Mania zbierania

Jak zwykle, dzieje się. W niedzielę w Zegarmistrzowskiej co zresztą widać na zdjęciach, odbywała się licytacja na rzecz WOŚP. Chłopaki, w tym mój mąż, napracowali się ogromnie, ale efekty licytacji przerosły ich oczekiwania i do puszki zebrano ponad 11 tysięcy złotych. Nawet jeśli osobiście nie uważam, że teraz to najważniejsze mieć na zakup sprzętu ( bo na to pieniądze akurat  teraz łatwiej jest wyasygnować) jakikolwiek dobry fundraising, prowadzony z głową ma sens. Oprócz datku do puszki wylicytowałam ogromną przypominającą karalucha muchę z gipsu, zegarków i obrazów mam nadmiar a mucha okazała się zabawna. Można było  też wylicytować też ciuszki Luni Bonder, znanej sadybiańskiej projektantki Elżbiety Bonder (  Lunia to z radia wywiad), która jest prywatnie uroczą osobą, szkoda tylko, że sweterek i sukienka do licytacji były dla mnie za małe. Ale to nic, stylistka obiecała, że dla mnie specjalnie uszyje rozmiar większy. Sama nie należy do anorektyczek, ubrana była w stylu jaki ostatnio lubię a więc legginsy i obszerna góra, kryjąca obfitości więc ten styl jakby dla mnie jest….. Myślę, że się pewnego dnia szarpnę na jej kreację….i to specjalnie uszytą na mój dość obszerny rozmiar….

Oczywiście za Owsiakiem idzie wielka polityka, wielki podział narodu, które wygenerowała nasza opcja rządząca i kler, ja należę jednak do tej jego części, która wpłaca i popiera, choć nie do końca lubię hałaśliwość Orkiestry i samego Owsiaka. I popieram, nawet jeśli cel nie do końca jest aż tak priorytetowy, bo potrzeby służby zdrowia są aktualnie związane raczej w dostatecznej ilości personelu do obsługi sprzętu, który często stoi w szpitalach….ale hasło „dla dzieci” zawsze otwiera kieszenie. Zbiórki „dla seniorów” raczej wypalają słabo bo w tym roku na staruszków już zbiórki nie ma w Orkiestrze.

Owsiak jest z całą pewnością pionierem fundraisingu w Polsce. Niektórzy nie mogą przeboleć, że zbieranie daje również korzyści zbierającemu. Jak zbiórka duża to i dochody jego są rzecz jasna większe. Ważne, że on rozlicza się z US i tak naprawdę nikt nie może mu podskoczyć bo to wszystko legalne.

Zbieranie pieniędzy na pomoc zwierzętom też ma się dobrze, choć oczywiście są to znacznie mniejsze kwoty.

Dość prężna w fundraisingu jest moja znajoma z Fundacji Tymmczasy, pani Monika Żewłakow, spiritus movens tego całego przedsięwzięcia. Oczywiście żaden cel zbiórki  na opiekę nad zwierzętami nigdy nie przebije celu związanego z dziećmi, ale zwierzaki też potrzebują pieniędzy, zwłaszcza, że ich los jest u nas marny… oprócz zbiórek Tymmczasy zorganizowały teraz akcję oddawania niepotrzebnych ciuchów, za każde 10 kg oddanych ciuchów wpływa dyszka na wybrany cel. Fundacja w różny sposób pomaga – organizuje domy tymczasowe, karmę, organizuje sieć pomocy, bierze udział w różnych imprezach…ogólnie wydaje się, że robi to w sposób bardzo dynamiczny i otwarty. A potrzeby są różnorodne. ( zbiórka na kotki ).

Natomiast w ramach mody na zbieranie niestety mnoży się ilość nadużyć i przekrętów. Zbieranie pieniędzy na sławne stuknięte Seicento jest niechlubnym tego przykładem. Coraz bardziej irytuje mnie też zbieranie gigantycznych sum pieniędzy na jakieś wydumane, niesprawdzone technologie lecznicze ostatniej szansy lub dające złudne nadzieje zabiegi.

Jak to możliwe, że lekarze oczekują milionowych honorariów za przeprowadzenie jednej operacji? Zrozpaczeni ludzie, szukający nadziei zbierają na amerykańskie czy niemieckie prywatne kliniki. Ostatnio wiele kontrowersji wzbudziła zbiórka astronomicznej kwoty 9 mln na operację w Stanach dziecka u którego wykryto SMA. Od lat – a właściwie odkąd mój ojciec miał niewydolność oddechową, czytuję blog Preclowa strona ( najpierw na bloxie a teraz wordpressie), prowadzony przez osobę wybitnie kompetentną, matkę dziecka z SMA, które szczęśliwie dożyło  14 lat, dzięki opiece i wielu staraniom ze strony rodziny oraz przedsiębiorczości matki tego chłopca. Otóż wypowiada się ona, że rzeczony zabieg w USA nie tylko że nie likwiduje choroby, teoretycznie może hamować jej skutki, metoda jest jeszcze niezarejestrowana ale też i jest już w Polsce terapia refundowana, zatrzymująca postęp tej choroby. W tym terapia ta zadziałała w przypadku jej syna. Aktualnie każde zdiagnozowane na SMA dziecko jest tej terapii poddawane. Oczywiście skutki bywają różne ale to taka choroba, nieprzewidywalna. Ale każdy zbierać może….choć cudów nie ma. Wymuszanie takich pieniędzy za pionierskie zabiegi medyczne o nieznanej skuteczności  i naciąganie zrozpaczonej rodziny nie jest moralne ale czy to tu o moralność chodzi?

