ocena ryzyka

W ubiegłym tygodniu Młode wylądowały w Holandii a ja w łóżku. Dziś dopiero jakoś czuję się znośnie. Jednak skutki przeziębienia dały o sobie znać dość przykro, ale mnie siedzenie w nocy na przewiewnych peronach Dortmundu dało popalić. Ale tak już jest, gdy chce się zrobić dobrze swojej firmie, która za kurs zapłaciła niespodziewanie za emerytkę blisko 2000€, że chce się oszczędzić na dojeździe. Wdzięczność zresztą niczym nieuzasadniona, ale czułam się lepiej, nie eskalując wymagań. Powinnam była lecieć do Frankfurtu a potem taksówką, jak robiły moje czeskie koleżanki z kursu. A ja dymałam pociągami z 3 przesiadkami.

Lubię niemieckie pociągi, ekspresami ICE jedzie się płynnie, szybko i wygodnie. Mniej stresu niż przy lataniu, zwłaszcza, że wtedy wiało…..dlatego też wybrałam taką drogą, ale za to i zapłaciłam.

Zagadnienia z kursu oceny ryzyka tłukę od kilku lat, waląc głową w mur, bo modelowanie dla mnie to jednak ściema i duże uproszczenie. Liczenie ryzyka w oparciu o standardową rzeczkę, oczyszczalnię ścieków, średnią powierzchnię języka krowy liżącej zdezynfekowaną stajnię czy przeliczanie metra sześciennego drewna na kwadratowy przerabiałam od laty, coś tam liczyłam ale dalibóg, nigdy nie wiedziałam, czy robię to dobrze. Dziś już wiem, jak znaleźć i poprawić błędy i to jest sukces. Warto było wydać te 2000€ o ile za szybko nie trafi mnie szlag, bo z tym nic nigdy nie wiadomo.

Ludzie teraz wpadają w panikę z powodów zdrowotnych. Histeria na temat koronawirusa zresztą przedłożyła się na gigantyczny sukces finansowy jednego z naszych instytutowych kontrahentów. Nasi ludzie badają te namordniki, które produkują  a on już nie nadąża ich produkować, taki zbyt. Oczywiście tak naprawdę te maseczki nie nadają się do jakiegokolwiek zabezpieczania przeciw chorobom wirusowym, bo wirus jest tak mały a pory w maseczkach są zbyt wielkie, aby zabezpieczały przed jego przenikaniem.

Tak czy owak, wirusa, jak dopadnie trzeba wyleżeć, a  i to nie daje gwarancji, że szybko stanie się na nogi.  Więc trzeba leżeć aż do skutku. Nawet kilka dni. Ale leżeć.

U mnie to trwało dwa dni. Potem poczułam się zdecydowanie lepiej, więc poszłam do roboty. W końcu w domu muszę co najmniej 3 razy łazić po zimnie z psami a tutaj, cichutko, cieplutko, szef na wakacjach i nikt nie dręczy, że chce na spacer. Jasiek w ramach dobrego serca wpada w ciągu dnia z pracowni i je wyprowadza. Moje kontakty z ludźmi są ograniczone, raczej wirtualne.

Ostatnio w sprawie zdrowia rozmawiałam z moim bratem, człowiekiem, który całe życie zawodowe był gigantycznym pracoholikiem, zarabiał sporo i czegoś tam się dorobił. Od jakiegoś czasu w firmie zajmuje pozycję luźniejszą, bo młodsi i ze słusznej opcji przyszli po konfitury. I teraz mój brat, kiedy nie czuje presji, że coś musi, wpadł w panikę na temat swojego zdrowia. Ciągle kontroluje się, gania i zadręcza lekarzy, ciągle też głosi tezy, że jak nie zapłacisz…itd. Wszystko to prawda, pod warunkiem, że w swojej mocy zrobisz wszystko aby o siebie zadbać jak najbardziej przez całe życie. Lata pracy, stresu i siedzenia na tyłku ( nie, nie jest gruby, w ogóle), zaowocowały tym, że jest człowiekiem nerwowym i zaniepokojonym tym, że coś złego może się wydarzyć. Rozmowa z nim jest trudna, przyznał, że bierze środki uspokajające. Jego lęki są dla mnie abstrakcyjne.

W zasadzie nie ma żadnego powodu do niepokoju a lęk tkwi w nim integralnie. Nigdy w życiu nic mu się strasznego nie stało, bo miał zwykle jak po maśle, zawsze dobra praca, wierna żona, synowie nie sprawiający poważniejszych kłopotów. A jednak życie budzi w nim lęk, ma jakąś obsesję na temat zabezpieczenia się, zabezpieczenia dzieci, gromadzenia środków i temu podobnych rzeczy.

Kiedyś rozmawiałam z moim niedawno zmarłym przyjacielem na temat widma głodu w trakcie wypraw polarnych. Obsesja tego, że zabraknie chleba i w ogóle żarcia w bazie, w epoce, gdzie do bazy dopływał raz na jakiś czas statek zaopatrujący, była silniejsza niż zdrowy rozsądek. Ludzie po prostu tym żyli, o tym cały czas rozmawiali. Bo co będzie gdy zabraknie zaopatrzenia? Teraz to wydaje się dziwne ale w latach 80 był to realny problem.

