Chyba czas nadszedł na nową notkę. Zmęczyła mnie zima w tym roku. Wszelkie gadanie o płonącej planecie można sobie wsadzić … w skarpety. Ciągle jest mróz, co powoduje, że mieszkanie na dwa fronty jest niezmiernie upierdliwe. Jak zajrzałam do mojego bloga to pisałam dość dawno, 8 stycznia. Dziś jest już 18 luty. Tak naprawdę to moje życie polega na mieszkaniu w Warszawie od poniedziałku do czwartku, w którym to wyjeżdżam zaraz po pracy mieszkać na rancho. I tam palimy w piecu.
Chałupa zdała egzamin, crash test z ogrzewania wypadł znakomicie, oprócz momentu, gdy zatkało nam komin. I było to w czasie tych największych mrozów. W domu panowało +10 a piec walił do wewnątrz i pojawił się czad, o czym nie omieszkał poinformować nas czujnik. Do tego, tego dnia byliśmy w teatrze i wróciliśmy na wiochę dość późno. Oprócz tego, że było zimno to musieliśmy otworzyć okna, gdyż czujnik ciągle wskazywał dość wysoki poziom czadu. Dopiero koło drugiej w nocy wywietrzyło się na tyle abym zdecydowała się zasnąć i grzaliśmy się prądem czyli taką dmuchawką i piecem olejowym. Sama nie wiem ile zapłacę za prąd i przyznam, że boję się tego rachunku. Energa podniosła opłaty, niestety. Ale za to mam spore nadwyżki w Warszawie na zużyciu wody, więc bilans jakoś wychodzi mniej więcej na zero.
A propos ogrzewania, zdobyliśmy spore doświadczenie w tej materii. I przyznam, że wkurza mnie to, że ekopierdoły tworzą się w krajach ,które tak naprawdę nie mają do czynienia z prawdziwymi zimami. Moja Młoda faktycznie może sobie grzać chałupę pompą ciepła bo w Holandii temperatura minus 2 powoduje ogłoszenie stanu klęski żywiołowej a dzieci nie chodzą do szkoły. W Polsce pisze się o ludziach, którzy zdecydowali się na ogrzewanie elektryczne, które jest faktycznie skuteczne tylko do niewielkich minusów, ale gdy temperatura zbliża się do -20, te systemy zaczęły działać jak farelki i żreć prąd. Ci co jeszcze nie skasowali kopciuchów lub gdzieś je schowali, szybko wrócili do tego systemu ogrzewania, aby nie popaść w długi.
Normalnie palimy w naszym kominku – a jest to typ wolnostojącej kozy, na nóżkach z rozprowadzeniem płynu grzejnego po całej chałupie. Koza ta o wdzięcznej nazwie Leon podobno ma nawet jakiś certyfikat, bo kupiliśmy ją stosunkowo niedawno. Można w niej palić teoretycznie tylko drewnem, ale stosujemy również kostki RUF, kostki z torfu ( tzw brykiet torfowy) oraz węgiel. Węgiel jest w zasadzie nie rekomendowany, ale raczej z tego powodu, że pali się w zbyt wysokiej temperaturze. Takiej kozy nie można ładować jak lokomotywy czy pieca kaflowego. Ideą tego pieca nie jest hajcowanie ale nagrzewanie płynu grzewczego ( jest to glikol z wodą), aby ciecz osiągnęła odpowiednią temperaturę w rurach.
Niemniej jednak pewien dodatek węgla jest bardzo pożądany gdyż trzyma ciepło i zapewnia wyższą temperaturę, co jest ważne w nocy. W jakimś stopniu funkcję podtrzymującą spełniają kostki zwane brykietem torfowym. Jest to produkt sprowadzany głównie z Białorusi, więc nie jest chwalony jako ekologiczny choć w całej pełni na takie miano zasługuje. Daje od metra popiołu ale ładując 3-4 takie kostki wieczorem, ok 22, rano żarzą się jeszcze i dają ciepło.
Oczywiście dobrze wysuszone drewno zapewnia bardzo szybki wzrost temperatury, ale spala się w dość krótkim czasie. Mamy zapasy drewna, które się suszy a i tak po przyniesieniu jest dodatkowo dosuszone na piecu. Z uwagi na to, że w zasadzie nie planowaliśmy zimowego pobytu, nie zgromadziliśmy takiego super wysuszonego drewna, co leży kilka lat. Takie drewno z drzew liściastych pali się długo i daje sporo ciepła a do tego nie zasyfia szyby. Ma to znaczenie jeśli chodzi o walory estetyczne.
No i jeszcze o kostkach RUF. Ich wydajność zależy od tego z czego są zrobione. Te z drzew iglastych palą się żywiołowo, ale krótko. Są znacznie tańsze od RUF-ów z drzew liściastych i według mnie są idealne do rozpalania. RUF-y liściaste palą się znacznie dłużej. Gdy piec jest zimny, szybkość rozpalenia i osiągnięcia temperatury pieca ma znaczenie.
Ja jestem nieskażona paleniem w piecu, zawsze mieszkałam w bloku z centralnym ogrzewaniem. Jasiek z kolei latami palił w piecu, kominkach i innych tego typu urządzeniach. Więc ja nie mam zastrzeżeń do kupowania tzw. rozpałek w postaci kostek i rozpalaniem RUF-ami. Natomiast Jasiek miesiącami szykował do rozpałki szczapki, rąbał kawałki, śmiecił i niszczył terakotę. Rozpalał klasycznie i po harcersku. Ale ostatnio widzę, że coraz częściej rozpala po nowemu.
Reasumując, mniej lub bardziej opanowaliśmy mieszkanie na wsi. Ale faktycznie uciążliwy jest pył, różne temperatury na górze i dole. Ale na szczęście na pięterku jest cieplutko. I jakoś do tej pory ani razu nie miałam nawet kataru, pomimo mrozu. Co prawda bardzo teraz lansuje się piece na pellet ale surowa zima spowodowała, że pellet teraz chyba jest droższy od węgla a piec jest drogi.
Więc ekologia idzie się gonić, gdy mróz szczypie.
A w kwestii szczeniąt, jedna suczka już w nowym domu a druga ć może jutro pójdzie. Zostają dwa maluchy. Jedną z nich, najmniejszą sobie zostawiamy. Co będzie z drugą- zobaczymy. W każdym razie domy sprawdzamy…..