Jeśli zbieranie pieniędzy będzie szło w tym kierunku to w końcu chętnych do pomagania niewątpliwie zabraknie…oczywiście nikt nikogo nie zmusi do pomocy, jak też i nikt nikomu nie może tego zabronić, taka jest argumentacja zbierających.

Istnieje wiele potrzeb, które można zaspokoić znacznie skromniejszymi środkami. A być może wystarczyłoby niewielkie wsparcie finansowe  lub dobra wola odpowiednich instytucji?

Obserwuję od jakiegoś czasu na fejsie zbiórkę na ogródek ROD dla 49 letniego człowieka z zespołem Downa. (https://pomagam.pl/marzenierafala?utm_medium=news&utm_source=email).

Od wielu miesięcy zbiórka posuwa się minimalnie, praktycznie wcale. Nic dziwnego, nie jest spektakularna. Do zebrania jest 25 000 zł. Ale zastanawiam się,  czy zarząd tych ogródków działkowych nie mógłby znaleźć jakiegoś innego, tańszego rozwiązania, aby ten nieszczęśliwy chory człowiek, który lubi grzebać w ziemi, nie musiałby zbierać takiej kwoty aby posadzić kwiatki o czym marzy? Czy na pewno na terenie tego ROD nie ma skrawka nieużytkowanej ziemi, aby móc przekazać ją do dyspozycji temu człowiekowi i jego opiekunowi czy matce? W końcu ziemie na terenie ogródków ROD nie są własnością i z całą pewnością na terenie tych ogródków jest jakaś zapuszczona działka, której nikt nie obrabia bo nie ma już siły albo umarł?

I czy niedługo powszechne zbieractwo na wszelkie możliwe sytuacje nie stanie się normą aby cokolwiek rozwiązać?

Sw Tomasz- na wszystko:)

Chwila przerwy, mam dość ostry start z początkiem stycznia. Jest co nieco roboty, nie jestem do końca zależna od chwilowego porządkowania spraw, mam własny cykl roboty, który wymaga wysłania pewnej ważnej dokumentacji do końca stycznia. W Instytucie szykują się do wizytacji ze strony naszej „czapy”. Może i to faktycznie w jakiś sposób przesądzi to o losie naszej firmy, jak twierdzą niektórzy, ale nie sądzę aby tak było. Nawet takie atrapy pseudonaukowe są potrzebne. Od lat są i tak niezgodne z zasadami „niewidzialnej ręki rynku” zgodnie z którą powinny albo ulec anihilacji albo też całkowicie się zmienić.

Najważniejsze aby nie dać się przekonaniu o wyjątkowej konieczności istnienia takiego tworu, jest on w skali świata nie aż taki istotny. I gdy wywalą na zbitą twarz, przyjąć to z godnością i poszukać innej formuły na życie…

To tak tytułem wstępu. Ostatnio moje myśli zajmuje działalność moich Młodych, którzy się zamierzają wkrótce przeprowadzić do Holandii. Jest Niuniek, który na szczęście zna holenderski, więc w nowym przedszkolu się zaadaptuje, co do tego nie mam wątpliwości. Obok tego kruszynka przy cycu. Więc całkowita przeprowadzka powinna jawić się dla mnie koszmarem a przynajmniej dużym utrudnieniem ale skoro oni sobie z tego nic nie robią to ja tym bardziej nie dręczę się tym. Ale zaskakują mnie ciągłe pytania koleżanek ,rodziny i znajomych pod tytułem: kiedy jedziesz obejrzeć małą, jak sobie poradzą z przeprowadzką. I je z kolei zaskakuje moja odpowiedź, że pojadę jak oni mnie zaproszą. Bo one nic innego by nie robiły tylko się dręczyły – a czy dadzą sobie radę z tym wszystkim? Jedna z moich lepszych koleżanek mało nie wpadła w depresję, gdy jej córka zafundowała sobie drugiego psa.

Wiele myślałam o tym, że te problemy, które my jako młodzi ludzie mieliśmy, są całkowicie nierozpoznawalne dla młodego pokolenia i vice versa. Odnoszę wrażenie, że gdy zaczynam się interesować młodymi co i jak zamierzają zrobić, po drugiej stronie Whatsuppa pojawia się irytacja. Dzieje się to od pewnego czasu, więc moją aktywność towarzyską z Młodymi znacznie ograniczyłam i nie pytam się w zasadzie o nic, poza pryncypiami, jak dzieci się czują, czy się oni wraz z nimi wysypiają. Pomijam temat jak zamierzają się przeprowadzać, jak dadzą sobie radę finansowo, czy potrzebna im jakaś pomoc. Bo wiem, że usłyszę, że wszystko ok. Więc przechodzę do konkluzji, że ludzie po 30 i przed 40 są samodzielni, wiedzą co robię, działają zgodnie z planami i swoimi pomysłami. A przykre dla mnie, że czasem mają podejście do mnie jak do baby z głuchej prowincji, która się na niczym nie zna.