Mam wrażenie, że wiele osób w moim wieku, starszych ale i młodszych, hoduje sobie strach w swoim umyśle. I niezmiernie chętnie wykorzystują i podchwytują to media aby ten ludzki strach podsycać. Dotyczy to stanu zdrowia, epidemii, szczepionek, globalnego ocieplenia, zmiany oprocentowania lokat, utraty oszczędności i tego typu tematów. Są jednak to w wielu wypadkach procesy, które są od nas niezależne i na to nie mamy w zasadzie żadnego wpływu albo bardzo nieduży. Nawet jeśli będziemy „grzeczniejsi”, poprawimy swoją dietę, zmienimy ubezpieczyciela, będziemy lepiej sortować śmieci, schudniemy, zaczniemy się więcej modlić czy też spisywać wydatki w zeszycie – wcale to nie oznacza, że coś nie walnie i nasze życie odtąd będzie szczęśliwe i poukładane.  Że nie będzie kryzysu i krachu na giełdzie, nie dopadnie nas wirus czy nowotwór i umrzemy, w lepszym lub gorszym stanie.

Ocena ryzyka, robiona na modelach, pozwala przewidzieć pewne sytuacje ale w żadnym wypadku nie daje odpowiedzi na to, że dane zagrożenie nie zaistnieje, że któryś z parametrów stosowanych do obliczeń jest wyznaczony niepoprawnie, że błąd w rozumowaniu czy braki w wiedzy nie przedkładają się na jakość i wartość otrzymanych wyników. Ale się to stosuje. Co więcej, w pewnych dziedzinie takie obliczenia osiągnęły już status prawie religii. Jeśli środek będzie całkiem bezpieczny dla ludzi, będzie również lajtowy dla karaluchów lub korników w drewnie.

A z wirusami, zamiast się epatować maseczkami czy hiobowymi wieściami ze statków wycieczkowych, zwyczajnie zadbajmy o siebie, wsłuchując się w swój organizm a nie nakazy mediów i wszelkiej maści guru. Martwienie się, zasadniczo nie ma sensu..

Pogrzeb w Walentynki

Walentynki spędziłam w niekonwencjonalny sposób . Po całonocnej podróży pociągiem z Moguncji, gdzie byłam na szkoleniu , wylądowałam na pogrzebie. W ramach tulipana Jasiek przy odbieraniu mnie w dworca, zakupił burgera z Mac Donalda, który okazał się strzałem w dziesiątkę, bo nie jadłam od lunchu poprzedniego dnia. Tulipana bym nie zjadła raczej….A pogrzeb był mojego bardzo dobrego przyjaciela.

Straciliśmy z nim kontakt od jakiegoś czasu, bo poszedł w „pisostwo”.  Chorował prawie dwa lata, niby umawialiśmy się co jakiś czas na spotkanie, ale zwykle był w szpitalu albo po…dość skrepowany chorobą i ciągłymi transfuzjami raczej chyba unikał towarzystwa. Zmarł  wskutek zapalenia płuc po styczniowym pobycie w szpitalu, zmogła osłabiony organizm szpitalna infekcja.

Zresztą opisywałam dość dawno temu,  jak  przebiegały nasze relacje. Żona mojego przyjaciela, osoba bardzo nabożna i moherowa, zagospodarowała go całkowicie, w wózku, bo przestał tez w ogóle chodzić, woziła go na codzienne msze i prała mózg. Relacje stawały się zbyt trudne.

Mój zmarły przyjaciel, Janek, był przez całe życie człowiekiem radosnym, towarzyskim i raczej  życzliwym ludziom, pomagający młodym adeptom dziedziny w której pracował . Swego czasu zaangażował  się w ruch opozycyjny, ale zorientował się, że został wykorzystany i zaczął się od tego się dystansować.  Poszedł w robotę, wyjazdy polarne, prace naukowe. Zresztą jego instytut w dużej mierze zatrudniał ludzi anty, raczej zorientowanych pro europejsko i po relegowaniu za politykę z Politechniki, znalazł swoje życiowe miejsce właśnie w tym Instytucie. Jego żona, z kolei była jego całkowitym zaprzeczeniem. Była przedstawicielem suwerena w najgorszym tego słowa znaczeniu, choć też nie zawsze tak było.

Swego czasu imprezy u nich cieszyły się znacznym towarzyskim powodzeniem,  jego kuchnia była wykwintna, pamiętam jego sławne śledziki i pasztety, nawet z sarny czy sałatki, które sam robił, bo był kucharzem znakomitym. Nie stronił też od kielicha. Również lubiliśmy wraz z moim pierwszym mężem bywać u nich na sylwestrach, zawsze zapraszali ciekawych ludzi, czasem byli to profesorowie a i bywali też strażacy czy górnicy. Bawiliśmy się do szaleństwa. Bardzo lubił mojego pierwszego męża i wiele mi pomagał w trudnych czasach, próbując go zresztą bezskutecznie nawrócić na dobrą drogę.  To oni pomogli mi w pierwszych chwilach po jego śmierci. Pamiętałam i pamiętam im to do dziś.

Ale czas pędzi i robi swoje….Po śmierci mojego męża i po moim wyjeździe do Belgii, nasze stosunki lekko się schłodziły tym bardziej, że jego żona raczej krytycznie patrzyła na moje kolejne związki , raczej spodziewała się że pozostanę żałobną wdową w permanentnej depresji. Do tego nie do końca akceptowali pozostanie Młodej w Belgii. Ciągle słyszałam, że powinna wrócić do kraju i zawsze odpowiadałam – a po jaką cholerę? Nie do końca też akceptowali małżeństwo Młodej, choć zdziwieni byli, że oni wzięli ślub kościelny we Włoszech.

