Teoria i praktyka palenia

Chyba czas nadszedł na nową notkę. Zmęczyła mnie zima w tym roku. Wszelkie gadanie o płonącej planecie można sobie wsadzić … w skarpety. Ciągle jest mróz, co powoduje, że mieszkanie na dwa fronty jest niezmiernie upierdliwe. Jak zajrzałam do mojego bloga to pisałam dość dawno, 8 stycznia. Dziś jest już 18 luty. Tak naprawdę to moje życie polega na mieszkaniu w Warszawie od poniedziałku do czwartku, w którym to wyjeżdżam zaraz po pracy mieszkać na rancho. I tam palimy w piecu.

Chałupa zdała egzamin, crash test z ogrzewania wypadł znakomicie, oprócz momentu, gdy zatkało nam komin. I było to w czasie tych największych mrozów. W domu panowało +10 a piec walił do wewnątrz i pojawił się czad, o czym nie omieszkał poinformować nas czujnik. Do  tego, tego dnia byliśmy w teatrze i wróciliśmy na wiochę dość późno. Oprócz tego, że było zimno to musieliśmy otworzyć okna, gdyż czujnik ciągle wskazywał dość wysoki poziom czadu. Dopiero koło drugiej w nocy wywietrzyło się na tyle abym zdecydowała się zasnąć i grzaliśmy się prądem czyli taką dmuchawką i piecem olejowym. Sama nie wiem ile zapłacę za prąd i przyznam, że boję się tego rachunku. Energa podniosła opłaty, niestety. Ale za to mam spore nadwyżki w Warszawie na zużyciu wody, więc bilans jakoś wychodzi mniej więcej na zero.

A propos ogrzewania, zdobyliśmy spore doświadczenie w tej materii. I przyznam, że wkurza mnie to, że ekopierdoły tworzą się w krajach ,które tak naprawdę nie mają do czynienia z prawdziwymi zimami. Moja Młoda faktycznie może sobie grzać chałupę pompą ciepła bo w Holandii temperatura minus 2 powoduje ogłoszenie stanu klęski żywiołowej a dzieci nie chodzą do szkoły. W Polsce pisze się o ludziach, którzy zdecydowali się na ogrzewanie elektryczne, które jest faktycznie skuteczne tylko do niewielkich minusów, ale gdy temperatura zbliża się do -20, te systemy zaczęły działać jak farelki i żreć prąd. Ci co jeszcze nie skasowali kopciuchów lub gdzieś je schowali, szybko wrócili do tego systemu ogrzewania, aby nie popaść w długi.

Normalnie palimy w naszym kominku – a jest to typ wolnostojącej kozy, na nóżkach z rozprowadzeniem płynu grzejnego po całej chałupie. Koza ta o wdzięcznej nazwie Leon podobno ma nawet jakiś certyfikat, bo kupiliśmy ją stosunkowo niedawno. Można w niej palić teoretycznie tylko drewnem, ale stosujemy również kostki RUF, kostki z torfu ( tzw brykiet torfowy) oraz węgiel. Węgiel jest w zasadzie nie rekomendowany, ale raczej z tego powodu, że pali się w zbyt wysokiej temperaturze. Takiej kozy nie można ładować jak lokomotywy czy pieca kaflowego. Ideą tego pieca nie jest hajcowanie ale nagrzewanie płynu grzewczego ( jest to glikol z wodą), aby ciecz osiągnęła odpowiednią temperaturę w rurach.

Niemniej jednak pewien dodatek węgla jest bardzo pożądany gdyż trzyma ciepło i zapewnia wyższą temperaturę, co jest ważne w nocy. W jakimś stopniu funkcję podtrzymującą spełniają kostki zwane brykietem torfowym. Jest to produkt sprowadzany głównie z Białorusi, więc nie jest chwalony jako ekologiczny choć w całej pełni na takie miano zasługuje. Daje od metra popiołu ale ładując 3-4 takie kostki wieczorem, ok 22, rano żarzą się jeszcze i dają ciepło.

Oczywiście dobrze wysuszone drewno zapewnia bardzo szybki wzrost temperatury, ale spala się w dość krótkim czasie. Mamy zapasy drewna, które się suszy a i tak po przyniesieniu jest dodatkowo dosuszone na piecu. Z uwagi na to, że w zasadzie nie planowaliśmy zimowego pobytu, nie zgromadziliśmy takiego super wysuszonego drewna, co leży kilka lat. Takie drewno z drzew liściastych pali się długo i daje sporo ciepła a do tego nie zasyfia szyby. Ma to znaczenie jeśli chodzi o walory estetyczne.

No i jeszcze o kostkach RUF. Ich wydajność zależy od tego z czego są zrobione. Te z drzew iglastych palą się żywiołowo, ale krótko. Są znacznie tańsze od RUF-ów z drzew liściastych i według mnie są idealne do rozpalania.  RUF-y liściaste palą się znacznie dłużej. Gdy piec jest zimny, szybkość rozpalenia i osiągnięcia temperatury pieca ma znaczenie.   

Ja jestem nieskażona paleniem w piecu, zawsze mieszkałam w bloku z centralnym ogrzewaniem. Jasiek z kolei latami palił w piecu, kominkach i innych tego typu urządzeniach. Więc ja nie mam zastrzeżeń do kupowania tzw. rozpałek w postaci kostek i rozpalaniem RUF-ami. Natomiast Jasiek miesiącami szykował do rozpałki szczapki, rąbał kawałki, śmiecił i niszczył terakotę. Rozpalał klasycznie i po harcersku. Ale ostatnio widzę, że coraz częściej rozpala po nowemu.

Reasumując, mniej lub bardziej opanowaliśmy mieszkanie na wsi. Ale faktycznie uciążliwy jest pył, różne temperatury na górze i dole. Ale na szczęście na pięterku jest cieplutko. I jakoś do tej pory ani razu nie miałam nawet kataru, pomimo mrozu. Co prawda bardzo teraz lansuje się piece na pellet ale surowa zima spowodowała, że pellet teraz chyba jest droższy od węgla a piec jest drogi.

Więc ekologia idzie się gonić, gdy mróz szczypie.

A w kwestii szczeniąt, jedna suczka już w nowym domu a druga ć może jutro pójdzie. Zostają dwa maluchy. Jedną z nich, najmniejszą sobie zostawiamy. Co będzie z drugą- zobaczymy. W każdym razie domy sprawdzamy…..

sezon na dobroczynność start

Jest mi bardzo smutno, bo wczoraj wieczorem niespodziewanie odeszła za Tęczowy Most moja ulubiona młodziutka sunia, Hebanowa tak ją nazwałam, bo miała piękną czarną sierść, szlachetne ruchy i była bardzo wyważona. Planowałam sobie ją zostawić, była tak fajna. Nie wiem, co było tego przyczyną, faktycznie kiedyś mocno zapiszczała, tak jakby ktoś ją uszkodził, obserwowaliśmy ją, ale za jakiś czas przeszło i wyglądało jakby nic się nie stało. Więc nie było powodu, aby udać się do weterynarza. Suczki moje ciągle się bawią, latają jak wariatki, i jedna z nich , zapewne wskutek tego miała wypadniętą trzecią powiekę, co skończyło się interwencją lekarską. Tak na co dzień na okrągło biegają, szaleją, przekomarzają się, więc możliwe, że coś zostało u malutkiej uszkodzone. Nie wiem, nie mam serca wozić ją na sekcję. Szczenięta są delikatne, więc wszystko jest prawdopodobne, ale mam głęboki żal, który we mnie zostaje. Fatalny początek psiego roku….

