy Ukraińcom przez ludzi wielkiego serca okazała się w wielu wypadkach niewypałem, ilość wolontariuszy znacznie zmalała, o wielu sprawach dotyczących wojny, na której wielu robi kokosowe interesy, jest cicho i się nie mówi.

Ja jednak sobie myślę, że Polacy są ludźmi, którzy dadzą sobie radę w każdych warunkach, niezależnie od rządu i jego absurdalnych posunięć. Nawet kryzys paliwowy nie załamie dzielnego ducha narodu, który po prostu będzie palił czymkolwiek, aby nie zdechnąć z zimna. Jak kiedyś. Cofamy się. Bo jakie będzie miał inne wyjście?

Tak sobie myślę, że istnieje rzeczywistość wykreowana i rzeczywistość rzeczywista. Są rzeczy istotne na co dzień i ideologia, która jest sączona. Czyli pranie mózgów. Jeśli człowiek w swoim działaniu, postępuje racjonalnie czyli kieruje się własnym rozumem, bez słuchania tub propagandowych z różnych mediów, z sieci też, nie zwariuje. Jeśli odda się jakiejś ideologii, zaczyna błądzić się, frustrować, konfliktować się z innymi i popadać w paranoje. Bo czasem rzeczywistość rządzi się swoimi prawami.

A więc tak, jeśli nie będzie węgla, dla wielu osób temat ekologii pójdzie …no gdzie (?) i racjonalnym zachowaniem będzie, jak to się mówi, palenie opon czy mebli aby nie przemarznąć. Może przesadzam, ale jakim cudem 65-70 latkowie mają polować na tani węgiel przynajmniej w necie? A z czego mają płacić za gaz? Niestety koszty uprawiania polityki są znaczne i rządzący będą musieli wziąć taką sytuację na klatę.

Ale działa to też i w drugą stronę.

Na co dzień równie rzadko się widuje , przynajmniej ja, Ukraińców i nie w takich sytuacjach, aby mi to przeszkadzało. Fakt, gdzieniegdzie słychać o jakichś burdach, ale ja widuję ich w sklepach, w kauflandzie sprzedają własnej roboty pierogi a i Ukrainka mnie strzyże co jakiś czas.

Uwzględniając ich ilość, w perspektywie czasu to zjawisko ma efekty szkodliwe w skali państwa, ale  w skali mikro, dla niektórych jest to szansa na lepsze życie, czego nie należy im żałować, bo i Polacy emigrowali swego czasu i też dostawali zasiłki. Plusem -przynajmniej dla mnie jest fakt, że żyją bez szczepionki na Covida  (i niestety bez innych też, co dobre nie jest) a nie padają jak muchy, wręcz przeciwnie i nawet niebotyczne wysiłki agitacyjne ludzi typu Agnieszka Szuster-Ciesielska , nie na wiele się przydają.

Można pomstować na NFZ, co ja też czasem  robię, ale prawdę mówiąc w skali mikro zawsze dostaję receptę bez kolejki przez telefon, jak również po roku czekania doczekałam się na darmową rehabilitację i bardzo wypasioną ( 4 tygodnie! ), której nie oferują prywatne przychodnie.

Nasze zaprzyjaźnione pary gejowskie w tym kraju tak niewdzięcznym, mają się świetnie, każda z nich ma własne mieszkanie, w nim kota i robią całkiem dobre biznesy i doktoraty. Nie słyszałam aby ktoś się nad nimi znęcał i aby chcieli mieć dzieci i je deprawować.

Nie ma też obowiązku słuchać gadania Jędraszewskiego i chodzenia na msze. Nikt za to nie ściga, ale jak ktoś to wybrał, niech nie pyszczy. A że rząd im robi dobrze? Chyba nie do końca, bo liczba wyznawców wyraźnie spada i kościół, aby ich odzyskać, a co za tym idzie, gdy spadną dotacje – a spadną na pewno -będzie musiał się zreformować bo tak w nieskończoność nie da rady tak ciągnąć.

Kiedyś Stefan Kisielewski mówił o czarnej dupie i urządzaniu się w niej. Cóż, takie czasy, tak bywa. Ale sprzeciw narasta. I państwa europejskie zaczynają mieć dość powszechnie obowiązującej ideologii.