To prawda, że w początkowej fazie, bywałam z żoną Janka na różnego typu spotkaniach religijnych i modlitewnych i –paradoksalnie, kto wie, czy właśnie nie one zadecydowały, że dość szybko się pozbierałam, nie byłam sama. Wspólnoty mają swoje techniki manipulacji, otaczają delikwenta zainteresowaniem i pozwalają się podnieść  – przynajmniej tak było te blisko 20 lat temu, nie wiem jak teraz ale odnoszę wrażenie, że jest zgoła inaczej.  Ale potem dostrzegłam zaborczy plan wkręcenia mnie w ponurą ideologię, zabierającą mi codzienną radość życia czy cieszenia się swoimi nowymi związkami i zwyczajnie każdym dniem. Polski kościół nie dawał i nie daje prawa do radości ludziom, którym się w życiu zawaliło. Nie ma dla nich dobrej alternatywy. Trzeba „nieść krzyż” ale czy nie można sobie ulżyć i pomóc? Nie nadawałam się na osobę „kościółkową”.

Janek z kolei rozumiał mnie doskonale, wiedział, że nie po drodze mi z męczeństwem. Chciałam po prostu żyć normalnie. Z drugiej strony nie chciałam tracić kontaktu z nimi, ze środowiskiem ani być w konflikcie z jego żoną, bo to byli dobrzy ludzie.  Ale już inni niż ja, niż mój pogląd i sposób myślenia.

Janek był bardzo rodzinny, lecz pewne decyzje rodziny nie do końca akceptował. Gdy był zdrowy, całą swoją energię skierował na pracę, wyjazdy w teren, wykłady na uczelniach. To mu dawało inspiracje do życia, lubił podróżować. Zawsze zapraszał mnie na ich imprezy instytutowe. I to do pewnego czasu funkcjonowało. Swoją żonę traktował z dystansem, miał na tyle swoje pomysły ma życie, że w materii życia religijnego dawał jej wolną rękę.  Mój związek z Jaśkiem traktował dość pobłażliwie, uważając, że będzie to jeden z kolejnych meteorów, facetów, którzy się zwiną za jakiś czas. Bardzo irytowało mnie, że traktował go przez pewien czas jako nieszkodliwego „przydupasa”. Tym bardziej, że Jasiek ma tę cechę, że lubi być popularny. Ale nie lubi być traktowany pobłażliwie i dostrzegł to. Zaprosiliśmy ich na ślub, nie przyszli,  on był już bardzo chory i niesprawny, do tego nie był to ślub kościelny.

Oboje od wygranej PISu , zwłaszcza ona, rozpoczęli krucjatę przeciw ludziom myślącym inaczej. W domu u nich leciała non stop TV trwam i radio Maryja. Efektem było to, że skończyły się fajne spotkania, wielu znajomych się od nich odsunęło. Nie każdy był odporny na obrażanie.

Kiedy na jednej z corocznych imprez instytutowych, jego żona posadziła przy oddzielnym stole dyrektora instytutu i księdza, który odprawiał mszę gdzie stała zastawa stołowa i półmiski, a reszta towarzystwa w tym my, została wysłana na zieloną trawę z papierowymi talerzykami na kolanach, był to koniec bywania na ich imprezach. Bo wcześniej było całkiem inaczej. Zawsze bywali również i księża, ale byli częścią towarzystwa, pili równo i byli podobnie traktowani jak i reszta gości. Aby nie dać do zrozumienia że zostaliśmy potraktowani byle jak, tym bardziej, że oboje dobiegali już 70, po prostu się wycofaliśmy z imprezy. Nie miałam zamysłu im dokuczać  i ich obrażać, ale raczej nie chciałam narażać nas na następne afronty. Mój Jasiek nigdy więcej nie przyszedł na ich coroczne imprezy. Ja byłam tylko jeszcze raz ale potem już raczej nie były organizowane….

Kilka razy bywaliśmy potem ale od częstszego bywania odstręczała nachalna indoktrynacja, krytykowanie naszego „życia w grzechu” i fakt, że Janek zwyczajnie już nie miał siły. Co jakiś czas dzwoniliśmy do siebie, mieliśmy zamiar ich odwiedzić po świętach, ale Janek trafił do szpitala, z którego już nie wyszedł…

Wczoraj msza pogrzebowa była bardzo uroczysta, widać było, że ksiądz ich dobrze zna. Zawsze wtedy jest inaczej. Natomiast jego żona napisała mowę, opartą trochę i na prawdziwych faktach ale również na swoim postrzeganiu świata. Janek nigdy nie był rewolucjonistą, krzyżowcem ani fanatykiem. Był facetem o dużej pogodzie życia, któremu choroba tę radość zabrała, bo starość się panu Bogu nie udała. Ale skoro jej ta dość jednostronna wizja męża pasuje, wdowie nie należy zabierać radości zorganizowania pochówku z przepychem.

inteligentny dom…

Trochę ucichło, ale w piątek był u nas nadprezes nadinstytuów. Gadał cały czas o zgłaszaniu projektów. Przed jego wizytą było tradycyjne i jakże typowo polskie „malowanie trawy na zielono), uczenie się co każdy ma powiedzieć i co pokazać. Sprzątaczki fruwały na wysokości lamperii i nawet umyto okna, które odkąd pamiętam, nigdy nie były myte i zarosły syfem. Ja teoretycznie miałam dzień wolny, ale obiecałam szefowi, że przyjdę a odbiorę sobie ten piątek w dowolnie wybranym terminie.

Nadprezes jest człowiekiem korporacji. Prężny, wysportowany, noszący bródkę zgodnie z modą, wysoki, przystojny no i chyba też biega albo biegał. Zebrał załogę po to aby wyrazili swoje żale. Najpierw nadprezes określił, że trzeba składać projekty do kilku instytucji i trzeba robić biznesy z przemysłem. Oczywiście idea jest jak najbardziej słuszna. Ale należy podkreślić, że robienie korporacji z jednostek jak najbardziej strupieszałych jakim są instytuty wymaga pewnej determinacji.