******

Po powrocie do pracy i oddaniu raportu, który dręczył mnie do Sylwestra, zrobiło się, jak co roku luźno. Dowiedziałam się, że moja znakomita współpracownica najprawdopodobniej jest w ciąży z drugim dzieckiem. Z jednej strony gratulacje a z drugiej, to naprawdę mądra dziewczyna i takiej będzie trzeba ze świeca szukać, pomimo młodego wieku tyle się nauczyła i potrafi zrobić. Ale tak już jest, że młodzi albo odchodzą w poszukiwaniu lepszej pracy albo tez dziewczyny zachodzą….takie jest życie.

******

Znów rozpoczyna się kampania na rzecz Owsiaka, która zalewa media zarówno in plus i in minus. Przed laty byłam zwolenniczką Orkiestry, bo wtedy praktycznie innej działalności charytatywnej nie było. Teraz jest taka wielka podaż wszelkiej możliwości sposobów udzielania pomocy, że w zasadzie każdy może pomagać i wpłacać komu chce i na co chce, o ile ma na to siły i środki.

Mój entuzjazm na zasilanie  WOŚP od kilku lat opadł… ile można zbierać na sprzęt, gdy producenci są gotowi negocjować warunki płatności ze szpitalami, które również posiadają swoje własne konta i chętnie przyjmują cegiełki. Są liczne fundacje, zbiórki, kwesty, Siepomaga, w których środki idą na konkretnych beneficjentów, jest 1,5% z podatku – nic tylko wybierać. Można pomagać zwierzakom -psom, kotom czy jeżom, starcom i bezdomnym, zbierać na lek na SMA, operacje na serce dzieci, na biblioteki i edukację, na terapie i rehabilitacje chorych. Akurat fakt zbierania pieniędzy na zakup sprzętu do szpitali jest dla mnie mocno up-to date i bynajmniej nie jest już inspirujący. Tym bardziej, że w ochronie zdrowia brak sprzętu nie jest już problemem zasadniczym.

Mnie prawdę mówiąc obrzydza polityczny wymiar kampanii, od kilku lat Owsiak ewidentnie opowiada się za określoną opcją, zasilanie jego zbiórki nieomalże staje się sprawą publiczną. Nie płacąc na Orkiestrę nie jestem, jak to się sugeruje, zwolennikiem „grzyba z Torunia” czy Caritasu ale tak się składa, że moją ulubioną fundacją jest Fundacja dla Szczeniąt Judyta. Oczywiście zasilam też zbiórki na ludzi chorych i cierpiących niekoniecznie dzieci, ale nie na tych medialnych ale na takich, gdzie jest realna potrzeba a zasięg niewielki i wpłaty beznadziejnie małe.

Do tego wkurza mnie fakt, że na przykład w Lidlu płacąc za zakupy musze kliknąć krzyżyk, ze nie wpłacam haraczu na Owsiaka. Bo inaczej jest to ze mnie ściągane. W Biedronce ponoć to samo, ale tam nie chadzam. Podobnie nie pijam kawy na Orlenie i nie klikam na serduszko w m-banku. Oburzające jest przymuszanie do dobroczynności.

Natomiast wierzę w to, że to co robi Owsiak jest w granicach prawa. Za swoje dochody zapewne utrzymuje armię prawników, którzy nie dadzą możliwości przyczepienia się do czegokolwiek. Dostaje olbrzymie możliwości w zakresie czasu antenowego, na propagandę, sądzę, że część aktualnie prowadzących akcji propagandowych jest też przez niego sponsorowana. Sądzę również że w takim X dyskusje są prowokowane, aby zainteresowanie nie spadło. Stąd ludziom podbija się adrenalinę na ten temat. Doprowadza to do histerii, że jacyś ludzie na przykład „życzą mu śmierci”.

Wczoraj oglądałam w TVN, choć tej stacji nie lubię, program, jak Chat GTP może zmanipulować ludzi do tego stopnia, że potrafią wejść w autentyczne relacje z fikcyjną i wirtualną wygenerowaną postacią, że na jej sugestie potrafią odebrać sobie życie. I wierzę, że Owsiak również wdraża w działaniu jakieś mechanizmy, zniewalające ludzi i ich umysły, dla których intencja kupowania i późniejszego komercyjnego wynajmu sprzętów szpitalom jawi się jako szczyt dobroczynności i szlachetności. Świadczy o tym poziom dyskusji i jej temperatura. Otóż powiedzmy sobie szczerze – nie wpłacanie, bądź wpłacanie na Orkiestrę Owsiaka o niczym nie świadczy a już w żadnym wypadku o szlachetności czy wielkim sercu. Duże zyski tej fundacji są nie z puszek ale z operacji finansowych. Normalni ludzie również nie wpłacają setek tysięcy złotych aby obejrzeć dom Katarzyny Dowbor z jej psami czy za jakieś pantofle gwiazdy albo amatorskie szkice celebrytów. Jedynym celem takich działań jest chęć atencji, zwrócenie na siebie uwagi i zostało to już wielokrotnie wyszydzone. A za tym idą pieniądze.

Dlatego też ze spokojem ducha obserwuję te walki, które de facto nie są niczym innym jak kolejną naparzanką, próbą skłócania i dzielenia narodu, który z niewiadomych przyczyn, bierze w tym udział.

A rozwiązanie jest proste – popierasz działania Owsiaka i chcesz wesprzeć – twoja sprawa. Nikt nie ma prawa tego krytykować, bo to twoje pieniądze i możesz z nimi zrobić co chcesz.  Jeśli nie chcesz tam wpłacać a masz poczucie, że pomógłbyś komuś- jest setki innych bardzo nie cierpiących zwłoki potrzeb, które twoja złotówka może zaspokoić . Wybór należy do ciebie….

No i już po Sylwestrze….

Wreszcie mogę odpocząć w domu.  Ostatnie dni, święta, opieka nad psami, teraz praca, którą skończyłam dopiero wczoraj około 14 i wysłałam raport, wykończyły mnie. Powoli odreagowuję, tym bardziej, że jeszcze w międzyczasie zaliczyłam teatr i imprezę sylwestrową. Od jakiegoś czasu, dzięki naszym dobrym znajomym, którzy zasadniczo stali się naszymi nowymi przyjaciółmi (zadaje to kłam temu, ze niektórzy mówią, że w starczym wieku znajomości już się nie nawiązuje(?)) mamy dostęp do kółka teatromaniaków i biletów w rozsądnej cenie. W przeddzień sylwestra poszliśmy na sztukę, która okazała się premierą a tutaj link https://powszechny.com/pl/spektakle/very-very-happy-end. Sztuka okazała się dobrą opcją na rozpoczęcie przednoworocznych bilansów, przygotowań i ogólnie zapewniła miły wieczór.