Sytuacja mnie i teściowej włoskiej jest zgoła inna. Ona została sama po śmierci męża a i ostatnio matki. Jest na pełnej emeryturze. Ale i tak odnoszę wrażenie, że nie wyobraża sobie aby na przykład miała z nimi mieszkać. Pomaga im, ale nie zabiera głosu w ich sprawach. Znalazła sobie pracę u siebie, we Włoszech, dorywczo. Kocha wnuki i chce z nimi często być, więc wpada częściej niż ja, abstrahując od wysokości świadczeń jakie pobiera….. Ale nie jest dyrygentem w tej orkiestrze….

U nas pokutuje takie podejście, że polska babcia w takiej sytuacji musi pedałować jak najszybciej do dzieci, pomagać, prać i sprzątać. Jeżeli tego nie robi, to znaczy, że nie kocha  dostatecznie swoich wnuków. Czyli powinnam tam pojechać na kilka miesięcy. Wiele babci tak robi.

Pomoc polskich babci jest atawizmem tego ustroju w którym młodzi nie mieli mieszkań, żyło się na kupie, mało było pieniędzy a po pieluchy stało się w kolejkach i prało je na okrągło. Nawet znałam taką babcię, która cerowała rajstopy córki, choć w UK dawno nikt tego nie robił. Tymczasem Młodych zwyczajnie stać na to, aby wynająć dom, przeprowadzić się do niego, nawet do innego kraju. w razie czego wynająć nianię a na końcu posłać dziecko jak najszybciej do żłobka.

Mimo wszystko też jestem częściowo zwolennikiem takiego polskiego myślenia. Bo wkurzam się, że Młoda nadaje córce dziwaczne imię, chce iść zaraz do pracy i oddać kilkumiesięczne dziecko do żłobka i wiem, że jak tylko przyjedzie, wystartuje natychmiast z szukaniem pracy, bo nie będzie siedziała w domu.

Bo jadą od razu wszyscy razem, zamiast wysłać tatusia, aby, jak zorganizuje mieszkanie, ściągnął resztę towarzystwa. A ja uważam, że należy zoptymalizować przeprowadzkę a nie robić wszystkiego na wariata.

Bo nie kupili kołyski i po raz drugi uczą od maleńkiego spania swojego drugiego dziecka w swoim łóżeczku, testując jak długo będzie się darło po położeniu….Pierwsze do tej pory miewa kłopoty z zaśnięciem….

Dlatego też staram się ograniczyć moje dobre rady, uznając, że oni mają swój pogląd, żyją w takich a nie innych warunkach i bólem dla nich jest za duża ilość zwierząt hodowlanych na świecie bo emitują CO2 i będą tylko używali produktów Bio, co oczywiści dla mnie jako specjalisty od chemii jest fikcją. A także martwi ich to, że wzrasta populacja antyszczepionkowców. Ale pytanie- czy warto za wszelką cenę dojść swoich racji czy też mieć święty spokój? Próbuję szukać na ten temat dobrej i satysfakcjonującej odpowiedzi.

Myślę, że gdy jakoś się ogarną, dojdą do wniosku, że polska babcia mogłaby wpaść bo będzie to znacznie prostsze niż ich przyjazd do Polski taką ekipą. Tymczasem mam swoje zajęcia, hobby i miejsce na ziemi. I whatsuppa, na którym oglądam codziennie dzidzię…

Częściowo odpowiedź na moje rozdrapy daje sławna skądinąd i mądra modlitwa świętego Tomasza ( nie wiem czy do końca prawdziwa ale bardzo przemawiająca):

Panie, Ty wiesz lepiej, aniżeli ja sam, że się starzeję i pewnego dnia będę stary. Zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Odbierz mi chęć prostowania każdemu jego ścieżek. Uczyń mnie poważnym, lecz nie ponurym; czynnym lecz nie narzucającym się.Szkoda mi nie spożytkować wielkich zasobów mądrości, jakie posiadam, ale Ty Panie wiesz, że chciałbym zachować do końca paru przyjaciół. Wyzwól mój umysł od nie kończącego się brnięcia w szczegóły i daj mi skrzydeł, bym w lot przechodził do rzeczy. Zamknij mi usta w przedmiocie mych niedomagań i cierpień w miarę jak ich przybywa a chęć wyliczania ich staje się z upływem lat coraz słodsza.Nie proszę o łaskę rozkoszowania się opowieściami o cudzych cierpieniach,ale daj mi cierpliwość wysłuchania ich. Nie śmiem Cię prosić o lepszą pamięć,ale proszę Cię o większa pokorę i mniej niezachwianą pewność, gdy moje wspomnienia wydają się sprzeczne z cudzymi. Użycz mi chwalebnego poczucia, że czasami mogę się mylić.Zachowaj mnie miłym dla ludzi,choć z niektórymi z nich doprawdy trudno wytrzymać. Nie chcę być świętym, ale zgryźliwi starcy; to jeden ze szczytów osiągnięć szatana. 