Moi koledzy coś tam marudzili, czy możemy robić naukę z PAN-em. Oczywiście to nie jest zakazane, ale mało intratne. PAN i uczelnie z projektów utrzymują swoich badaczy, ich działki z projektów są zdecydowanie większe niż u nas, gdzie dyrekcja narzuca określone limity. Między innymi dlatego mi się ich nie chce robić, bo naharować się trzeba a i tak nie ma z tego specjalnych korzyści.

Nasza młoda koleżanka spytała czy jako korporacja instytutów będziemy mogli na przykład dostać karnety na siłownie i na basen. Zastrzygłam uszami, bo zapewne wówczas bym zwiększyła dawkę aqua aerobiku, gdyby część miała być za free. Ale nadprezes jakoś pominął temat oględnie.

Zebrałam w sobie odwagę, i spytałam czemu wciąż się mówi o współpracy z innymi instytutami, jeśli wiadomo jest, że nie żyjemy z kreatywności i innowacyjności (przemysł wiadomo jest jaki jest), ale ze zleceń, które łapiemy i które w głównej mierze nas utrzymują. Nie dają one legitymacji do składania projektów, bo nie są innowacyjne ale jak je przestaniemy robić, to wiele firm będzie miało problem i zacznie szukać innych podwykonawców. I do tego jeśli mamy współpracować to na czym polegałaby taka współpraca? W końcu każdy z tych instytutów jak dorwie takie zlecenia to niekoniecznie chętnie się z nimi dzieli a tym bardziej obniża cenę. No i miałam druga uwagę, że przecież niekoniecznie musi być nano- eko, sreko- aby istnieć, często problemy zachodu nie są zawsze nasze…. W końcu nasza wiedza ekspercka, nabywana latami, też się liczy. Moglibyśmy na przykład sprzedawać ją w innych krajach, nieco mniej rozwiniętych w których swego czasu miałam okazję bywać. Wywiązała się dyskusja i Nadprezes wyraził zainteresowanie moimi uwagami, co mi pochlebiło. Temat został kontynuowany jeszcze w czasie „wizyty roboczej” po laboratoriach. Uznałam, że zostałam doceniona. Dyrektor nasz co prawda nie skomentował, ale widziałam na jego twarzy aprobatę.

Po nadprezesie biegiem poleciałam do domu, zabrałam psy i pojechałam na rancho….zimno było jak cholera, choć Bob włączył piecyk od rana – takie sterowanie zdalne, ja to załatwiam przez komórkę, choć ponoć są całkiem dostępne systemy aplikacji aby z pozycji domu włączyć ogrzewanie elektryczne ileś kilometrów dalej. Myślę i o tym. To się nazywa „inteligentny dom” i na to dają projekty. Na razie zblazowani brakiem zimy zaprzyjaźnieni stolarze zwożą drewno i blachę i będą robić taras. Już wpuścili kotwy i zacementowali a jak wyschną, konstrukcja stanie.

W razie czego jak zakończę swoją burzliwą karierę w instytucie i faktycznie potrzebna będzie innowacyjność, pod daszkiem będę szlifowała aż się kurzy.

A póki co konceptualizuję dwoje przemyślenia i zamierzam je do naprezesa wysłać bo o to prosił……..

Mania zbierania

Jak zwykle, dzieje się. W niedzielę w Zegarmistrzowskiej co zresztą widać na zdjęciach, odbywała się licytacja na rzecz WOŚP. Chłopaki, w tym mój mąż, napracowali się ogromnie, ale efekty licytacji przerosły ich oczekiwania i do puszki zebrano ponad 11 tysięcy złotych. Nawet jeśli osobiście nie uważam, że teraz to najważniejsze mieć na zakup sprzętu ( bo na to pieniądze akurat  teraz łatwiej jest wyasygnować) jakikolwiek dobry fundraising, prowadzony z głową ma sens. Oprócz datku do puszki wylicytowałam ogromną przypominającą karalucha muchę z gipsu, zegarków i obrazów mam nadmiar a mucha okazała się zabawna. Można było  też wylicytować też ciuszki Luni Bonder, znanej sadybiańskiej projektantki Elżbiety Bonder (  Lunia to z radia wywiad), która jest prywatnie uroczą osobą, szkoda tylko, że sweterek i sukienka do licytacji były dla mnie za małe. Ale to nic, stylistka obiecała, że dla mnie specjalnie uszyje rozmiar większy. Sama nie należy do anorektyczek, ubrana była w stylu jaki ostatnio lubię a więc legginsy i obszerna góra, kryjąca obfitości więc ten styl jakby dla mnie jest….. Myślę, że się pewnego dnia szarpnę na jej kreację….i to specjalnie uszytą na mój dość obszerny rozmiar….

Oczywiście za Owsiakiem idzie wielka polityka, wielki podział narodu, które wygenerowała nasza opcja rządząca i kler, ja należę jednak do tej jego części, która wpłaca i popiera, choć nie do końca lubię hałaśliwość Orkiestry i samego Owsiaka. I popieram, nawet jeśli cel nie do końca jest aż tak priorytetowy, bo potrzeby służby zdrowia są aktualnie związane raczej w dostatecznej ilości personelu do obsługi sprzętu, który często stoi w szpitalach….ale hasło „dla dzieci” zawsze otwiera kieszenie. Zbiórki „dla seniorów” raczej wypalają słabo bo w tym roku na staruszków już zbiórki nie ma w Orkiestrze.