Smaczku całej historii nadaje fakt, że dokładnie w tym momencie rozpoczęła się gigantyczna śnieżyca, jechałam do teatru ze strachem w oczach taplając się w muldach i nieodśnieżonych ulicach z marną widocznością. Miałam się spotkać z Jaśkiem, ale się spóźnił, jadąc ambitnie z rancho prawie 2 godziny. Ale w końcu spóźnił się nie tak dużo, dał radę wejść. Ja odradzałam mu jazdę w ogóle, ale on kocha teatr…

Z uwagi na psy, Jasiek zaraz po sztuce pojechał na rancho. Byłam pełna podziwu dla niego, śnieg walił jak opętany, noc głucha. On ostatnio nie był w zbyt dobrej formie, ale po północy dotarł. Dopiero na Sylwestra postanowiliśmy psy zostawić same w domu. Fakt, tam zasadniczo nie strzelają.

 Ja miałam jeszcze dzień na skończenie raportu, więc zostałam w Warszawie.  Od kilku dni chodziłam spać po północy aby robić te cholerne obliczenia, nie miałam zdrowia na dojazdy. Nie jestem firmą konsultingową, zwykle zachodni producenci  wynajmują takie do obliczeń, których jest mnóstwo dla każdego preparatu. Ale naszych firm na to nie stać. Cała ta sytuacja jest jedną wielką paranoją, którą fundują eurokratyczne przepisy. Celem tych przepisów jest wykluczyć z rynku małych producentów, którzy, aby wejść na rynek, muszą dostać zezwolenie. Aby je dostać, muszą zamawiać  bzdurne badania i robić obliczenia psu na budę. Ich produkty zwykle są kalką tych zachodnich a aktywne substancje są w ilości ograniczonej – takie na przykład ACE niewiele się różni od krajowych odpowiedników. Firma – koncern, typu Johnson and Johnson wrzuca sobie w koszty produkcji koszt utrzymania takiej firmy konsultingowej  i ma wszystko  gdzieś. Firma zarabia, ludzie mają co robić a dla produkcji dużych koncernów taki koszt jest jak splunąć. Bo są to ogromne kwoty.  Co innego nasze firmy….dla nich koszt badań dochodzi czasem do ponad 200 000 zł plus koszty rejestracji w Urzędzie i są to koszty zabójcze. No i nie ma za bardzo takich firm w Polsce a wynajęcie zachodniej – szkoda gadać, raczej nikogo na to nie stać.

Zrobiłam więc raport na miarę moich możliwości, bez wodotrysków czyli masy obliczeń. Ciekawe kiedy Urząd prześle uwagi – za rok czy dwa?? Bo takie są ich możliwości weryfikacji co nadaje sprawom dodatkowego smaczku. Ale raport poszedł a ja poczułam się jakby ktoś ze mnie zdjął garba.

Wreszcie mogłam pomyśleć o Sylwestrze. W głębi duszy marzył mi się święty spokój ale mój nieustraszony małżonek postanowił skorzystać  z zaproszenia kuzynów, oczywiście nie znaliśmy nikogo z gości. Byłam wściekła, zmęczona ale nie mogłam mu tego zrobić, aby nie pójść, więc nie narzekałam. Ponad dwie godziny jechaliśmy z Tarchomina na Grochów a wskutek śniegu znalezienie miejsca do zaparkowania graniczyło z cudem. Już miałam zacząć narzekać, zresztą Jasiek sam w końcu uznał, że może starczy tego szukania, gdy nagle naszym oczom ukazało się wolne miejsce przy kapliczce. Matka Boska postanowiła popilnować naszego Dustera i był to znak, aby jednak nie rezygnować. Poszliśmy i nie żałowałam wcale. Wypiłam sobie  z radości, aby wyluzować, z góry wiedziałam, że nie będę prowadziła więc moja kolej – zwykle pije mój chłop.  Ciekawi ludzie, świetne gadki, luz i zero spiny. Bardzo rzadko mi się ostatnio takie imprezy trafiały. Wyszliśmy o trzeciej gdy już zasypiałam. Nie wiedziałam, że jako stara baba będę jeszcze brała udział w takich fajnych imprezkach.

No i dziś jestem lekko padnięta. Jasiek pojechał doglądać psów, pierwszy raz zostały same . Na szczęście strat w „ludziach i sprzęcie” nie było zanadto, oprócz porwanego papieru toaletowego. Kup jeszcze nie policzył.  

Zostałam jeszcze w domu i dzięki temu posłuchałam z dużą radością koncertu noworocznego z Wiednia. W tym roku dyrygował fantastyczny młody a już prominentny dyrygent pochodzenia kanadyjskiego Yannick Nézet-Séguina. Co będę mówiła – sami posłuchajcie na youtube, jeśli tego nie zrobiliście, naprawdę fajny radosny koncert :

A więc Nowy Rok się rozpoczął. Jaki będzie – zobaczymy. Oby dla nas był jak najlepszy! Tego sobie życzmy, bez nadmiernych oczekiwań. Oby tylko zdrowie było. Reszta się jakoś zdarzy i wydarzy….W pewnym wieku człowiek się zastanawia ile jeszcze takich Sylwestrów będzie dane mu przeżyć….