I tego się trzymajmy

Posylwestrowe chillowanie

Leczę dziś w Nowym Roku kaca- otóż będąc wiecznie kierowcą, z reguły nie pijam na imprezach. Tymczasem wypadło mi spędzać tegorocznego Sylwestra nieopodal naszego domu, w odległości  2 przystanków tramwajowych. Gospodarzem był platoniczny przyjaciel naszej jeszcze nie do końca rozwiedzionej przyjaciółki. Pierwszy raz mieliśmy okazję go poznać. I okazało się, że jest całkiem dobrym gospodarzem , cały czas dbał o to aby kielichy były pełne. Jasiek ma dość dobrą tolerancję i trawi jakimiś niesamowitymi enzymami alkohol, mnie za to zmogło i pod koniec padłam w drugim pokoju, budząc się ponownie w okolicy 2 w nocy. Była wyłącznie czyściocha, więc i kac jest dość strawny, znacznie lżejszy aniżeli kac po napojach kolorowych….

Faktycznie impreza była z tych, których już raczej nie ma, królował dialog, gadaliśmy sobie z nowo poznanymi ludźmi a alkohol dość skutecznie języki rozwiązywał. Na szczęście nie było pisowców, więc tematy polityczne nie były obrabiane, jak również nie było narzekania. Kawałów było co niemiara, trochę spontanicznie puszczanej muzyczki. W domu tym nie ma telewizora, nie było więc ani Kozidrak ani osławionego Martyniuka i innych. Były niestety o północy petardy w dużych ilościach. Moje psy zostały w domu, zapaliliśmy im światełka oraz pozasłanialiśmy okna ale mimo to i tak Roleks zeżarł dermę na drzwiach. A nie tak dawno Jasiek ją próbował załatać. Podjęliśmy więc noworoczną inicjatywę, że zakupujemy nowe drzwi, bardziej szczelne bez potrzeby w ogóle zakładania dermy. Jest to rozwiązanie dość paskudne ale dobrze chroni przed hałasem hałasującej na korytarzu windy. Ale ryzyko, ze pies je zeżre przy kolejnym stresie, jest duże. Niestety Roleks tak ma. Strzały doprowadzają go do panicznego strachu i ucieczki przed siebie.

Nie wiem, czy ten rok był lepszy, gorszy…jakie to ma właściwie znaczenie. Najważniejsze, że dożyliśmy….kilku naszych znajomych i jeden kuzyn już nie żyje. Zmarł po rocznej walce z glejakiem. Na nowotwory nie ma mocnych. Pochowaliśmy też w maju nasze dwa stare psy i zaadoptowaliśmy jednego, prosto z budy z Golubia Dobrzynia…

Udało mi się zaliczyć pierwszy rok na pracującej emeryturze, uważam, że to doskonałe rozwiązanie. Przejście gwałtowne do całkowitego domowego życia, bez konieczności zdyscyplinowania się, przy całkiem jeszcze niezłej formie fizycznej i psychicznej może być stresujące. Mam znacznie więcej czasu dla siebie, wolne piątki i dłuższe weekendy są dobrodziejstwem zwłaszcza w tych czasach, gdzie nie można liczyć w firmie na szczególne wynagrodzenie. Ale i pozostały kontakty z ludźmi i robota. Generalnie wyszłam na tym lepiej, finansowo też.

W tym roku rozpoczęłam prace nad renowacjami skrzyń zegarowych i nie tylko, na realizację czeka ich znacznie więcej, ale i też pewne warunki muszą być spełnione. Muszę mieć miejsce na kurzenie się i smród odczynników, w domu oraz w domku na rancho można to robić w ograniczonym wymiarze. Dlatego teraz prace idą powoli. Ale ciągle kolekcjonuję sprzęt do renowacji.

No i last but not least – nowy członek rodziny, królewna jest ponoć aniołkiem, je dobrze, śpi i nie przeszkadza jej nawet zalany pampers. Nie lubi spać na płaskim, ale kołysana śpi na tyle, że można przy niej wiele zrobić.

Mam nadzieję, że niebawem Młodych odwiedzimy, nie wiem jeszcze kiedy i w jakich okolicznościach, bo szykują się do przeprowadzki. Bardzo bym chciała zajrzeć do Dublina ale raczej zdaję się na sugestię młodych jak i w jaki sposób zorganizują swoje najbliższe miesiące. Od lutego mój zięć zaczyna pracę na nowej uczelni jako młody pan profesor.

A tak, siedzimy i oglądamy Irlandczyka oraz inne hity z Netflixa…. Nawiązując do sugestii Kaliny – raczej Netflix nie zagrozi kinom. Całkiem inny odbiór. Ale fakt, że przez całe wolne dni nie oglądaliśmy staroci powtarzanych setki razy, ma swój smaczek. Ale znacznie inne doznania towarzyszą wyprawie i oglądaniu na dużym ekranie. Kino w bamboszach to coś całkiem innego.

No i tak się rozpoczął Nowy Rok, powoli, bez stresów, leniwie. Czasem trzeba wypocząć po prostu….

Tylko spokój…..