Owsiak jest z całą pewnością pionierem fundraisingu w Polsce. Niektórzy nie mogą przeboleć, że zbieranie daje również korzyści zbierającemu. Jak zbiórka duża to i dochody jego są rzecz jasna większe. Ważne, że on rozlicza się z US i tak naprawdę nikt nie może mu podskoczyć bo to wszystko legalne.

Zbieranie pieniędzy na pomoc zwierzętom też ma się dobrze, choć oczywiście są to znacznie mniejsze kwoty.

Dość prężna w fundraisingu jest moja znajoma z Fundacji Tymmczasy, pani Monika Żewłakow, spiritus movens tego całego przedsięwzięcia. Oczywiście żaden cel zbiórki  na opiekę nad zwierzętami nigdy nie przebije celu związanego z dziećmi, ale zwierzaki też potrzebują pieniędzy, zwłaszcza, że ich los jest u nas marny… oprócz zbiórek Tymmczasy zorganizowały teraz akcję oddawania niepotrzebnych ciuchów, za każde 10 kg oddanych ciuchów wpływa dyszka na wybrany cel. Fundacja w różny sposób pomaga – organizuje domy tymczasowe, karmę, organizuje sieć pomocy, bierze udział w różnych imprezach…ogólnie wydaje się, że robi to w sposób bardzo dynamiczny i otwarty. A potrzeby są różnorodne. ( zbiórka na kotki ).

Natomiast w ramach mody na zbieranie niestety mnoży się ilość nadużyć i przekrętów. Zbieranie pieniędzy na sławne stuknięte Seicento jest niechlubnym tego przykładem. Coraz bardziej irytuje mnie też zbieranie gigantycznych sum pieniędzy na jakieś wydumane, niesprawdzone technologie lecznicze ostatniej szansy lub dające złudne nadzieje zabiegi.

Jak to możliwe, że lekarze oczekują milionowych honorariów za przeprowadzenie jednej operacji? Zrozpaczeni ludzie, szukający nadziei zbierają na amerykańskie czy niemieckie prywatne kliniki. Ostatnio wiele kontrowersji wzbudziła zbiórka astronomicznej kwoty 9 mln na operację w Stanach dziecka u którego wykryto SMA. Od lat – a właściwie odkąd mój ojciec miał niewydolność oddechową, czytuję blog Preclowa strona ( najpierw na bloxie a teraz wordpressie), prowadzony przez osobę wybitnie kompetentną, matkę dziecka z SMA, które szczęśliwie dożyło  14 lat, dzięki opiece i wielu staraniom ze strony rodziny oraz przedsiębiorczości matki tego chłopca. Otóż wypowiada się ona, że rzeczony zabieg w USA nie tylko że nie likwiduje choroby, teoretycznie może hamować jej skutki, metoda jest jeszcze niezarejestrowana ale też i jest już w Polsce terapia refundowana, zatrzymująca postęp tej choroby. W tym terapia ta zadziałała w przypadku jej syna. Aktualnie każde zdiagnozowane na SMA dziecko jest tej terapii poddawane. Oczywiście skutki bywają różne ale to taka choroba, nieprzewidywalna. Ale każdy zbierać może….choć cudów nie ma. Wymuszanie takich pieniędzy za pionierskie zabiegi medyczne o nieznanej skuteczności  i naciąganie zrozpaczonej rodziny nie jest moralne ale czy to tu o moralność chodzi?

Jeśli zbieranie pieniędzy będzie szło w tym kierunku to w końcu chętnych do pomagania niewątpliwie zabraknie…oczywiście nikt nikogo nie zmusi do pomocy, jak też i nikt nikomu nie może tego zabronić, taka jest argumentacja zbierających.

Istnieje wiele potrzeb, które można zaspokoić znacznie skromniejszymi środkami. A być może wystarczyłoby niewielkie wsparcie finansowe  lub dobra wola odpowiednich instytucji?

Obserwuję od jakiegoś czasu na fejsie zbiórkę na ogródek ROD dla 49 letniego człowieka z zespołem Downa. (https://pomagam.pl/marzenierafala?utm_medium=news&utm_source=email).

Od wielu miesięcy zbiórka posuwa się minimalnie, praktycznie wcale. Nic dziwnego, nie jest spektakularna. Do zebrania jest 25 000 zł. Ale zastanawiam się,  czy zarząd tych ogródków działkowych nie mógłby znaleźć jakiegoś innego, tańszego rozwiązania, aby ten nieszczęśliwy chory człowiek, który lubi grzebać w ziemi, nie musiałby zbierać takiej kwoty aby posadzić kwiatki o czym marzy? Czy na pewno na terenie tego ROD nie ma skrawka nieużytkowanej ziemi, aby móc przekazać ją do dyspozycji temu człowiekowi i jego opiekunowi czy matce? W końcu ziemie na terenie ogródków ROD nie są własnością i z całą pewnością na terenie tych ogródków jest jakaś zapuszczona działka, której nikt nie obrabia bo nie ma już siły albo umarł?

I czy niedługo powszechne zbieractwo na wszelkie możliwe sytuacje nie stanie się normą aby cokolwiek rozwiązać?

Sw Tomasz- na wszystko:)

Chwila przerwy, mam dość ostry start z początkiem stycznia. Jest co nieco roboty, nie jestem do końca zależna od chwilowego porządkowania spraw, mam własny cykl roboty, który wymaga wysłania pewnej ważnej dokumentacji do końca stycznia. W Instytucie szykują się do wizytacji ze strony naszej „czapy”. Może i to faktycznie w jakiś sposób przesądzi to o losie naszej firmy, jak twierdzą niektórzy, ale nie sądzę aby tak było. Nawet takie atrapy pseudonaukowe są potrzebne. Od lat są i tak niezgodne z zasadami „niewidzialnej ręki rynku” zgodnie z którą powinny albo ulec anihilacji albo też całkowicie się zmienić.