wieści z psiej rodzinki i o chorowaniu

Blog chyba się na mnie śmiertelnie obraził, bo nie pisałam już tak dawno…ale tak się skomplikowało, że naprawdę nie mam kiedy pisać. A o czym to by było.
Otóż aktualnie mieszkamy fifty-fifty na rancho i w Warszawie. Przyczyną jest posiadanie psiej rodzinki, która sobie całkiem fajne gniazdko uwiła naszym kosztem. Parka piesków, którą przyprowadził nasz sąsiad, nie tylko się zalęgła, ale też rozmnożyła. Sąsiad całkiem przestał poczuwać się do nich, choć czasem pogłaszcze. i to wszystko.
Suczka niespodziewanie urodziła szósteczkę szczeniąt. Ja nie jestem w stanie usypiać nie tylko chorych zwierząt, robić aborcyjne sterylki, więc wzięłam na siebie garba w postaci odchowania przychówku. Ma to swoje dobre strony- pieseczki są urocze, towarzyskie i obserwowanie ich sprawia niekłamaną przyjemność, ale i złe strony – wychowanie, nauka sikania w określonych miejscach, zbieranie kup a gdy się zapuści podłogę (co często robi mój mąż), sprzątnie jest horrorem. Przyznam, że dopiero teraz, gdy skończyły 3 miesiące, są względnie do ogarnięcia. Czyli nie latam z mopem na żądanie, wiem kiedy chcą wyjść na dwór, do tego śpią z nami na górze i nie budzą wściekłym wrzaskiem o 4 nad ranem, jak wtedy, gdy były zamykane na noc do klatki kennelowej. Tak, wychowanie szczeniąt zawiera te same aspekty czasowe co opieka nad niemowlakiem. Teraz już nie leją do klatki – choć chodzą do niej spać, nawet w ciągu dnia. Z dumą obserwuję, jak uczą się sikać na maty- instrukcje wychowania mówią, że trzeba szczenię chwalić, co robię.
Chłopczyk już poszedł do adopcji – kolega znalazł rodzinę, która zaakceptowała pieska i jest od prawie miesiąca z nimi. Pozostało 5 dziewczynek, do tego czarnych, co a jakichś powodów jest wadą. Próbujemy ruszyć z kampanią szukania domków, mają już szczepienia i odrobaczenia. Na razie aktywizujemy zaprzyjaźnione fundacje. Sprawa nie jest prosta, ilość bezdomnych szczeniąt jest horrendalnie wysoka, na facebooku i innych portalach są ich dziesiątki. Ale nie tracę nadziei, bo sunie są bardzo zsocjalizowane, kontaktowe i kto wie, może się uda. Do tego będą raczej malutkie, i krótkowłose.
Więc robimy tak, aby zawsze ktoś z nas na rancho wieczorami lub w ciągu dnia był. Początek tygodnia przypada na Jaśka, bo nie ma dyscypliny pracy, po czym od czwartku po pracy przyjeżdżam ja. Jak uda się być dwa-trzy wieczory razem, to jest ok, bo on musi też swoje sprawy załatwiać. Dojeżdżanie jest koszmarem i staramy się je minimalizować.
Ciągle jeszcze pracuję, ale coraz mniej mi się chce. Pewnie i wiek robi swoje, dystans do tego, co się właściwie robi- odróżniam pracę rzeczywistą od dogadzania gryzipiórom i urzędasom od badania zgodności z normami europejskimi. Jeśli większość mojej pracy to wyważanie drzwi otwartych na przykład udowadnianie, że płyn do kibla nie wybucha i pisanie idiotycznych raportów albo obliczanie oceny ryzyka na podstawie parametrów wziętych z dupy. Natomiast ciągle jeszcze mam swój aparat i wykonuję badania rzeczywiste, dla kogoś, kogo te wyniki są interesujące i czemuś służą i to mnie jeszcze jakoś tam trzyma. Nie ukrywam, gdy w czwartek przyjeżdżam na rancho do ciepłego domeczku to jakoś robi się lekko na sercu. Pomimo zapieprzania, bo zwykle mąż zostawia syf.
Mam niestety zmartwienie z kolanami, zaczynam przechodzić na metody starych babek i zielarzy. Ortopeda zalecił wymianę stawów kolanowych, oświadczyłam, że pod nóż zawsze zdążę pójść. Tym bardziej, że operacje kolan nie zawsze kończą się sukcesem, zostaje się kuśtykającą nie w pełni sprawną osobą. Laska jest wówczas niezbędna aby się w ogóle poruszać. Gdy zapowiedziałam, że nie do końca mi się taka koncepcja podoba i raczej wierzę w rehabilitacje, basen a czasem rower, od czasu do czasu diklofenak a ostatnio mazidła z żywokostu, smalcu gęsiego i to pozwala się ruszać jako tako to doktor zaproponował dodatkowo okłady z ziaren gorczycy i za to go doceniłam. Mam zamiar uszyć dwa woreczki, gorczycę już nabyłam. Trochę boję się częstego brania diklofenaku ze względu na jego toksyczność, stosuję środki o kontrolowanym uwalnianiu i to okazjonalnie, licząc, że wątroby to nie schlasta. Rzeczą nie w porządku są reklamy tych środków- faktycznie znoszą ból ale przyczyny nie likwidują. Wszelkiego typu Ketonale nie mogą być jedzone jak cukierki. Czekam na działanie tych mazi. Ale niestety w stanach ostrych nie działają. I nikt jeszcze nie wymyślił jak rozpuszczać osteofity, które pojawiają się ze starością. A szarlatani nawet na facebooku proponują takie właśnie specyfiki.
Mój małżonek zaczyna mieć spore problemy z pamięcią. I to jest główny mój ból. Jak to facet, robi ze wszystkiego dramy. Ale zdarzyło się, że zawalił kilka spraw i to istotnych. nie do końca mogę mu teraz ufać i wszystko musi być kontrolowane, w domu i firmie. Męczy mnie to i osłabia mentalnie. Według mnie- mówię to nie będąc lekarzem, jest to pewien uboczny skutek jego choroby Hashimoto, niedoczynności tarczycy, który opisuje się jako mgła mózgowa. Siada pamięć krótkotrwała, poczucie równowagi, nic nie pamięta momentami. Naczytałam się nie tylko w googlach ale też ściągnęłam kilka amerykańskich pism recenzowanych, że ok około 2021 roku opublikowano takie przypadki, wynikające ze złej pracy tarczycy. Tym bardziej, że mój małżonek, nie mając już tego organu wskutek choroby autoimmunologicznej, dość ryzykownie podchodził do regularnego brania hormonów. Nakupiłam suplementów w tym selen, cynk i inne zalecane pierwiastki. Zaczęłam go bardziej pilnować i zaczynam obserwować nawet pewne pozytywne efekty, choć niestety czasem sprawia wrażenie całkiem nieogarniętego. Wyniki badań ma ok, poziom zwapnienia żył w normie, tomografia mózgu nic nie wykryła. Jednakowoż jego endokrynolog ściął się ze mną, że nie ma czegoś takiego jak „mgła mózgowa”. Odpuściłam bo nie chcę być za mądra, ale po raz kolejny podważyło to moje zaufanie do kadry medycznej. Bo określenie „brain fog” w kontekście choroby Hashimoto z opisem znalazłam w pismach opublikowanych w z PubMedzie. Więc niech on leczy hormonami i bierze suplementy, które polecam ja i google. Fakt, ta choroba u facetów całkiem inaczej przebiega niż u kobiet, one zwykle mają problemy z ciążą i tyciem.


Wsi spokojna, wsi wesoła – będzie to temat na kolejne rozważania, mam nadzieję, że przerwa w pisaniu nie będzie aż taka długa…..

Psi wpis na dzień dzisiejszy…

Postanowiłam jednak coś napisać, choć od wielu miesięcy trapi mnie niemoc twórcza i zmęczenie. To wszystko za sprawą wielu czynników. W tym zmęczenia materii…

Mieszkanie na rancho jest świetne ale latem. Z jednej stronie nie mieszkałam tak długo na wsi. Zwykle już pod koniec sierpnia zwijałam się, ograniczając swoje wypady do weekendów. W tym roku zostaliśmy szkaradnie wrobieni przez sąsiada. Otóż przygarnął wiosną dwa niewielkie psy, kundelki, którymi kompletnie się nie zajmował. Początkowo okazywał entuzjazm, ale teraz go w ogóle nie obchodzą. Więc te psy po prostu uznały nasz dom za swój. Biorąc pod uwagę, że mam miękkie serce, powinnam mieć twardą dupę, ale nie mam. Więc oczywiście zaczęliśmy dawać im jeść, bo inaczej chodziłyby głodne. I tak staliśmy się w pewnym sensie posiadaczami nie dwóch psów, ale czterech. Gdy wyjechaliśmy w Bory Tucholskie z naszymi, te psy ze wsi sobie jakoś radziły same, ale okazało się, że suka zaciężyła. W zasadzie powinnam poddać ją sterylce aborcyjnej i pewnie byłoby to rozsądne, ale taki zabieg powoduje, jak każda aborcja, mój ogromny sprzeciw wewnętrzny. Młoda suka, sądziłam, że urodzi  dwa , góra trzy szczeniaki a urodziła sześć. I do tego pięć suczek i jeden tylko samczyk. Podjęliśmy wyzwanie, dlatego też nie tylko siedzimy tam dłużej i dojeżdżamy (choć aby nie zgłupieć, bywamy w Warszawie, ja na początku tygodnia, Jasiek raczej pod koniec. Sąsiad zaproponował pomoc w ich uduszeniu. Dopiero wczoraj przyszła klatka kennelowa- dotąd maluchy latały po całej chałupie i siki oraz kupy były wszędzie a na zmianę są 3 mopy w użyciu na okrągło. Mamuśka szczeniąt okazała się łajzą i w ogóle, oprócz dawania cyca, niewiele przejmowała się rolą matki. Zabiegi higieniczne często wykonywał potencjalny (?) tatuś.