A więc – zostałam babcią po raz drugi. Przedwczoraj  koło południa Młoda urodziła dziewczynkę, wzrost 48 cm, waga 3500, bez komplikacji ( moja Młoda świetnie sobie radzi z porodami, zaraz po urodzeniu dostałam filmik jak mała ląduje na piersi matki, cała czarna główka. Potem dostałam filmik na którym Niuniek delikatnie i z wielką ciekawością dotyka maleńkiej a gdy nie daje sobie rady z cycem, lekko trąca jej policzki. Gdy mała zaczyna wrzeszczeć, śpiewa jej cichutko. Naprawdę wzruszająca scena jak bardzo Niuniek się przejął swoją rolą starszego brata, raczej domniemywałam że będzie chciał małej wydłubać oko…ze swoim temperamentem…

Święta bez stresu – tegoroczną ideę realizuję konsekwentnie. Siedziałam od piątku do niedzieli na działce i w spokoju ducha przygotowywałam półprodukty do ciast, sałatki,  słowem to, co nie wymaga pieczenia, bo nie mam tam póki co pieca. W międzyczasie też ustroiłam lampkami wnętrze, dołożyłam bombek na choinkę i zrobiło się prawdziwie ciepło i domowo. Planujemy- o ile się coś nie zmieni, pojechać tam w pierwszy i drugi dzień Świąt. Ja też planuję zaliczać tam inne wolne dni i coś podłubać, zależy to jednak głównie od pogody. I też pracy Jaśka, który teraz zbiera żniwo, bo mnóstwo jest chętnych do zrobienia zegara czy zegarka dla ojca czy babci na święta.

Mogę się pochwalić, że nie byłam w ani jednej galerii handlowej, wszystkie prezenty przyszły z allegro, dzięki opcji smart też co nieco oszczędziłam na dostawie. Nie na moje nerwy było patrzenie się na przewalające się tłumy, raz byliśmy w Galerii Północnej około 21 i wtedy było wyjątkowo spokojnie. Ale patrząc na zmęczone twarze kasjerek, widać było ich wysiłek, domyślam się, że pracują ciężko, głównie zresztą są to dziewczyny z Ukrainy i nie napyskują.

Natomiast wreszcie znalazłam czas aby odwiedzić macochę u której nie byliśmy lata świetlne, kapitana Mata z małżonką, Klub Miłośników Zegarów i Zegarków na wigilijnej imprezie w siedzibie Victorinoxu 9 tych od scyzoryków, ale i zegarki robią),  jak również wczoraj spędziliśmy przemiły wieczór z kolędami w naszej zaprzyjaźnionej Zegarmistrzowskiej.  Już umawiamy się u nich na licytacje Wielkiej Orkiestry, zawsze są to niezwykle udane imprezy i kupa ludzi przychodzi. Sadyba to bardzo zintegrowana dzielnica.

Moja koleżanka, o której wspomniałam, nie rozwiodła się na pierwszej rozprawie, brakowało jakichś dokumentów i sprawę przełożono do lutego. Ale jej nie przeszkodziło pojechać ze swoim platonicznym przyjacielem do ciepłych krajów. Pozazdrościć takiego przyjaciela, w takiej gorączce okołorozwodowej łatwo wpaść w głupie relacje męsko damskie i potem tego żałować…..

Nawet w firmie spokój, baby pobrały wolne i siedzą w domu, sprzątają i gotują. Inne narzekają bo tradycyjnie wzięły ciężar ponad siły. Osobiście urlop wolę konsumować gdy jest ciepło. A tak w miłym męskim gronie obgadujemy czy dyrekcja przetrwa wizytację naszego namiestnika z Poleczki czy nie. Ponoć mają taki miły zwyczaj, że przyjeżdżają z gotowym wymówieniem dla dyrekcji.

Ale i to mnie nie wyprowadza z równowagi.

A więc, tradycyjnie życzę moim współblogerkom, które zaglądają tutaj spokoju ducha. Zbytni stres jest przyczyną choróbsk. Nie da się zjeść dwóch kolacji na raz jak również siedzieć na kilku krzesłach jednocześnie. Dajmy sobie czas na przyjemności i sporo dni wolnych wykorzystajmy aby je spędzić po prostu miło, unikając toksycznej rodziny, wkurzających krewnych czy irytujących znajomych. W końcu te dni są po to nam darowane…..

A dziś plotki….:)

Mam chwilę wolną przed jedną wigilią, druga o 13 więc nawet nie warto odpalać aparatury. Celowo piszę z małej litery, bo prawdziwa Wigilia jest 24 grudnia, w domu, podobnie jak choinkę ubiera się tego dnia a nie pod koniec listopada. Ale zmiana obyczajów już nastąpiła, trzeba się do tego przystosować.

Trzeba się jeszcze przystosować do zmiany klimatu i zaprzestać pokazywania na przykład w reklamach faceta, który sprzedaje choinki i kark go boli a śnieg na niego sypie, jak również sanie i dzwoneczki, które nijak nie pasują do plus 10 stopni za oknem.

Takie święta miałam swego czasu na Sardynii, było +13 i dało się przeżyć jakoś, co więcej było całkiem przyjemnie oglądać szopki w swetrze tylko.

Młoda jeszcze nie urodziła, księżniczka się spóźnia z przyjściem na świat. Wczoraj robiłam pierogi, do 23, z pomocą Jaśka obgotowałam wszystkie. Starczy dla dwóch zakładów, mojej zaprzyjaźnionej sąsiadki, która wczoraj wpadła a i dla nas jest aż za dużo.