 Moja Młoda jest uwikłana w poglądy jedynie słuszne, z czym powoli zaczyna się walczyć nawet w Europie a na pewno w mniej zamożnej jej części. A Włochy ponoć należą do największych dłużników. Owszem popierajmy emigrantów, ale własne  dzieci jednak należy zapisać tam, gdzie ich nie ma i ich potomstwa czyli do szkół tzw. dobrych. Fajnie, że remonty robi Syryjczyk czy Rumun, ale kraj nie ma pieniędzy i miejsca na wybudowanie dla nich lokali socjalnych więc się gniotą w stadzie w jakichś barakach, ich sprawa.

Obserwuje z zaciekawieniem jak bardzo próbuje się nasz naród zastraszyć. Czymkolwiek, od prognozy pogody zaczynając. Jako pokolenie żyjące w niedostatku i w czasach stanu wojennego, naprawdę nie istnieje w wielu z moich rówieśników pojęcie takiego uogólnionego strachu. No i ten powszechny strach przed chorobą, jakąkolwiek. Według mediów człowiek powinien się tylko na okrągło badać i diagnozować oraz szczepić. Ja tak myślę, że na tym bogatszym zachodzie, ludzie mają znacznie więcej do stracenia , więc strach może zapanować nad nimi. I łapią się na jakieś przedziwne ideologie ekologiczne, obietnice dobrego i zdrowego życia pod warunkiem, że….

Może tym należy tłumaczyć, że wajcha przewala się teraz w drugą stronę i szuka się innych wartości? Ale czy słusznych, czas pokaże.

Zimno i co dalej?

Choć parę słów skrobnę, bo zajęta jestem. Piszę biograficzną notkę na temat rodziny Jaśka, mam trochę roboty w firmie i psa po chorobie. Ale na szczęście suka ozdrowiała i ma apetyt i zajada się teraz  jak najęta. Regeneruje się. Okazuje się, że operacja pomogła, dodatkowo jad tarantuli, który jak się okazało, zaaplikowali weci – okazał się strzałem w dziesiątkę. Suka ma dobry wynik histopatologii. I najważniejsze, że znów jest wesoła i radosna.

Nadchodzi nieubłaganie coś normalnego jak co roku czyli jesień. W tym roku jest pretekstem, do straszenia, że powymarzamy. Aktualnie mówi się też o zamykaniu basenów, efektem jest, że gdy wczoraj byłam na tradycyjnym aqua aerobiku, na całym basenie byłyśmy tylko my, zdeterminowane baby, które chcą się choć lekko usprawnić. Inne tory były puste. Zwykle nie dało się pływać, tylu było chętnych. Tak to działa, ludzie dostali paniki, że woda będzie zimna. A była cieplejsza niż zwykle.

Nie wiem na ile będzie chłodniej w tym roku, martwiące jest to, że ceny energii położą wiele małych firm. Bo nie sposób podnosić cen nieustannie i za wszystko, aby sprostać wydatkom i płacić świadczenia. Oddałam samochód do przeglądu i ciekawa jestem ile za to zapłacę. Ale koszty energii mechanik musi uwzględnić w swoich kosztach działalności rachunek za prąd.

Natomiast wydaje mi się mało prawdopodobne wymarzanie populacji. Naprawdę w latach 60, 70 i 80 ludzie dawali sobie jakoś radę spokojnie ze wszystkim i nie słyszałam, aby ktoś, oprócz pijaka na mrozie zamarzł. Chyba, że na własne życzenie siedział na działce w domku letnim, bo zawsze nawoływano aby przenosić się na czas zimna do przytulisk i miejsca czekały. Fakt, nie było jakichś eko- ideologii, paliło się starymi kaloszami i czymkolwiek innym co dawał się spalić. Pamiętam, że węgiel się oszczędzało zawsze. Czy ludzie truli się – pewnie i częściowo tak. Ale czy ktoś tak naprawdę liczy się skażenie powietrza wskutek emisji ścieranych hamulcowych klocków azbestowych w hamujących samochodach i podaje jakieś dane?