Będę się modliła o dobre domy dla nich, bo pieski są kochane i wypieszczone, choć niestety nie rasowe. Na szczęście będą małe i niezbyt futrzaste. Zaniedbane przez matkę, otrzymują wiele ciepła od nas. I doceniają to, o świcie lecą biegiem całą szóstką do tego, kto wstanie pierwszy a potem sikają. I robią kupy. A potem latamy z mopem a jak się uda, jeszcze idziemy spać, bo szczeniaki się dość szybko męczą i znów składają się w kupkę i śpią. I cykl się powtarza.

Bardzo smutną niespodziankę zrobił nam tydzień temu nasz Roleks, odszedł niespodziewanie za Tęczowy Most. Fakt, był chory na serce, był leczony i właściwie jakoś funkcjonował. Miał zaplanowaną wizytę kontrolną w listopadzie, cały czas brał leki. Do ostatniej chwili nam towarzyszył, obserwował maluchy i chodził po działce, szczekał i nic nie zapowiadało takiego obrotu sprawy. Co więcej, Jasiek woził go często do Warszawy aby mu zmienić klimat, gdyż chętnie leciał do samochodu. W zeszłą niedzielę  zaczął dość ciężko oddychać i stracił apetyt. Ale pił wodę, co dawało nadzieję, że to minie, czasem miewał trudności z oddychaniem. W końcu biedak usnął zmęczony koło mnie, pod fotelem, podczas gdy ja liczyłam kolejną dokumentację a Jasiek oglądał jakieś bzdety. Gdy już skończyłam koło północy, nagle zauważyłam, ze Roleks chyba przestał oddychać. Odszedł we śnie, bez nawet najmniejszego skomlenia. Było to dla nas prawdziwym szokiem i jeszcze do tej pory nie potrafimy się po tym otrząsnąć. Wieś oczywiście tego nie rozumie, przecież to pies, choć mówią, że im przykro. Jedyne co nas pociesza to to, że nie cierpiał.

Dojazdy do pracy są nadal fatalne, pociąg jest jedną z opcji. Korek przez Legionowo sięga granic absurdu. Trochę jednak ciągnie mnie do miasta. Choć weekendy  na wsi są nadal dobrą opcją. Dziś siedzę w mieszkaniu, ale nie mam pary. A młoda przyjeżdża z rodziną za tydzień. Nie wiem jak to ogarnę….

Psi temat zdominował mój wpis, ale tak naprawdę coś co daje mi jakoś przeżyć to kolejny Konkurs Chopinowski. Ten temat zasługuje na większy wpis, dziś śledzę zmagania 3 etapu. Póki co nie typuję zwycięzcy. Uczestnicy są znakomicie przygotowani i konkurencja jest ogromna. Śledzę  ten konkurs od lat. I zadziwia mnie ogromny profesjonalizm uczestników, wirtuozostwo, co jest nawet krytykowane przez jurorów jako pewna maniera i kokieteria wobec publiczności. według mnie młodzi pianiści są znacznie lepiej przygotowani niż przed laty. Zadziwia ilość Azjatów, ale to doprawdy pracowita nacja (mam w planie poświęcić im oddzielny wpis. aby odnieść się do tematu uchodźców) . Bo aby dobrze grać, trzeba ćwiczyć. I to długo. Ponoć 8 godzin to jest norma.

Sierpniowe dywagacje

Może warto by coś napisać- kilka razy zabierałam się do tego, ale w końcu rezygnowałam, czasem ze zmęczenia a czasem że z jakiegoś powodu traciłam nagle wenę. Bo tak naprawdę za wiele u mnie się nie dzieje. Właściwie żyjemy z Jaśkiem tak sobie sami dla siebie, nie dzwonię i nie umawiam się, mamy jednych przyjaciół, znacznie starszych ode mnie, co pozwala mi na analizowanie tego czego mogę spodziewać się na starość, (tak wstrząsnął mną wpis Innygłos, bo wiem, jakie spustoszenie może spowodować skleroza). Nasi przyjaciele są ludźmi po 70, kiedyś bardzo światowi, teraz zmagają się z licznym dolegliwościami. Bóle bioder, Parkinson, głuchota pana profesora, brak cierpliwości jego żony ( choć ją uważam za osobę świętą), to wszystko stanowi codzienność ich egzystencji. Pani profesorowa traci wzrok i dla mnie jest osobą niesamowitą, nie robi z tego problemu, choć widać ile ją to kosztuje.

W aspekcie potencjalnych problemów w przyszłości żyjemy dniem codziennym i tak:

Wokół same rozwody i rozstania. Ludzie, których  uważałam za mądrych życiowo, rozstają się tak fatalnie, że sprawiają sobie wzajemnie dużo cierpienia. On wylądował u psychiatry i leczy ciężką depresję. Ona z kolei uważa, że wszystko ogarnęła, szkopuł, że to wszystko według jej wytycznych. Na fejsie pojawiają się osoby trochę mniej nam znane, ale lansujące się z nowym partnerem/partnerką, mimo, że są dzieci kilkuletnie w pakiecie.

Byliśmy w naszej ukochanej samotni w Borach Tucholskich. Przyjeżdżamy tam teraz, po roku jak do siebie. Pogoda była dość nierewelacyjna, niecałe 20 stopni, trochę padało, choć w centrum były upały. Grzyby dopiero się pojawiają, jakoś nie mamy szczęścia trafić na wysyp. W tym roku postawiliśmy na turystykę rowerową. Jako posiadaczka elektryka miałam nadzieję, że jest to rower uniwersalny. Niestety nadaje on się głównie do dobrych asfaltowych ścieżek rowerowych, natomiast do puszczańskich dróg niekoniecznie. Bo to rower miejski. Na piasku całkiem się nie sprawdza. Zakopuje się, co doprowadziło mnie kilkakrotnie do pasji szewskiej. Pamiętam tak ruski rower i Wigry, które eksploatowałam przez laty – z jakichś powodów nie zakopywały się w piasku. Fakt byłam kilka lat i kilka kilogramów in minus….

Ale nie sposób nie docenić ułatwień w jeździe po ścieżkach, nawet leśnych ale zadbanych. W okolicach Charzykowa, Brusów czy Chojnic jest szereg bardzo dobrze przygotowanych ścieżek rowerowych. Jazda tam jest wielką przyjemnością, zwłaszcza że elektryczne wspomaganie czyni jazdę komfortową. Niestety jednak odezwały się moje kolana. Po 40 km spacerku całe popołudnie mogłam chodzić jedynie posiłkując się kijami do Nordic Walking, które zresztą też na szczęście miałam. Więc chyba nie zostanę turystą wysokogórskim i nie kupię gravela czy innego MTB, ale wierzę, że będę kontynuowała dojazdy do pracy na rowerze.