Moja zaprzyjaźniona, już nie sąsiadka, rozwodzi się. Jutro ma pierwszą sprawę rozwodową. Właściwie pogodziła się z faktem, że  facet poleciał na młodą dupę. Ma dorosłego syna, pracę, platonicznego przyjaciela, który ją wspiera w trudnych chwilach i de facto wszystko jest ok. Znacznie gorzej wyjdzie jej już wkrótce eks mąż, który wraz z babką dostał w pakiecie do wychowania  jej dzieci, małoletnie i szkolne. A jest to facet, który ceni sobie szaleństwo, urodę życia, wolność i swawolność. Już wkrótce dowie się, jak został ugotowany. Bo problemy z wychowywaniem własnego potomstwa ma od lat z głowy, miał fajną żonę i w zasadzie nic nie stało na przeszkodzie aby mógł realizować swoje pasje. Brakowało mu tylko ładnej dupy…..Ale w końcu wkurzona żona powiedziała stop niewierności. Niewiernych facetów trzeba gonić, choć każdy z nich wiele robi aby uzasadnić mniej lub bardziej ten fakt jako bez znaczenia. Z całą pewnością zrobiłabym to samo, ona i tak zbyt długo zwlekała.

Pozostaje dylemat, czy lepsza samotność czy bylejaki facet? Fakt, samotność bywa przyczyną depresji. Ale z bylejakiego samca też nie do końca radość…..Moja samotna po śmierci męża koleżanka z pracy miewa co jakiś czas czarne sny, że któregoś dnia umrze i za kilka dni przyjdą dzieci i zastaną rozkładającego się trupa w łóżku. Jest to oczywiście nieprawda, ma ona wyjątkowo sensowne i troskliwe dzieci, problem w tym, że założyły już swoje rodziny i ona nagle straciła z dnia na dzień motywację do „martwienia się o”, gdyż nikogo to już nie obchodzi, czym ona się martwi. A więc martwi się tym co popadnie – a to, że będzie miała kiepską emeryturę ( co jest nieprawdą, bo ma całkiem sporą rentę po mężu i będzie mogła pozostać przy jego świadczeniu), że w ogóle nic jej się nie chce i w ogóle. Nic ją już nie bawi, choć trzy razy w roku jeździ w ciepłe kraje…..

W ogóle w mojej kategorii wiekowej problem samotnych kobiet po śmierci męża, rozwodzie kontra dorosłe dzieci, jest widoczny aż nadto. I nie bardzo one sobie z tym radzą. Dlatego jak jastrzębie krążą nad domami swoich dzieci, próbując monitorować to co one robią. Tylko jedna z zaprzyjaźnionych dziewczyn, bezdzietna i po rozwodzie, rozpoczęła działania w wolontariacie w domu samotnej matki. Ma z tego zajęcia dużą satysfakcję, jestem zaskoczona, gdyż swego czasu była dużej klasy egoistką. Większość nie do końca ma co ze sobą zrobić, gdyż nie czuje się dostatecznie „potrzebna”.

Pod tym względem moja rozwodząca się sąsiadka zadbała o swoje bezpieczeństwo i byt. Ma gdzie mieszkać (wiarołomny musiał kupić jej mieszkanie w zamian za wyprowadzenie się) oraz z kim się spotykać ( odnowiła i zintensyfikowała stare przyjaźnie, na które nigdy nie miała czasu. Robi też Sylwestra. Syn, już dorosły, od czasu do czasu wpada ze swoją panienką, ale ona nie ingeruje w ich życie. Nade wszystko układa sobie swoje plany samodzielnie. Nie zakopała się i nie zmurszała, z radością wita zainteresowanie i życzliwość znajomych, w tym nas. Wywaliła z Fejsa  mężusia i zablokowała go, nie śledzi tego co on robi i wpisała sobie status wolny. Nie ma oporów aby gadać z jego nową panią, ale swoje zdanie o niej posiada.  

Mam tylko nadzieję, że jej rozwód przebiegnie szybko i sprawnie. W końcu to ona chyba jednak okaże się w tej sprawie wygraną…..

Wiejsko, przedświątecznie….

Zanim rozpędzę się do pracy, krótki czas na bloga…..otóż dziś z rana zmartwiła mnie wiadomość, że nasz szambiarz, którego wynalazłam metodą spisania telefonu z deski przybitej na drzewie, odmówił współpracy. Byłam bardzo zadowolona z jego usług, trwało krótko i nie było zawracania głowy. Natomiast człowiek się przestraszył; wie pani, robią zdjęcia, ja nie mam koncesji na teren pani rancha, nie mogę na lewo, to grozi wysokimi karami. W oczach stanęło mi widmo fotografowanego przez wrogie siły szambo-jeta mojego życzliwego szambiarza i strach w oczach, że obciążą go karą, bo wybiera gówna z niewłaściwego miejsca. Komu przyszedłby do głowy taki pomysł podkablowania? W końcu konkurencji chyba nie ma za wiele, zajęcie nie jest zbyt atrakcyjne, to nie są taksówki warszawskie, mocno podupadające wskutek działalności Ubera i innych tego typu przewoźników. Widocznie w tych czasach nie ma co liczyć na wolność gospodarczą na przykład na wsi, skoro zawistny fotograf może zrujnować życie i doprowadzić do bankructwa. Utwierdziło mnie to po raz kolejny w przekonaniu, że suweren musi mieć knuta nad plecami, wolność gospodarcza to pojęcie abstrakcyjne a jedyna dobra władza to ta co kradnie, ale daje.