Najważniejsze aby nie dać się przekonaniu o wyjątkowej konieczności istnienia takiego tworu, jest on w skali świata nie aż taki istotny. I gdy wywalą na zbitą twarz, przyjąć to z godnością i poszukać innej formuły na życie…

To tak tytułem wstępu. Ostatnio moje myśli zajmuje działalność moich Młodych, którzy się zamierzają wkrótce przeprowadzić do Holandii. Jest Niuniek, który na szczęście zna holenderski, więc w nowym przedszkolu się zaadaptuje, co do tego nie mam wątpliwości. Obok tego kruszynka przy cycu. Więc całkowita przeprowadzka powinna jawić się dla mnie koszmarem a przynajmniej dużym utrudnieniem ale skoro oni sobie z tego nic nie robią to ja tym bardziej nie dręczę się tym. Ale zaskakują mnie ciągłe pytania koleżanek ,rodziny i znajomych pod tytułem: kiedy jedziesz obejrzeć małą, jak sobie poradzą z przeprowadzką. I je z kolei zaskakuje moja odpowiedź, że pojadę jak oni mnie zaproszą. Bo one nic innego by nie robiły tylko się dręczyły – a czy dadzą sobie radę z tym wszystkim? Jedna z moich lepszych koleżanek mało nie wpadła w depresję, gdy jej córka zafundowała sobie drugiego psa.

Wiele myślałam o tym, że te problemy, które my jako młodzi ludzie mieliśmy, są całkowicie nierozpoznawalne dla młodego pokolenia i vice versa. Odnoszę wrażenie, że gdy zaczynam się interesować młodymi co i jak zamierzają zrobić, po drugiej stronie Whatsuppa pojawia się irytacja. Dzieje się to od pewnego czasu, więc moją aktywność towarzyską z Młodymi znacznie ograniczyłam i nie pytam się w zasadzie o nic, poza pryncypiami, jak dzieci się czują, czy się oni wraz z nimi wysypiają. Pomijam temat jak zamierzają się przeprowadzać, jak dadzą sobie radę finansowo, czy potrzebna im jakaś pomoc. Bo wiem, że usłyszę, że wszystko ok. Więc przechodzę do konkluzji, że ludzie po 30 i przed 40 są samodzielni, wiedzą co robię, działają zgodnie z planami i swoimi pomysłami. A przykre dla mnie, że czasem mają podejście do mnie jak do baby z głuchej prowincji, która się na niczym nie zna.

Sytuacja mnie i teściowej włoskiej jest zgoła inna. Ona została sama po śmierci męża a i ostatnio matki. Jest na pełnej emeryturze. Ale i tak odnoszę wrażenie, że nie wyobraża sobie aby na przykład miała z nimi mieszkać. Pomaga im, ale nie zabiera głosu w ich sprawach. Znalazła sobie pracę u siebie, we Włoszech, dorywczo. Kocha wnuki i chce z nimi często być, więc wpada częściej niż ja, abstrahując od wysokości świadczeń jakie pobiera….. Ale nie jest dyrygentem w tej orkiestrze….

U nas pokutuje takie podejście, że polska babcia w takiej sytuacji musi pedałować jak najszybciej do dzieci, pomagać, prać i sprzątać. Jeżeli tego nie robi, to znaczy, że nie kocha  dostatecznie swoich wnuków. Czyli powinnam tam pojechać na kilka miesięcy. Wiele babci tak robi.

Pomoc polskich babci jest atawizmem tego ustroju w którym młodzi nie mieli mieszkań, żyło się na kupie, mało było pieniędzy a po pieluchy stało się w kolejkach i prało je na okrągło. Nawet znałam taką babcię, która cerowała rajstopy córki, choć w UK dawno nikt tego nie robił. Tymczasem Młodych zwyczajnie stać na to, aby wynająć dom, przeprowadzić się do niego, nawet do innego kraju. w razie czego wynająć nianię a na końcu posłać dziecko jak najszybciej do żłobka.

Mimo wszystko też jestem częściowo zwolennikiem takiego polskiego myślenia. Bo wkurzam się, że Młoda nadaje córce dziwaczne imię, chce iść zaraz do pracy i oddać kilkumiesięczne dziecko do żłobka i wiem, że jak tylko przyjedzie, wystartuje natychmiast z szukaniem pracy, bo nie będzie siedziała w domu.

Bo jadą od razu wszyscy razem, zamiast wysłać tatusia, aby, jak zorganizuje mieszkanie, ściągnął resztę towarzystwa. A ja uważam, że należy zoptymalizować przeprowadzkę a nie robić wszystkiego na wariata.

Bo nie kupili kołyski i po raz drugi uczą od maleńkiego spania swojego drugiego dziecka w swoim łóżeczku, testując jak długo będzie się darło po położeniu….Pierwsze do tej pory miewa kłopoty z zaśnięciem….

Dlatego też staram się ograniczyć moje dobre rady, uznając, że oni mają swój pogląd, żyją w takich a nie innych warunkach i bólem dla nich jest za duża ilość zwierząt hodowlanych na świecie bo emitują CO2 i będą tylko używali produktów Bio, co oczywiści dla mnie jako specjalisty od chemii jest fikcją. A także martwi ich to, że wzrasta populacja antyszczepionkowców. Ale pytanie- czy warto za wszelką cenę dojść swoich racji czy też mieć święty spokój? Próbuję szukać na ten temat dobrej i satysfakcjonującej odpowiedzi.