Ciepła i ładna pogoda powoduje, że ciągle siedzimy na rancho. W dniu dzisiejszym spełniły się moje marzenia. Otóż znaleźliśmy faceta, który dorabia karczując i obrabiając działki. Facet przez dwa dni wykonał więcej niż my przez miesiące. Nie wiem skąd u niego tyle szwungu, ale w takie upały potrafił skosić, powyrywać chwasty, oczyścić rynny, uporządkować miejsce parkingowe oraz ogarnąć ogólny syf. Obiecał pomoc przy redukcji przydasi i nawet nie zdaje sobie sprawy, że za to go kocham całym sercem. Oczami wyobraźni widzę oczyszczoną z gratów budę i przyjemny pozbawiony dech i zbędnych gratów taras. I widzę, że zamiast żrącego mnie poczucia winy, że powinnam ruszyć tyłek i zasuwać, będę mogła delektować się bujaniem na krześle brazylijskim, co sprawia mi niekłamaną przyjemność. Z przetworów będą w tym roku pomidory a zrobiłam też porzeczki. Wszystko inne drogie i bez sensu.

Mam nadal 3 psy na przychodne plus dwa moje własne. Dużo żarcia wychodzi. Nie wiem co będzie zimą gdy nas tam nie będzie. Zaczynam dla dwójki szukać domu, bo nie mogą mieszkać u faceta, który bywa u nich raz dziennie. Ponoć jak nas nie były, bywał częściej. Ale one i tak siedziały u nasi czekały….no i doczekały się. Teraz czas na działania choć znalezienie domu dla psów stanowi prawdziwą sztukę…..

Podróże…raczej małe niż duże

Zmęczenie daje się we znaki, ale może jeszcze uda mi się coś niecoś skrobnąć zanim padnę spać…otóż od pewnego czasu nabrałam nawyku spania w okolicy 18-19. Śpię godzinkę lub dwie i potem łapię szwung do działania na dalsze kilka godzin. Nie wiem ,czy to jest dobre, ale potem coś jeszcze mogę zrobić, tak gdzieś do północy. Potem zasypiam, około 6 budzą mnie psy. I tak zaczyna się dzień. Stare ludzie tak mają, że muszą się przespać w ciągu dnia. Poddałam się temu.

Ponieważ jak pisałam, sporo czasu spędzam na działce to ważnym elementem jest dojeżdżanie do pracy. Ode mnie z działki do firmy jest jakieś 40 km, więc jazda dzień w dzień samochodem  jest dość uciążliwa, zajmuje mi to około godziny i zależy od tego jak wygląda sytuacja z korkami. A tego przewidzieć się nie da. Zwłaszcza że remontowana jest droga na Mazury w okolicy Legionowa i Zegrza. Za jakiś czas będzie pięknie ale aktualnie szerokość drogi jest ograniczona i dzieją się sceny dantejskie.

Próbowałam opracować dojazd z udziałem kolejki dojazdowej – w zasadzie opcja dość fajna, dojeżdżam do Zegrza, zostawiam samochód, jadę do stacji Warszawa Żerań a potem już całkiem blisko. Otóż nie. Pociąg w żaden sposób nie jest skomunikowany z ruchem komunikacji miejskiej, rzadko jeździ, raz na godzinę. Potem trzeba dymać na piechotę kawałek do najbliższego przystanku. A stamtąd do mojej firmy dojeżdża autobus dwa razy na godzinę. Mogę zrobić też taką opcję że jadę dalej aż do ronda Starzyńskiego – co jest dokładaniem kilometrów, ale za to jeżdżą tam tramwaje, są często i w sumie razem jestem w pracy szybciej niż wysiadając na Żeraniu i czekając na autobus.

Ale wczoraj spotkała mnie niespodzianka, otóż kursowanie wszystkich tramwajów zawieszono, bo remont. I krążą zastępcze autobusy, trzeba się przesiadać. I czas znów się wydłuża. I tak będzie do końca wakacji.

Myślałam też o przejechaniu rowerem do Zegrza ale to kawał drogi, pociąg jest wypchany, więc nie wiadomo czy się zmieszczę z dość sporym rowerem. Do tego jazda rowerem z powrotem pod górę w tym ruchu nie jest zbyt bezpieczna.

Konkludując – pekaesy i wszelkie linie autobusowe jeżdżą tylko w okolicy 7 rano, kosztują znacznie więcej niż paliwo  i też stoją w korku. Lokalne linie krążą po wsiach i jazda trwa godzinami. Pociąg jeździ raz na godzinę ale potem połączenie już w mieście jest fatalne.  Samochód kosztuje.

A więc niestety potwierdza to fakt, że skoro dość kiepsko jeździ komunikacja lokalna, to ludzie nie mając wyjścia używają swoich samochodów co powoduje korki. Używanie rowerów tak piękne na Zachodzie nie wchodzi w grę, bo jazdy bez ścieżek rowerowych grożą śmiercią lub kalectwem. Z zazdrością patrzę jak Młoda w Holandii absolutnie wyrabia się dojeżdżając do stacji kolejowej, zostawia rower bez obawy ,że ktoś go zapierniczy a potem spokojnie wsiada do pociągu i jeszcze może tam pracować bo ma działające  sprawne wifi.

A dziś – mimo wszystko mając ambitne plany jazdy pociągiem – stanęłam w tak gigantycznym korku, że odcinek, który przejeżdżam zwykle w 3-4 minuty jechałam ponad 25 minut i oczywiście pociąg mi zwiał. No i niestety musiałam dalej jechać autem.

Do tego w metrze ( ja na szczęście nie jadę do Środmieścia) coś się zapaliło i w ogóle nie dało się jeździć po Warszawie. Z pracy wróciłam do swojego warszawskiego mieszkania, w którym bywam ostatnio dość rzadko i choć jest to dość ponura nora – w takie upały jest tam po prostu przyjemnie. Bo szykuje się znów jakiś tropikalny upał.

Jasiek chciał przechytrzyć i próbował pojechać przez Dębe, drogą równoległą, przez zaporę. A tu niespodzianka – koło godziny 14 też wściekły korek. Zrezygnował i wrócił na rancho.

Nie ma opcji. Może uda mi się szefa namówić na kilka dni zdalnej. A od 18 urlop. I mam nadzieję, że pojadę jak w zeszłym roku w Bory Tucholskie z rowerami. Już cieszę się na samą myśl, zwłaszcza że gospodarz akceptuje moje psy. Ale psy to oddzielny rozdział….

co tam w czerwcu słychać…..

Chyba jednak coś warto od czasu do czasu napisać….osiągam powoli taki stan, że absurdy jakie się dzieją, nie tylko w mojej firmie ale i w całym kraju, wkurzają mnie do głębi, ale staram się blokować złe emocje i je całkowicie wyłączać i osiągać spokój wewnętrzny. Zwykle bywa tak – coś mnie wkurza, zaraz mam ochotę  siąść i napisać na blogu, wylać z siebie te złe rzeczy, ale zwykle mam tyle do zrobienia, że jak już ogarnę to wszystko ze starczym spowolnieniem, to padam na pysk. Nie mam siły, nie da się ukryć, że lata robią swoje i coraz mniej jestem „multitasking”. Nie mam siły przetwarzać olbrzymiej ilości informacji bez zmęczenia.