Oczywiście lepiej teraz namawiać na zakup kotłów Vallianta i mówić o czystym środowisku ale czy alternatywą mają być wymarzający staruszkowie na wsiach, bo nie będzie ich stać na opał? Chrust nie rozwiąże problemu. Ludzie będą mieli ekologię gdzieś, kiedy przyjdzie czas, gdy decydującym będzie być albo nie być. Skończą się meble na śmietnikach, bo zostaną porąbane i do pieca. Z formaldehydem.

Jeśli system chce ludzi z powrotem zepchnąć na poziom jaskini, będzie musiał się liczyć z oporem społecznym. Bo paliwo jest, kwestia ceny i dystrybucji.

Równie normalne są w tym czasie przeziębienia, bo zawsze gdy się ochładza, dzieci łapią infekcje a dorośli kichają. Ciekawe jaką pieczeń chcą w tym roku upiec beneficjenci WHO i Pfizera? Będzie trudniej zamknąć ludzi w domach, bo sprzeciw jest wielki, coraz mniej jest chętnych na testowanie. Jak już się testują, siedzą cicho. Sporo ludzi odmawia szczepień, nawet jak wcześniej je zaliczyli. Nie da się podtrzymać narracji strachu. Ciekawe, czy część lekarzy w NFZ okaże się znów funkcjonariuszami, czy będą starali się leczyć chorych? Czy też ludzie będą unikać wizyty w rejonowych przychodniach? No i jak będzie z Ukraińcami? Te pytania sobie stawiają przed nowym sezonem co poniektórzy, w tym ja też. Co prawda na szczęście ja mam alternatywę – normalną przychodnię z pakietem, bez obsesji. Ale co mają ludzie robić, gdy nie mają takiego wyboru?

W każdym razie my mieliśmy na podwórku stosik drewna na zapas, jakby zabrakło opału totalnie. Zauważyliśmy, że powoli zaczął się kurczyć i znikać . Do tej pory nie wiemy komu przyszło do głowy okradać nas z sosnowych kawałków, drewno bardzo marne jako opał, my mamy dla niego inne zastosowanie. Dojrzałam do obstawienia domu kamerkami. Nikomu nie można ufać, daleka jestem do rzucania podejrzeń, jakkolwiek mam swoje typy, ale warto byłoby to udowodnić, zanim rzuci się potwarz. Ludzie zaczną wkrótce kraść. Tego się boję.

Na razie, będąc na daczy, napaliłam pierwszy raz w kominku. Chłodne wieczory spowodowały, że w chałupie panował taki nieprzyjemny ziąb. Ale pół godziny później rozeszło się ciepełko. Chałupa malutka. A co zrobią ludzie mieszkający w wielkich domach z salonami po 50 mkw?

Na koniec o rodzinie królewskiej, śmierć monarchini brytyjskiej, choć nieunikniona, była i tak dla wszystkich zaskoczeniem. Królowa była czymś tak absolutnie trwałym, ze niby oczywiste było, że będzie zawsze. Rozbawia mnie fakt dogłębnego analizowania życia rodziny królewskiej i ich  decyzji, wyborów przez wszelkiej maści kuchty mentalne na łamach portali społecznościowych czy w mediach i prasie. Fakt niechęci do żony Karola, Camili lub rozkminianie relacji między jej wnukami czy lubią się czy nie, na pewno jest świetną pożywką dla brukowców.

A ja tam lubię Camilę. Dopięła swego. Diana była młoda, ładna i bez sensu dla faceta, który de facto był związany z inną. Nie podziwiam facetów, którzy dają się swatać z młódkami i nie protestują a i często sami do tego miodu lecą. To był błąd królowej, złamała życie syna, który jako praktycznie staruch doczekał się tronu. Niewiele z tego będzie miał radości, na szczęście ma przy sobie oddaną mu żonę, czego ludzie nie chcą docenić…

I przyznam, że osobiście nie znam tak naprawdę idealnego układu w takiej konfiguracji – a mam trochę przykładów we własnym otoczeniu-  że jest duża różnica wieku i to jest dobre. Może to dobrze funkcjonować, gdy facet spełnia rolę ojca. W przeciwnym wypadku czekają go rogi albo leniwa i roszczeniowa baba w domu.

Chyba, że jest się Elżbietą Penderecką lub żoną Rubika…..