Myślę, że gdy jakoś się ogarną, dojdą do wniosku, że polska babcia mogłaby wpaść bo będzie to znacznie prostsze niż ich przyjazd do Polski taką ekipą. Tymczasem mam swoje zajęcia, hobby i miejsce na ziemi. I whatsuppa, na którym oglądam codziennie dzidzię…

Częściowo odpowiedź na moje rozdrapy daje sławna skądinąd i mądra modlitwa świętego Tomasza ( nie wiem czy do końca prawdziwa ale bardzo przemawiająca):

Panie, Ty wiesz lepiej, aniżeli ja sam, że się starzeję i pewnego dnia będę stary. Zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Odbierz mi chęć prostowania każdemu jego ścieżek. Uczyń mnie poważnym, lecz nie ponurym; czynnym lecz nie narzucającym się.Szkoda mi nie spożytkować wielkich zasobów mądrości, jakie posiadam, ale Ty Panie wiesz, że chciałbym zachować do końca paru przyjaciół. Wyzwól mój umysł od nie kończącego się brnięcia w szczegóły i daj mi skrzydeł, bym w lot przechodził do rzeczy. Zamknij mi usta w przedmiocie mych niedomagań i cierpień w miarę jak ich przybywa a chęć wyliczania ich staje się z upływem lat coraz słodsza.Nie proszę o łaskę rozkoszowania się opowieściami o cudzych cierpieniach,ale daj mi cierpliwość wysłuchania ich. Nie śmiem Cię prosić o lepszą pamięć,ale proszę Cię o większa pokorę i mniej niezachwianą pewność, gdy moje wspomnienia wydają się sprzeczne z cudzymi. Użycz mi chwalebnego poczucia, że czasami mogę się mylić.Zachowaj mnie miłym dla ludzi,choć z niektórymi z nich doprawdy trudno wytrzymać. Nie chcę być świętym, ale zgryźliwi starcy; to jeden ze szczytów osiągnięć szatana. 

I tego się trzymajmy

Posylwestrowe chillowanie

Leczę dziś w Nowym Roku kaca- otóż będąc wiecznie kierowcą, z reguły nie pijam na imprezach. Tymczasem wypadło mi spędzać tegorocznego Sylwestra nieopodal naszego domu, w odległości  2 przystanków tramwajowych. Gospodarzem był platoniczny przyjaciel naszej jeszcze nie do końca rozwiedzionej przyjaciółki. Pierwszy raz mieliśmy okazję go poznać. I okazało się, że jest całkiem dobrym gospodarzem , cały czas dbał o to aby kielichy były pełne. Jasiek ma dość dobrą tolerancję i trawi jakimiś niesamowitymi enzymami alkohol, mnie za to zmogło i pod koniec padłam w drugim pokoju, budząc się ponownie w okolicy 2 w nocy. Była wyłącznie czyściocha, więc i kac jest dość strawny, znacznie lżejszy aniżeli kac po napojach kolorowych….

Faktycznie impreza była z tych, których już raczej nie ma, królował dialog, gadaliśmy sobie z nowo poznanymi ludźmi a alkohol dość skutecznie języki rozwiązywał. Na szczęście nie było pisowców, więc tematy polityczne nie były obrabiane, jak również nie było narzekania. Kawałów było co niemiara, trochę spontanicznie puszczanej muzyczki. W domu tym nie ma telewizora, nie było więc ani Kozidrak ani osławionego Martyniuka i innych. Były niestety o północy petardy w dużych ilościach. Moje psy zostały w domu, zapaliliśmy im światełka oraz pozasłanialiśmy okna ale mimo to i tak Roleks zeżarł dermę na drzwiach. A nie tak dawno Jasiek ją próbował załatać. Podjęliśmy więc noworoczną inicjatywę, że zakupujemy nowe drzwi, bardziej szczelne bez potrzeby w ogóle zakładania dermy. Jest to rozwiązanie dość paskudne ale dobrze chroni przed hałasem hałasującej na korytarzu windy. Ale ryzyko, ze pies je zeżre przy kolejnym stresie, jest duże. Niestety Roleks tak ma. Strzały doprowadzają go do panicznego strachu i ucieczki przed siebie.

Nie wiem, czy ten rok był lepszy, gorszy…jakie to ma właściwie znaczenie. Najważniejsze, że dożyliśmy….kilku naszych znajomych i jeden kuzyn już nie żyje. Zmarł po rocznej walce z glejakiem. Na nowotwory nie ma mocnych. Pochowaliśmy też w maju nasze dwa stare psy i zaadoptowaliśmy jednego, prosto z budy z Golubia Dobrzynia…

Udało mi się zaliczyć pierwszy rok na pracującej emeryturze, uważam, że to doskonałe rozwiązanie. Przejście gwałtowne do całkowitego domowego życia, bez konieczności zdyscyplinowania się, przy całkiem jeszcze niezłej formie fizycznej i psychicznej może być stresujące. Mam znacznie więcej czasu dla siebie, wolne piątki i dłuższe weekendy są dobrodziejstwem zwłaszcza w tych czasach, gdzie nie można liczyć w firmie na szczególne wynagrodzenie. Ale i pozostały kontakty z ludźmi i robota. Generalnie wyszłam na tym lepiej, finansowo też.

W tym roku rozpoczęłam prace nad renowacjami skrzyń zegarowych i nie tylko, na realizację czeka ich znacznie więcej, ale i też pewne warunki muszą być spełnione. Muszę mieć miejsce na kurzenie się i smród odczynników, w domu oraz w domku na rancho można to robić w ograniczonym wymiarze. Dlatego teraz prace idą powoli. Ale ciągle kolekcjonuję sprzęt do renowacji.