Pomimo formalnej emerytury mam mnóstwo roboty w instytucie. Z instytutu ludzie uciekają a roboty przybywa, zlecenia się sypią i nie do końca ma kto to robić. Z jakichś powodów w takich firmach jak moja funkcjonuje luka pokoleniowa. Nie ma ciągłości, więc pewne rzeczy, projekty czy działania ulegają anihilacji bez konsekwencji, bo nie ma komu tego przejąć. Moja młodsza koleżanka będąc key expertem w europejskim projekcie po raz pierwszy, w którym zresztą miałam brać udział, zawaliła ten projekt. Może to wina ludzi, może wina tego, że nie za bardzo było jak zorganizować ten projekt, może kontrahent nawalił – w każdym razie wszystko padło, moja robota przy prezentacjach na szkolenie poszła się ganiać a ona się zwolniła w trybie natychmiastowym. Gdy ja byłam key expertem, miałam sporo z tym pracy, często poświęcałam swój czas prywatny ,ale projekt szczęśliwie doprowadzony został do końca i rozliczony. nawet nie wyobrażałam sobie aby zrejterować. A tu nawet nikt tego nie skomentował  -poszło z dymem sporo europejskiej kasy ale nikt się specjalnie tym nie przejął.

Praca w zakładach aktualnie wygląda w taki sposób, że sporo pary idzie w gwizdek a konkretów brak. Rozdymane do absurdu audity, systemy jakości i ich biurokracja zasadniczo paraliżują robotę. Od pół roku są one ciągle.  Europa jest chora z tą biurokracją, która wcześniej czy później ten system kontrolowania doprowadzi ją do upadku. Zleceń jest sporo ale idzie wolno z powodu formalnych wymogów. Widzę, że ludzie się buntują powoli przeciw tej bezsensownej papierologii.

Do tego wskutek połączenia się w sieć Łukasiewicz pojawiło się pojęcie „drużyny”, „zespołu” czy „teamu” – nazw właściwie bez znaczenia. Gratulacje z powodu zaliczenia konkretnego auditu są mocno nadymane i przesadzone, biorąc pod uwagę, że ten rytuał istnieje od lat, nawet jak nie było „teamu” tylko zakład badawczy.

Jeśli mogę czymś się pochwalić to faktem, że dajemy sobie z  moim starym radę w walce z absurdalną rzeczywistością i nie poddajemy się panice, idiotyzmom, fakt, kłócimy się czasem na wysokich diapazonach, ale nie dajemy sobie wzajemnie zrobić krzywdy. Natomiast wokół nas związki się rozpadają, niektóre dość boleśnie. Ludzie, którzy żyli jak pączki w maśle, skaczą sobie do gardeł. Padają interesy, zaciągane są długi, wdrażane jointy i alkohol aby uśmierzyć ból istnienia. Depresję teraz spośród wielu naszych znajomych  to ma teraz co drugi. Sporo ludzi samotnych, nie potrafią sobie zorganizować nie tylko związków ale też układów koleżeńskich. Ludzie znacznie młodsi od nas a wieje beznadzieją.

U nas czasem ciśnienie podnosi polityka, bo trudno ignorować to, co się dzieje. Ja praktycznie codziennie zaglądam do X – mam tam swoich ulubionych autorów, których poglądy polityczne są zgodne z moimi, ale też czytam oponentów, nie jest to symetryzm, raczej próba obiektywnej oceny sytuacji. Pozwala mi to z pewnym luzem spoglądać na meandry polityki i jej finansowe uzależnienia. Jasiek jest bardziej emocjonalny i czasem odbywam z nim prasówkę na X, bo swoimi emocjami stara się zaburzać mój i jego spokój, zwłaszcza gdy nałyka się propagandy. No i czasem przyznaje mi rację, za sukces mogę uznać, że obrzydza go słuchanie na okrągło TVN 24 z czym walczyłam od lat. Oczywiście ubolewam, że wygrał Nawrocki, choć z drugiej strony daleka byłam od entuzjazmu na temat Trzaskowskiego. Z drugiej strony, jakie to ma znaczenie? Duopol miał się i ma się dobrze i tak będzie dalej. Nie należy się przejmować na rzeczy na jakie nie ma się wpływu. I bardzo podoba mi się zdanie – jeśli się boisz, już jesteś niewolnikiem.

Sporo czasu spędzamy na działce. Właściwie jak jest ciepło, tam zostajemy. Czasem tak jak dziś , ja zostaję w Warszawie. Mamy nowy problem – naszemu sąsiadowi, który kupił sobie działkę vis a vis nas, podrzucono dwa młodziutkie pieski. On jest rolnikiem, gania po polach, wyprowadza krowy i cielaki i praktycznie psami się nie zajmuje i ganiają samopas a on ciągle w polu. On je lubi, daje im jeść, ale czasu faktycznie nie ma.  To typowe wiejskie kundelki, bardzo mądre  i sprytne. Dość szybko się zorientowały że u nas jest żarcie i można spać w łóżku. Są tak mądre że w zasadzie nie sikają w domu, niby pilnują swojego domostwa ale i tak prawie cały czas siedzą u nas. Gdy nas nie ma, idą do siebie, ale jak słyszą nasze samochody, lecą na oślep. Moje dwa psy, już starsze państwo, początkowo słabo tolerowały maluchy, teraz jest jakby lepiej. Stara suka burczy ale nie odpędza do żarcia.

Martwię się, co będzie jesienią. Mam nadzieję, że sąsiad ogarnie swoją chałupę i tam zamieszka na stałe. Bo póki co, próbuje się pozbierać. Oczywiście synek, któremu przepisał gospodarstwo pozbył się starego ojca. Taka teraz moda na wsi.

Po majówce….

Po dość długim weekendzie wracam do przaśnej rzeczywistości. Może wreszcie przeczytam starsze wpisy., mam sporo zaległości….

Nie wiem, czemu ciągle mam coś do roboty. Aktualnie zakończyłam pisanie publikacji, szła mi ciężko, przeceniłam swoje siły, bo wyniki w zasadzie są banalne a to co chciałabym powiedzieć naprawdę czyli to, że urzędnicy europejscy w wielu wypadkach są niedoukami i wymagają nie wiadomo czego. Konkluzja sprowadza się do tego, że moja metoda pomiarowa nie czyni bynajmniej zadość ich oczekiwaniu w stylu prostowania banana. Po prostu mechanizmy reakcji są różne i nie da się ich wpasować w sztancę. Ale niestety prawie cała robota nasza polega na dostosowywaniu się do ich wymogów.

W drugiej kolejności czekają dwa dokumenty rejestracyjne.


Artykuł pisałam również w Holandii. Dlatego nie miałam czasu na to, aby cokolwiek napisać i podzielić się moimi wrażeniami. Po raz pierwszy widziałam pola tulipanów, które o tej porze roku kwitną obłędnie. W okolicy gdzie mieszkają młodzi, nie ma tulipanów, wiatraków i sabotów, tej całej holenderskiej rzeczywistości i folkloru. Więc tym bardziej z radością oglądałam te pola i gdybym była młodą studentką to pewnie pojechałabym na roboty, aby robić przy cebulkach i kwiatkach.
Ta wizyta była całkiem inna bo były chrzciny, spóźnione, ale były. Dwie babcie, dziadek, rodzina z Włoch, która przyjechała z antypodów, gdzie pracują, kupa dzieci, więc Niuńki miały zajęcie. A nade wszystko podróż. Jazda pociągiem jest mniej upierdliwa niż kontrolowanie się na autostradzie A2 aby nie zasnąć i nie tylko dotyczy to Niemiec, ale również Polskę przejeżdża się teraz praktycznie w całości autostradą. Płaci się za to ale faktycznie jazda jest wygodna. Wynajęliśmy hotel przy granicy, bo nie dalibyśmy rady. To nie ta kondycja co kiedyś. I ciekawe, kiedyś jechało się wolniej, ale dłużej. Teraz zatrzymywaliśmy się częściej na energetyka czy kawę. Ale było fajnie. Ponieważ była piękna pogoda to i humory były lepsze a i wyniki łowów starych zegarów były doskonałe.