Krowy zniknęły jakiś czas temu, zresztą jakieś kilka dni po mojej interwencji. Bob mi powiedział, że faktycznie ludzie z gminy przyjechali i chyba musieli wywrzeć presję na facecie, bo krowy zabrał. Nie mam pojęcia gdzie stacjonują, ważne, że nie w zimne noce pod gołym niebem.

Ale zaskakujące dla mnie okazało się zdanie zdziwionej sołtysowej, że przecież krowy gdzieś na świecie chodzą całymi dniami po dworze i nie muszą iść na noc do obory. Ale co by nie powiedzieć, nasze krowy to nie są jakieś syberyjskie gatunki ani bizony, które żyją w naturze. Nawet nasze ustawodawstwo przewiduje konieczność schronienia czy wodopoju a dla cieląt jakiś rodzaj obórek ( przeczytałam to zanim zaczęłam dzwonić do gminy). Nic na przykład dziwnego, że we Włoszech stada są cały dzień w plenerze, ale jaka tam temperatura! Niestety sołtysowa na starość jest dla „żywiny” coraz bardziej bezlitosna. Niby dba, zwierzaki są nakarmione, ale serca do nich nie ma. Na szczęście sołtys jest inny…

W zasadzie ucieszyłam się z weekendu na rancho, w pobliskim Tesco w Nasielsku kupiłam to co w Warszawie okupiłabym staniem w gigantycznych kolejkach oraz szukaniem miejsca na parkingu. Nie bardzo rozumiem, po co ludzie spod Warszawy jadą do miasta po zakupy, u mnie najtańsze pomarańcze były około 4 zł, mandarynki po 6-7 a tam kupiłam odpowiednio po 2,99 i 3 zł, bez problemu, masło po 3,30 ( 82%) i nie trzeba kupować kilku naraz. Zagniotłam też ciasto na pierogi z wiejskiej mąki, którą nabyłam właśnie u sołtysowej. Po południu zamierzam zrobić farsz i zakisić buraki, bo to ostatnio jest modne. Trochę żałuję, że tym razem nie nabyłam szatkowanej kapusty i nie zakisiłam ale poszłam na łatwiznę. Jednak dla nas to za dużo a potem smętnie gnije. Trzeba myśleć racjonalnie i nie wyrzucać żarcia.  

Kupiliśmy też choinkę w doniczce od gospodarza, który ją sam wyhodował. Jest troszkę drapakowata, stoi teraz w krzakach, ale jest w 100% naturalna. Tańsza niż „wypożyczona” bo tylko dwie dychy. Zaraz po Trzech Króli pojedzie na rancho i jak szybko możliwe- zostanie wsadzona w ziemię. Jak do tej pory dwie choinki z poświątecznego odzysku się przyjęły a jedna już jest całkiem spora. Zeszłoroczna niestety padła po kilku miesiącach dbania. Pewnie też miała zdrowo podcięte korzenie, trudno to zwykle sprawdzić.

Zapowiadają się ciepłe święta. Coś słyszałam o temperaturze +18 oC, ale jakoś trudno mi w to uwierzyć. Mimo wszystko będę optowała za wyjazdem tam, po obowiązkowej wigilii rodzinnej, nabyłam w mojej ulubionej Szperze podnóżek rattanowy do renowacji i kolejny stary niemiecki barometr rtęciowy…

Nie ma to jak proste życie bez oglądania telewizora, ale zauważyłam, że od tej Christmasowej propagandy ludzie na wsi kupują te ohydne świecące jelenie, stawiają przed chałupami i obwieszają lampkami co się da. I cieszą się, że będzie transmisja z Sylwestra w górach. Oczywiście w wiadomej stacji. A potem się dziwić, że znów wybory przegrane. Nie mam nic do światełek, nawet weselej wieś wygląda wieczorami, choć renifery są równie paskudne jak krasnale latem.

zaczęły się wigilie……

Otóż święta nadchodzące lada moment są wystarczającym stresem i powodem do wkurzenia, ale znacznie bardziej irytujące jest organizowanie w różnych społecznościach składkowych  wigilii. Był czas, że trzeba było zaliczyć w ostatnich dniach przed świętami ich kilka. Zwykle na wszystkie robiłam pierogi z kapustą i grzybami, bo taką mam specjalność. Mogą być ostatecznie ruskie. Szły ilości hurtowe.

Teraz trochę się zmieniło, ale wigilie pracowe mimo wszystko pozostały tradycją. W mojej firmie, oprócz imprezy głównej, która de facto jest tylko spędem na kilka minut, funkcjonują jeszcze wigilie zakładowe. I w moim poprzednim zakładzie, gdzie było sporo bab, wigilia była czymś, gdzie dziewczyny ( a i niejednokrotnie  i faceci lub ich żony) próbowali zaimponować swoimi kulinarnymi umiejętnościami i to nierzadko z sukcesem. Zresztą tam to trwa do dziś. I w tym roku też pewnie przyniosę tam pierogi, bo baby się mnie pytały czy przyjdę. Ich szef, od jakiegoś czasu dostroił się do babskiej ekipy i co i rusz przynosi im słodycze i kultywuje właśnie te wigilie czy jajeczka.