No i last but not least – nowy członek rodziny, królewna jest ponoć aniołkiem, je dobrze, śpi i nie przeszkadza jej nawet zalany pampers. Nie lubi spać na płaskim, ale kołysana śpi na tyle, że można przy niej wiele zrobić.

Mam nadzieję, że niebawem Młodych odwiedzimy, nie wiem jeszcze kiedy i w jakich okolicznościach, bo szykują się do przeprowadzki. Bardzo bym chciała zajrzeć do Dublina ale raczej zdaję się na sugestię młodych jak i w jaki sposób zorganizują swoje najbliższe miesiące. Od lutego mój zięć zaczyna pracę na nowej uczelni jako młody pan profesor.

A tak, siedzimy i oglądamy Irlandczyka oraz inne hity z Netflixa…. Nawiązując do sugestii Kaliny – raczej Netflix nie zagrozi kinom. Całkiem inny odbiór. Ale fakt, że przez całe wolne dni nie oglądaliśmy staroci powtarzanych setki razy, ma swój smaczek. Ale znacznie inne doznania towarzyszą wyprawie i oglądaniu na dużym ekranie. Kino w bamboszach to coś całkiem innego.

No i tak się rozpoczął Nowy Rok, powoli, bez stresów, leniwie. Czasem trzeba wypocząć po prostu….

Tylko spokój…..

A więc – zostałam babcią po raz drugi. Przedwczoraj  koło południa Młoda urodziła dziewczynkę, wzrost 48 cm, waga 3500, bez komplikacji ( moja Młoda świetnie sobie radzi z porodami, zaraz po urodzeniu dostałam filmik jak mała ląduje na piersi matki, cała czarna główka. Potem dostałam filmik na którym Niuniek delikatnie i z wielką ciekawością dotyka maleńkiej a gdy nie daje sobie rady z cycem, lekko trąca jej policzki. Gdy mała zaczyna wrzeszczeć, śpiewa jej cichutko. Naprawdę wzruszająca scena jak bardzo Niuniek się przejął swoją rolą starszego brata, raczej domniemywałam że będzie chciał małej wydłubać oko…ze swoim temperamentem…

Święta bez stresu – tegoroczną ideę realizuję konsekwentnie. Siedziałam od piątku do niedzieli na działce i w spokoju ducha przygotowywałam półprodukty do ciast, sałatki,  słowem to, co nie wymaga pieczenia, bo nie mam tam póki co pieca. W międzyczasie też ustroiłam lampkami wnętrze, dołożyłam bombek na choinkę i zrobiło się prawdziwie ciepło i domowo. Planujemy- o ile się coś nie zmieni, pojechać tam w pierwszy i drugi dzień Świąt. Ja też planuję zaliczać tam inne wolne dni i coś podłubać, zależy to jednak głównie od pogody. I też pracy Jaśka, który teraz zbiera żniwo, bo mnóstwo jest chętnych do zrobienia zegara czy zegarka dla ojca czy babci na święta.

Mogę się pochwalić, że nie byłam w ani jednej galerii handlowej, wszystkie prezenty przyszły z allegro, dzięki opcji smart też co nieco oszczędziłam na dostawie. Nie na moje nerwy było patrzenie się na przewalające się tłumy, raz byliśmy w Galerii Północnej około 21 i wtedy było wyjątkowo spokojnie. Ale patrząc na zmęczone twarze kasjerek, widać było ich wysiłek, domyślam się, że pracują ciężko, głównie zresztą są to dziewczyny z Ukrainy i nie napyskują.

Natomiast wreszcie znalazłam czas aby odwiedzić macochę u której nie byliśmy lata świetlne, kapitana Mata z małżonką, Klub Miłośników Zegarów i Zegarków na wigilijnej imprezie w siedzibie Victorinoxu 9 tych od scyzoryków, ale i zegarki robią),  jak również wczoraj spędziliśmy przemiły wieczór z kolędami w naszej zaprzyjaźnionej Zegarmistrzowskiej.  Już umawiamy się u nich na licytacje Wielkiej Orkiestry, zawsze są to niezwykle udane imprezy i kupa ludzi przychodzi. Sadyba to bardzo zintegrowana dzielnica.

Moja koleżanka, o której wspomniałam, nie rozwiodła się na pierwszej rozprawie, brakowało jakichś dokumentów i sprawę przełożono do lutego. Ale jej nie przeszkodziło pojechać ze swoim platonicznym przyjacielem do ciepłych krajów. Pozazdrościć takiego przyjaciela, w takiej gorączce okołorozwodowej łatwo wpaść w głupie relacje męsko damskie i potem tego żałować…..

Nawet w firmie spokój, baby pobrały wolne i siedzą w domu, sprzątają i gotują. Inne narzekają bo tradycyjnie wzięły ciężar ponad siły. Osobiście urlop wolę konsumować gdy jest ciepło. A tak w miłym męskim gronie obgadujemy czy dyrekcja przetrwa wizytację naszego namiestnika z Poleczki czy nie. Ponoć mają taki miły zwyczaj, że przyjeżdżają z gotowym wymówieniem dla dyrekcji.

Ale i to mnie nie wyprowadza z równowagi.

A więc, tradycyjnie życzę moim współblogerkom, które zaglądają tutaj spokoju ducha. Zbytni stres jest przyczyną choróbsk. Nie da się zjeść dwóch kolacji na raz jak również siedzieć na kilku krzesłach jednocześnie. Dajmy sobie czas na przyjemności i sporo dni wolnych wykorzystajmy aby je spędzić po prostu miło, unikając toksycznej rodziny, wkurzających krewnych czy irytujących znajomych. W końcu te dni są po to nam darowane…..