Dzieci miały wakacje i mnóstwo atrakcji. Ciągle gdzieś jeździły z nami albo bawiły się z małymi gośćmi z Belgii. Byłam też z Niunią w kinie. Na jakimś filmie o trójce łobuziaków, nie mogło zabraknąć śniadego, bo film był poprawny politycznie. Film był po holendersku, było oczywiście żarcie popcornu i śmiecenie, bo jakże inaczej?

Dzieci z Belgii i Holandii gadają wieloma językami, ze sobą gadały po holendersku. Zawsze mnie zadziwia płynność z jaką przechodzą z języka z jednego na drugi, gadając z rodzicami a później z rówieśnikami w całkiem innym języku. Niuniek równocześnie obsługuje konwersację w 3 językach.


Na działce idzie tak sobie. W czasie kiedy była pogoda piękna, nas nie było. Teraz zrobiło się zimno i nie wiem, co uda mi się zrobić i co posadzić. Połowa trawnika została skoszona, druga czeka na koszenie. Kupiłam zioła do wysiania, może w tym roku będzie ich więcej. trochę popadało, więc łatwiej było wsadzać cebulki.

Dziś wstrząsająca i szokująca wiadomość o morderstwie portierki na UW. Aż prosi się o wpis o psycholach, hulających sobie bezkarnie, zamiast siedzieć w kaftanie w psychiatryku. Uzależnieni narkomani, alkoholicy łażą jak święte krowy i nikt im nic nie zrobi. Już za dużo tego typu wydarzeń. Źle się dzieje, naprawdę. Sama mam złe doświadczenia, które chciałabym opisać.

Ten temat wręcz łazi za mną. Poruszę go jak będę miała trochę czasu i wyjdę z tej roboty.

nie ma to jak zrobić komuś dobrze…..

Może dzisiaj mi się uda napisać. Ostatnie tygodnie były przepełnione dość nieprzyjemnymi wydarzeniami związanymi z rozstaniem się syna mojego męża z żoną. To było do przewidzenia, że synowa w końcu będzie miała dość męża socjopaty, brutala i chama. Do tego stopnia, ze zdecydowała się zamieszkać na naszym ranczo, gdy uciekła od niego. Na początku byłam zachwycona, bo była zima i paliła w chałupie. Zawsze mnie dręczy fakt, że w zimie mam obawy, że rury zamarzną, (choć od dość dawna mrozów nie ma). Ale wystarczy kilka dni mrozu, choćby -5 aby w nieogrzewanej chałupie, gdzie nie jest spuszczona woda z rur, aby popękały.
Synowa miała stamtąd dość blisko do swojej pracy i dojeżdżała całkiem wygodnie, była zachwycona bo miała spokój a mężuś nie miał świadomości, gdzie ona jest. Pozwoliłam jej na wprowadzenie się z 3 psami, w końcu jest podwórko, miały gdzie się wylatać. Do tego wyraziłam zgodę aby sobie urządziła chałupę aby było jej wygodnie. Okazało się to tragiczne w skutkach.


Nie wiedziałam że ona cierpi na syndrom kompulsywnego sprzątania. Wywalała wszystko co się da, a końcu któregoś dnia zwróciłam jej uwagę, żeby jednak konsultowała ze mną, co chce wyrzucić. . I okazało się, że na balkon wylądowała połowa mojego kuchennego sprzętu. Teraz już wiem, że te jej cholerne psy niszczą wszystko, śmiecą, dewastują a jej w ogóle nie słuchają. Przy mojej miłości do tych zwierząt, to te bydlaki bym skasowała albo trzymała w klatce kennelowej.

Ona nie ma żadnych potrzeb w zakresie pichcenia, nie gotuje, Kupuje sobie gotowiznę a pije jakieś napoje na zimno, więc kubki nie są jej potrzebne. Więc wypierniczyła większość moich herbat, kubków i czajniczków. Zauważyłam też, że gąbki traktuje jako artykuł jednorazowy, nie ma żadnego poszanowania dla takich rzeczy, w końcu może i te szmatki nie są drogie ale na litość boską to ja a nie ona za to płaciłam. Na początku przywoziłam też wodę w butelkach w zgrzewkach, kupuję taką za 2 złote. Otóż otwierała wszystkie naraz, zużywała do połowy a potem otwierała następną. Do tego uznała, ze nie będzie sortowała śmieci. płyny do
Coraz bardziej byłam wkurzona. Fakt, należy na plus uznać fakt, że wiele rzeczy po prostu ruszyła. Zmusiła to do konieczności posprzątania i ogarnięcia pewnych rzeczy co de facto nie było takie złe. Ale wypierniczenie moich koców na zimno na taras, chyba po to aby zgniły, lekko mnie zbulwersowało. Zabrałam je wszystkie do Warszawy, powoli prałam i teraz mam problem ,gdzie to pochować. One tutaj często służyły do leżenia na dworze,
Apogeum nastąpiło, gdy jej mąż zorientował się, że ona tu mieszka. Nikt nie lubi być rogaczem a zwłaszcza zazdrosny patologicznie psychopata. Zapowiedział, że jak będziemy tę k…. chronić to przyjdzie i podpali chałupę. Tym bardziej, że ona znalazła sobie już przyjaciela i kiedyś go tu zastał.
Zrobiło się niefajnie. Tym bardziej, że okazało się, że oni niby się rozstali, ale ona chciałaby utrzymywać z nim poprawne stosunki. Zaczęły się inwektywy. Na szczęści mój mąż to przeciął.
Jako wisienka na torcie stał się fakt, że pieseczki, które wydają się być sympatyczne, pogryzły mojego psa. I to tak, że musiał brać antybiotyk. To w jakiś sposób przesądziło sprawę. Ona sama uznała, że tak się nie da.
I szczęście w nieszczęściu – w rodzinie znalazła się osoba, która zmarła i zostawiła mieszkanie. Więc od kilku tygodni mieszka na swoim, póki co może mieszkać jak długo chce. Odżyliśmy oboje, w sumie razem doszłam do wniosku, że jak w dowcipie o żydzie i kozie- gdy człowiek kozy się pozbędzie, zaczyna doceniać luksus w jakim mieszkał.
Nie chcieliśmy dziewczyny zostawić na lodzie ale nie do przyjęcia były szkody jakie towarzystwo robiło. Moje ręczniki znalazłam w śmietniku, ona używała ich do wycierania łap dla psów a potem wyrzucała do śmieci. To chyba plus pogryzienie mojego psiaka przesądziło sprawę.
Teraz przyjeżdżamy na rancho zachwyceni, że wreszcie nikt nas nie niepokoi.
A jutro jedziemy do Młodej na święta. Będzie też druga babcia. Czeka nas wiele wrażeń. Co prawda wiele bym dała, aby móc po prostu posiedzieć na rancho, bo pogoda letnia, ale w końcu babcia jakieś obowiązki ma.
A wybory – przyznam, że mnie to zwyczajnie nudzi i jestem już za stara na te pogrywki, feerię obietnic, lansowanie się no i tego sławnego k… k..rwie łba nie urwie. Mnie z tego już nic nie przybędzie.
No i mam artykuł do napisania. Idzie jak krew z nosa ale wierzę, że inspiracja będzie……