Przeżyłam pewien szok w moim aktualnym zakładzie. Niby pracuje sporo młodych ludzi, są też i młode dziewczyny, zapowiadają swoje przyjście również emeryci. Wydawało mi się, że oni również chcieliby zorganizowania jakiegoś wspólnego posiedzenia we własnym gronie. Poszła lista po ludziach, kto co może przynieść. Oczywiście klasycznie napisałam – pierogi. Jakie było moje zdziwienie, że stwierdziłam, że właściwie inni przynoszą jakieś napoje, sałatkę z makaronu, jeden z kolegów napisał, że zamierza zaparzyć kawę po arabsku dla chętnych a najnowszy nabytek napisał, że przyniesie…serwetki.

Kiedy koleżanka mi taką wieść przyniosła, wkurzyłam się. To ja mam niby dla takiego zakładu zapieprzać w garach ( a jest to niby 17 czyli kilka dni przed właściwą wigilią a więc pierogi nie dotrwają, trzeba będzie robić nowe, zamrożone odpadają), do tego w czasie spotkania smażyć  a taki jegomość pójdzie sobie do Biedronki czy Żabki i kupi dwa opakowania papierowych serwetek! Niedoczekanie.

Reakcja szefa była do przewidzenia, był zaskoczony i smutny.

Sprawa zakończyła się tym, że kolega od serwetek kupi mandarynki. A ja zrezygnuję z pierogów. To nie mógł wcześniej na to wpaść? Skąd tacy aspołeczni ludzie się biorą? Nie wiem co będzie z kolegą od kawy arabskiej dla chętnych….

Święta już na tyle się zdeprecjonowały, że mało kto kojarzy je z narodzinami Chrystusa, który w aktualnych realiach przybiera raczej kształt księdza pedofila i ojca Rydzyka. Do tego mordowanie „klimatem świątecznym” czyli puszczanie do zarzygania od początku grudnia amerykańskich klipów christmasowych robi swoje, że nie wspomnę o nieustannych czułych scenkach plastikowych rodzin w TV, powtarzanych co kilka minut w blokach reklamowych. Święta mogą się więc kojarzyć z tabletem, nowym smartfonem, śniegiem, którego pewnie nie będzie, bo klimat się ocieplił i choinką, która niechybnie się wywali, wzbudzając wybuch śmiechu. Może po drodze kot, sprawca dostanie lanie. Już się na pewno nie spali, bo lampki są ledowe. Do tego objawili się nagle starzy ludzie w rodzinie, którym kupić wypada Geriavit z czerwoną wstążeczką lub inny suplement dla zdrowia  a na pewno trzeba do nich zadzwonić, zanim umrą. No i biedni, którym musimy pomagać.

Z całą pewnością na Białołęce takim pierwszym obiektem do pomagania będzie dom samotnej matki. Już się zresztą lansuje. Ludzie na hasło „biedne dzieci” reagują spontanicznie ale i warto poznać fakty. Budynek, w którym mieszkają jest nielegalny, do rozbiórki, kobiety otrzymały jakiś czas temu propozycję nowej lokalizacji, ale nie chcą się wyprowadzać, bo trzeba by się do pewnych reguł dostosować. Do nich należy nie sprowadzenie facetów i szukanie pracy, ten nowy dom ma istotnie charakter domu samotnej matki a nie pekinu. Tutaj, w starym domu mogą sobie sprowadzać facetów jak chcą, żyć w komunie, nie płacić za nic i żyć z opieki społecznej a że dzieci oddychają grzybem to kogo to obchodzi? I kogo naprawdę bieda obchodzi..na pewno nie tych, co powinna.

Wszystko to składa się na coroczny powtarzany niezmiennie rytuał, może w tym roku nieco ograniczony uroczystościami z odbioru Nagrody Nobla przez  Olgę Tokarczuk, który na szczęście odebrał sporo czasu antenowego na te świąteczne bzdety. Znakomity przerywnik, choć nadużywać nie warto, bo pisarka nie jest dla każdego i nie na każdą okazję….

Większość moich prezentów jest już zamówiona na Allegro, raczej nie chcę łazić po galeriach bo nie lubię i nie mam na to czasu. Zapowiedziałam też, żeby w żadnym wypadku nie kupować mi szalika albo innego tworu o charakterze nietoperza, bo w tym nie chodzę a corocznie zaliczam taką płachtę. Zażyczyłam sobie farbę kredową do renowacji mebli w wybranych kolorach, co sprawi mi na pewno większą przyjemność a rodzinie odbierze kłopot zajmowania się tą sprawą. Nabyłam też kosmetyki organiczne, nie będące pudełkowymi zestawami, nawet też i prawdziwe szare mydło dla młodej, bo jest ekologiczna i kiedyś o tym wspominała.

 Część rodziny patchworkowej jedzie do ciepłych krajów, pozostawiając jedną z byłych  żon na pastwę losu i samotne święta. Nie wiem, jak to się skończy bo zarządzanie byłymi żonami mojego małżonka nie leży w moich kompetencjach….